| |
Film - relacje
Anna Koziołek
ZAPACH ZMIAN

Trudno uwierzyć, że festiwal o takim dorobku, może czymkolwiek jeszcze zaskoczyć. Tym bardziej, że większość prezentowanych w Rotterdamie obrazów była doskonale znana. Powtórzyły się tytuły, które wcześniej można było zobaczyć w Berlinie, Cannes czy nawet na rodzimym festiwalu w Warszawie, budząc w widzach niejasne podejrzenia, że wszechobecna miałkość dzisiejszego kina, udręczona poszukiwaniem nowych tematów i środków wyrazu, za miejsce spoczynku obrała sobie Rotterdam. Nie napawał optymizmem wypatrzony w katalogu "Brown Bunny" (arcydzieło megalomanii Vincenta Gallo w hołdzie Vincentovi Gallo) czy kolejna, monotematyczna drama Catherine Breillat "Anatomie del'enfer" z Rocco Siffredi, gwiazdą porno w roli głównej. Jednym słowem, zapowiadało się kiepsko, ale cierpliwość została nagrodzona.
Zapowiedzią zmian w polityce festiwalu, miało być odejście dotychczasowego dyrektora, Simona Fielda, który wspólnie z Sandrą den Hamer, współtworzył jego program przez ostatnie dziewięć lat. O jego pożegnaniu z festiwalem, nieustannie przypominano nam przez jedenaście dni tegorocznej edycji, ale o tym jak bardzo odczujemy jego brak, przekonamy się dopiero w przyszłym roku. Właśnie za sprawą Fielda festiwal w Rotterdamie nabrał rozmachu. Zyskał prestiż, nie tracąc kameralnego charakteru. i uwielbienia dla kina. Szacunku do tworzywa filmowego do tego stopnia, iż mimo, że od kilku lat proszono Simona, by stworzył listę dziesięciu najlepszych jego zdaniem filmów podczas danego festiwalu, wzbraniał się każdorazowo, tłumacząc, że wszystkie prezentowane obrazy są dla niego szczególne. Dokonał natomiast takiej selekcji na zakończenie, podsumowując jednocześnie czym współczesne kino jest i w jakim kierunku zmierza. Wśród wymienionych tytułów znalazło się między innymi "Między słowami" Sofii Coppola, która według Simona Fielda dokonała tego, co pragną osiągnąć twórcy oraz dzisiejsze festiwale w szczególności - złamała konwencję. "Podczas kiedy większość Amerykanów - stwierdził - zmierza ku coraz większej głupocie, Coppola miała odwagę zrobić film dojrzały i inteligentny, a na dodatek sprawia, że się śmiejemy." Do tego nurtu zaliczył również filmy Catherine Breillat i instalacje Isaaca Julien, który pokazał w Rotterdamie swój najnowszy projekt, "Baltimore". Wśród wymienionych znalazł się ponadto nagrodzony w Cannes "Elephant" Gusa van Sant. Reżysera, który podobnie jak Sofia Coppola również podążą "pod prąd" z tą różnicą, iż w jego przypadku jest to świadoma i wyraźna kontestacja panującego porządku.

Podobnych temu filmów i reżyserów znalazło się na festiwalu wielu. Wyłamujący się standardom Alejandro González Ińárritu w "21 Grams" zanurza się ponownie w labiryncie wartości. Bohaterowie "21 Grams" weryfikują swoje jestestwo w obliczu śmierci, która staje się wspólnym doświadczeniem dla tej trójki niezależnych dotąd od siebie ludzi. Każdy z charakterów posiada własny, głęboko zakorzeniony i sumiennie przestrzegany kodeks moralny, niekoniecznie zrozumiały dla otoczenia. Jedno zdarzenie kojarzy ze sobą te postacie - w różny sposób, ale każdego z nich zmusza do zwerbalizowania pojęć, takich jak człowieczeństwo czy odpowiedzialność. Wprawdzie siła postawionych pytań nie oddziałuje na nas z mocą, którą zapamiętaliśmy z "Amorres Perros", niemniej Ińárritu to niezaprzeczalnie niezwykły talent. Drugą fabułą potwierdza przede wszystkim, jak dużo ma do powiedzenia na przegadane wydawałoby się tematy. W lawinie schematycznie traktujących problemy etyczne filmów "21 Grams" wyróżnia nie tylko podejście do tematu, lecz również mozaikowa forma wypowiedzi.. Zaburzenie klasycznej konstrukcji fabuły nie służy zaskoczeniu, ale modyfikuje nasze podejście do oglądanego problemu wraz z rzeczywistym upływem filmu. Wygląda na to, że postmodernizm wyszedł kinu na dobre.
