Plastka - recenzje

Violetta Sajkiewicz

(RE)PRODUKCJE RZECZYWISTOŚCI




Życie różni się od sztuki tym, że wypełnia je nuda i monotonność. Codzienne krzątactwo rzadko bywa ekscytujące, a utrwalone na taśmie filmowej staje się wręcz trudne do zniesienia. Winny jest temu opisany przez Jeana Baudrillarda "złośliwy demon obrazów", który powoduje, że wydają się one najbardziej wiarygodne wówczas, gdy jedynie upodabniają się do rzeczywistości. Nie reprezentują jej, lecz ją symulują. Prawda, jak sugeruje tytuł cieszyńskiej wystawy, ukrywa się w blasku fikcji. Jest zbyt banalna, byśmy zwrócili na nią uwagę. Dlatego patrzymy na nią przez pryzmat filmowych narracji. Prawdziwe historie, które w swych filmach od-twarza Jeanne Faust, wydają się nieudolnymi remake`ami rzeczywistości. Aktorzy-amatorzy, którzy, jak w "My Private Satelite", grają po prostu siebie lub rekonstruują perypetie artystki, próbującej zająć się handlem na warszawskim Stadionie X-lecia, wydają się nieautentyczni. Wszystko, co oglądamy na ekranie, pozbawione jest znaczenia. Faust gubi wątki, nie dba o kolejność obrazów. Nawet pełne napięcia, niewytłumaczalne sytuacje, które pojawiają się w filmach "TX-Loop" czy "White Calf", pozbawione są dramaturgicznej kulminacji, gdyż re-produkując zapamiętane przez siebie sytuacje Faust jednocześnie dekonstruuje zakodowane w naszej pamięci schematy narracyjne i łączące się z nimi percepcyjne przyzwyczajenia.

Dosłowne kopiowanie rzeczywistości kończy się narracyjnym fiaskiem. Równie skutecznie mechanizm projekcji-identyfikacji zaburzają manipulacje polegające na tworzeniu hybryd łączących elementy filmu dokumentalnego i fabularnego. Ich twórcą jest Mark Lewis, mieszkający w Wielkiej Brytanii kanadyjski artysta specjalizujący się w kręceniu sekwencji tytułowych i końcowych, trailerów oraz łączników. Wśród uprawianych przez niego "gatunków" ważną rolę odgrywają dokumenty miejsc: wnętrz opustoszałych budynków na obrzeżach Londynu, osnutych mgłą jezior i bezludnych rejonów Kalifornii. Posługując się kamerą 35 mm, Lewis kręci filmy-fragmenty nieistniejących całości. Współczesne odpowiedniki vues i actualités braci Lumiere, których długość określona jest czasem ekspozycji pojedynczej roki filmowej. Stosowane w jego filmach długie ujęcia, które umożliwiają oku widza swobodne błądzenie zarówno wszerz, jak i w głąb obrazu, przywołują zamierzchłe czasy kina bezmontażowego. Jednak powrót do stylistyki kinematografu, nie jest dziś możliwy. Gwałtowne urwanie się filmu wraz z końcem rolki lub, wręcz przeciwnie, jego zapętlenie, powoduje, że nie jesteśmy w stanie utożsamiać się ani z tworzonymi przez Lewisa remake`ami klasycznych dzieł kina, ani pojawiajacymi się w jego twórczości trawestacjami popularnych tematów filmowych.



Nawiązaniami przewrotnymi, bo - jak "Jay`s Garden" - łączącymi tak chętnie eksploatowany przez kino mit Złotego Wieku z charakterystycznym dla filmu pornograficznego stylem aktorstwa polegającego nie tyle na graniu, ile byciu oglądanym. Współczesna Arkadia mieści się w pustynnej oazie położonej nieopodal Chatsworth - centrum amerykańskiego przemysłu erotycznego. W role Arkadyjskich pasterzy wcielili się aktorzy porno. Wspaniale zbudowani, młodzi i piękni wydają się częścią otaczającej ich, egotycznej przyrody. Widzimy ich tylko przelotnie, jak wylegują się w słońcu lub leniwie przechadzają po rajskim zdawałoby się ogrodzie. W tym filmie nic się nie dzieje. Przewrotność Lewisa polega bowiem na tym, że odwołując się do klisz miękkiej pornografii, tworzy film będący jej zaprzeczeniem, oparty wyłącznie na fantazjowaniu, a nie działaniu.

W raju wieje nudą, ale równie nudne może być, jak przekonuje Rosalind Nashashibi - tegoroczna reprezentantka Szkocji na biennale w Wenecji - życie w piekle. Mieszkające tam, na Zachodnim Brzegu Jordanu dzieci grają w piłkę. Zamiast egzotycznych miejsc i dramatycznych wydarzeń widzimy zwyczajnych ludzi, którzy odpoczywają i bawią się. Banalność tych dokumentalnych sytuacji powoduje, że tracimy orientację. Szukamy jakiegoś punktu oparcia, lecz bywa, że ten, jak stara egipska pieśń miłosna, którą słychać w ścieżce dźwiękowej filmu "The State of Things", pogłębia nasze zagubienie. Sprawia, że obraz wyprzedaży prowadzonej przez Armię Zbawienia, wydaje się jeszcze bardziej niejednoznaczny. Na podobnym kontrapunkcie, ujawniającym jak cienka jest granica między prawdą a zmyśleniem, opiera się zainspirowana "Listą Schindlera" praca Omera Fasta. Przerażające opowieści statystów występujących w filmie Stevena Spielberga powodują, że zaczynamy wątpić, co oglądamy: sceny z czasów wojny czy jakiś nowy, współczesny holokaust. Mnożą się pytania dotyczące istoty rejestracji filmowej oraz różnicy między dokumentem a fikcją.

Cieszyńska wystawa przypomina także, że choć film wywołuje u publiczności postawę eksperta, to rzadko łączy się ona ze skupieniem. Dlatego chętnie odwołujemy się do dobrze znanych nam, wielokrotnie powielanych schematów narracyjnych i tak łatwo ulegamy manipulacji nimi. Zmyślenie wydaje się prawdziwsze od rzeczywistości. Jednak mimo tego, że w obrazach filmowych można ją zafałszować a posteriori, pozostanie w nich obecna a priori. To właśnie ona, niepozorna i nudna, sprawia, że sztuka filmowa ciągle nas zwodzi, łudząc iluzją życia prawdziwszego niż nasze. Choćby dlatego, by się o tym przekonać, warto przyjrzeć się temu, co ukryte jest w blasku słońcu.

"Ukryte w słońcu". Fundacja Galerii Foksal. Cieszyn 17 - 27 lipca 2003.