| |
Teatr - recenzje
Jakub Dziewit
ŚWIATŁO - NOSISZ JE W SOBIE
Trzech aktorów, trzy beczki po ropie, brak nagłośnienia oraz 26 lamp różnego typu, w tym jedna, dająca światło punktowe - tak najkrócej można by opisać ten spektakl. Dodajmy jeszcze ogromną ilość energii aktorskiej. Tyle właśnie trzeba, by przedstawić "Technikę punktu świetlnego".
Trzej aktorzy, a zarazem reżyserzy spektaklu: Marcin Brzozowski, Grzegorz Stosz oraz Piotr Szrajber, czyli "Chóry Gertrudy Stein", stworzyli spektakl pod wieloma względami znacznie różniący się od typowych, współczesnych produkcji scenicznych. Może dlatego, że jest on dziełem ludzi tuż po studiach, nie skażonych jeszcze żadną "instytucjonalnością", bądź też "alternatywnością" teatru; na dodatek ogarniętych marzeniem, by na scenie zrobić sztukę właśnie na podstawie "avant-vodevillowego" tekstu P. D. Gallasa. Spektakl rozpoczyna się jak próba - trzech aktorów w strojach roboczych wchodzi na scenę, jakby bez konkretnego celu "zabawiania" publiczności. Po chwili jeden z nich rozpoczyna swoistą rozgrzewkę przed spektaklem, która trwa, i trwa, i trwa... 5, 10, 15 minut... W końcu niektórzy zniecierpliwieni i znudzeni widzowie zaczynają wychodzić, nie zważając na lejący się z aktora pot. Po tym przydługim wstępie zaczyna się właściwe przedstawienie.
W trakcie spektaklu aktorzy - bezustannie podkreślający fakt, że są aktorami - stwierdzają, że w teatrze najważniejszy jest operator światła. Jednak w rzeczywistości w ich przedstawieniu nie do końca tak jest. Środek sceny, czy raczej światło punktowe, które przez większość przedstawienia nań pada, determinuje grę aktorów. Wszyscy ciągle do niego dążą, bardzo rzadko jednak przekraczając jego granicę. Jakby "bali się" zbliżenia, osiągnięcia swojego celu. Postacie oświetlane są przez światło dopełniające, boczne, jednak na tyle słabe, by "punkt świetlny" pozostawał centrum gry, ale też całego teatru.
Rytmikę przedstawienia budują też ruch i dźwięki wydawane przez aktorów. Sposób zakomponowania ruchu świadczy o ich dojrzałości artystycznej. Poza "rozgrzewką" oszczędny w formie, ale wystarczająco rozbudowany, by tworzyć własną, ciekawą estetykę. Widać dopracowanie, którego trochę brakuje w warstwie dźwiękowej. Jednak ogólne, korzystne wrażenie, jakie sprawia spektakl, zaciera drobne mankamenty wokalne piosenek.
Oprócz efektowności wizualnej wiele można napisać o warstwie znaczeniowej spektaklu. Bawienie się konwencją teatralną, momentami porównywalne z twórczością Bogusława Schaeffera, prowadzi w kilku ekscytujących spięć między scena a widownią. Aktorzy w pewnym momencie mówią do publiczności: "mamy was" i rzeczywiście nas mają. Trudno stwierdzić, czy jest to jeszcze gra, czy aktorzy są już sobą. Kolejne pytania rodzą się w związku z filozofią swiatła, sprowadzającą sztukę do jednego elementu.
"Technika punktu świetlnego" jest sztuką o aktorstwie, o zachowaniach na scenie, o tym, jak przyciągać uwagę. Wszystko to odnosi się do życia... Zaś światło, prócz tego, że pomaga grać aktorom i obserwować spektakl widzom, rządzi się w tym spektaklu własnymi prawami.
|
|