Podobnie prognozującą kierunek współczesnego kina propozycję dał Michael Winterbottom w futurystycznym "Code 46". Banalne love story, zaskakuje konwencją, nawiązującą do postępującego sensualnego rozwoju człowieka w odbiorze świata. Film w dużej mierze przeciętny zasługuje jednak na uwagę ze względu na doskonałe stworzenie klimatu życia za kilkadziesiąt lat, gdzie większość zasugerowanych przez reżysera rozwiązań najprawdopodobniej się urzeczywistni. Poliglotyczny język, coraz doskonalsze zmysły, które przejmą kontrolę nad intuicją, aż wreszcie zastraszająco wielki przyrost naturalny, który spowoduje niebezpieczne zagęszczenie ludności. W ślad za tym pójdą kazirodcze związki, prowadzące do powtarzania się kodów genetycznych, które w konkretnych kombinacjach mogą prowadzić do klonowania, czyli zakazanej mutacji "46". Prawdopodobne? Bardzo.
Publiczność jednak w ostatecznych ocenach najwyżej oceniła filmy tradycyjne w formie przekazu, interesujące natomiast ze względu na samą historię, co potwierdza w dużym stopniu głód nowych tematów. W notowaniach publiczności jedno z pierwszych miejsc zajął film początkującego Achero Manasa "Noviembre". To paradokumentalna fikcja, prezentująca awangardową grupę teatralną, której celem jest prowokowanie widzów codziennymi, ale najczęściej kontrowersyjnymi w wymowie sytuacjami. Jednak jej działania nie mają wywołać u obserwatorów konkretnych reakcji, lecz skłonić ich do refleksji nad sensem tworzenia sztuki i jej odbioru. Trafiające w często skrajne emocje przedstawienia uliczne Noviembre, były zainspirowane pomysłami hiszpańskiej El Piojo Picon, której działania przypadły na lata po obaleniu generała Franco. Wspominający w filmie aktorzy pochodzą w większości z tej właśnie grupy.
Inny, entuzjastycznie przyjęty film to "The Story of the Weeping Camel", autorstwa dwóch młodziutkich dziewczyn: Byambasuren Davaa i Luigi Falorni. Przepiękna, ciepła ballada o małym wielbłądzie, który szuka akceptacji i miłości u swej matki. Ludność w wiosce, żeby pomóc dopiero narodzonemu maleństwu, postanawia sprowadzić starego muzyka, który swoją grą wywołałby w wielbłądziej matce stłumione przez wycieńczający poród uczucia. Niezwykła czułość, z jaką przedstawiono tę przypowieść sprawia, że oniemieli w napięciu obserwujemy starania niezdarnego wielbłądziątka i ani przez moment nie przestajemy wierzyć, że tak urocza i krucha istota zostanie wreszcie przyjęta przez matkę. Kamera cierpliwie skoncentrowana na malcu, uchwyciła wszystkie targające nim emocje: od rozpaczy do ufności, a wszystko opatrzono sennym motywem z mongolskiej muzyki ludowej. Harmonia życia na peryferiach pustyni Gobi, między światem ludzi a życiodajną dla nich przyrodą, znajduje odbicie w śpiewnym niemal rytmie filmu.
Tuż obok dokumentu o wielbłądzie, uplasował się nie mniej wzruszający "Since Otar Left", fabularny debiut Julie Bertucelli. Reżyserka jest absolwentką filozofii i szkoły dokumentu. Zaczynała jako asystentka Krzysztofa Kieślowskiego i Bertranda Tavernier, a następnie przeniosła się do Gruzji, gdzie umiejscowiona jest również akcja "Otara". Otar wyjechał do Francji do pracy, zostawiając trzy bezradne kobiety: siostrę z córką Adą i starszą już matkę, która żyje między listami a telefonami od ukochanego syna. Któregoś dnia siostra odbiera telefon z informacją, że Otar zginął w wypadku podczas pracy. Nie chcąc dopuścić do tego, by dowiedziała się o tym umierająca niemal matka, obie z Adą nadal piszą listy, które mógłby przysyłać Otar. Wszystko mogłoby się udać, gdyby nie rosnąca tęsknota i złe przeczucia starszej kobiety, która ostatecznie postanawia odwiedzić syna w Paryżu. Historia ta opowiedziana jest z niezwykłym wyczuciem i kobiecą wrażliwością, co pozwoliło uniknąć sentymentalizmu, a ponadto stworzyło margines do wiarygodnej interpretacji dla aktorek. Szczególnie dla Esther Gorintin, która fantastycznie wcieliła się w rolę matki, a przecież podczas festiwalu w Rotterdamie obchodziła dziewięćdziesiąte urodziny! Warto przypomnieć, że "Since Otar Left" był wyświetlany w konkursie Warszawskiego Festiwalu Filmowego, gdzie zdobył wyróżnienie.
Rosyjska "Progulka", reżyseria Alexei Uchitel, to następny obraz, który wcześniej zwrócił na siebie uwagę na Festiwalu w Warszawie. Po raz kolejny niespiesznie opowiedziana historia zamyka się w jednej godzinie, w jednym zdarzeniu, którym jest spacer ulicami Petersburga. Nie o spacer tu jednak chodzi, ale o dziewczynę, blond zjawisko, która całkowicie pochłania uwagę widzów i dwóch przygodnie spotkanych chłopaków. Irina Pegova, bo o niej tu mowa nadaje jedynego sensu tej króciutkiej historii przelotnego flirtu. Wierzymy bez jakichkolwiek wątpliwości, że tych dwóch mężczyzn, w początku dwudziestego pierwszego wieku, kiedy zepsucie osiągnęło poziom nieosiągalny dla seksualnej fascynacji, mogło całkowicie stracić głowę i poświęcić wieloletnią przyjaźń, dla kilku chwil z Olgą. Fantastycznie zagrana przez całą trójkę (na co dzień grającą w moskiewskim Warsztacie Petra Fomenko) etiuda, nadaje momentami nowych znaczeń nadużywanym zwykle frazesom, takim jak "miłość" czy "przyjaźń".
Wreszcie film, na który z pewnością czekają wszyscy, których urzekły "Lalki". Najnowszy film Kitano Takeshi to "Zatoichi", już teraz uznawany za najpełniejszy z dotychczasowych w dorobku reżysera, został pokazany na rozpoczęciu tegorocznego Rotterdamu. "Zatoichi" to samurajski epos z dziewiętnastego wieku, o wielkim wojowniku, który dochodził sprawiedliwości brodząc we krwi ostatnich katów, co z pieczołowitością godną podziwu zostało zobrazowane przez Yanagijime Katsumi. Takeshi w "Zatoichi" odkrywa swą naturę barda - epos jest nie tyle wysmakowanym plastycznie poematem, co starannie przemyślaną pieśnią. Każdy ruch w filmie został wpisany w równomiernie natężający się rytm opowiadanej historii, którą zwieńcza radosny taniec tłumu pulsującego do taktu z rozbrzmiewającymi coraz szybciej i donośniej bębnami. "Zatoichi" jest w dużym stopniu polemiką tradycji ze współczesną kulturą, gdzie sprzeczności ostatecznie znajdują porozumienie w finałowym tańcu - tancerze wystrojeni w klasyczne japońskie kimona, poruszają się w dzikim rytmie. Sam Zatoichi stanowi scalenie tych dwóch pierwiastków, paradując po dziewiętnastowiecznej Japonii w ufarbowanych na platynowy blond włosach.
W tym roku została również zaprezentowana zaskakująco duża liczba polskich produkcji, aż pięć, co jak na ten festiwal jest okazałą liczbą. Wprawdzie żaden z nich nie znalazł się w czołówce najlepszych zdaniem publiczności, niemniej "Zmruż oczy" Andrzeja Jakimowskiego zwrócił sporą uwagę. Ponadto w Rotterdamie pokazano "Przemiany" Łukasza Barczyka i "Pogoda na jutro" Jerzego Sztura, a w paśmie "Kiedyś byliśmy ptakami: kino cygańskie" - "Diabły, diabły" Doroty Kędzierzawskiej. Zdecydowanie jednak najlepiej zaprezentowały się "Światła" (Lichter) w reżyserii Hansa-Christiana Schmida. Polsko-niemiecka koprodukcja wyróżniona na ubiegłorocznym festiwalu w Berlinie nagrodą FIPRESCI. Krzyżujące się ze sobą epizody "Świateł" rozgrywają się w przygranicznych miejscowościach po niemieckiej i polskiej stronie Odry. Światła na zachodnim brzegu są dla bohaterów filmu rajem utraconym, obietnicą lepszego życia czy wreszcie gwarancją zaplecza socjalnego, dlatego oddają wszystko za pomoc w przekroczeniu granicy - ich być albo przeżyć. Jednocześnie mamy szansę obserwować ludzi, którzy zdążyli już zweryfikować mgliste wyobrażenia z nową niemiecką rzeczywistością. To jeden z niewielu obrazów w miarę obiektywnie przedstawiających współczesne bolączki społeczne, mimo, że nie daje żadnej nadziei na lepsze, nie pozostawia też złudzeń co do pobudek ludzkich zachowań. Ponadto film jest interesujący pod względem formalnym, nawiązując konstrukcją do standardowo przywoływanego w tej sytuacji "Na skróty" Roberta Altmana.
Największe rozczarowanie tegorocznego festiwalu to mizerny w zestawieniu z poprzednim konkurs. Aż szesnaście fabularnych debiutów walczyło o jedną z trzech, wartą 10 tys. Euro, statuetek Tygrysa - cóż kiedy werdykt był wyjątkowo przewidywalny, biorąc pod uwagę poziom prezentowanych filmów, jak również tendencyjne upodobania Rotterdamu. Dla nikogo nie była zaskoczeniem nagroda dla Lee Kang-sheng za najbardziej interesujący w zestawieniu i dojrzały zarazem "Missing". Autor niezwykle dobitnie wyartykułował powszechne dla globalnego społeczeństwa problemy, do których zaliczył przede wszystkim rozpad więzi międzyludzkich, dotykający nawet zżytych wydawałoby się ze sobą rodzin. Nieumiejętność komunikowania się czy nawet najprostszej rozmowy, znalazła ujście w substytucie porozumienia, jakim jest komputer. Dla twórcy filmu całkowicie niweluje on potrzebę bliskości, co łączy się z brakiem odpowiedzialności za siebie i rodzinę.
Drugim nagrodzonym filmem był "Summer In The Golden Valley" w reżyserii Srdjana Vuletic, z bardzo modnych ostatnio Bałkan. Obraz wyróżniono ze względu na autentyzm przedstawionych postaci oraz ironiczne podejście do przygnębiającej prawdy o sytuacji Bośni. Z drugiej strony, film był naiwną opowiastką o marzeniach nastolatków zagubionych w nowej rzeczywistości, która to opowieść pozostawiała wiele do życzenia pod względem realizacji. Niewiele lepiej prezentował się trzeci nagrodzony, niemiecki "En Route" autorstwa Jana Kruger. Poprawnie zrobiona, intrygująca momentami historia chłopaka, który zaprzyjaźnia się z rodziną poznaną na kempingu. Relacje pomiędzy trójką dorosłych gmatwają się mocniej z każdym kolejnym dniem, stąd największą zaletą filmu było wiarygodne stworzenie atmosfery seksualnego napięcia między bohaterami.
Ostatecznie trzeba przyznać, że 2004 rok nie obfitował w udane produkcje filmowe, stąd poprzeczka stawiana w Rotterdamie również spadła niżej. Niepokojąca może być jedynie niekompletność zespołu organizującego festiwal, ale może zmiany okażą się tym razem korzystne? Zobaczymy za rok.
33 International Film Festival Rotterdam. 21 styczeń - 1 luty 2004
|
|