Teatr - recenzje

Anna Szczęch

CZWOROKĄTNY "MĄŻ I ŻONA"

Przeglądając repertuary polskich teatrów nie trudno stwierdzić, że utwory Aleksandra Fredry goszczą tam dość regularnie. Niestety, są to w większości spektakle czysto ilustracyjne wobec utworu, nie wnoszące nic nowego do jego odczytania, grane w strojach "z epoki", scenografii "historycznej", jedynie funkcjonalnej, nie będącej w żadnej mierze interpretacją. Słowem: teatralne muzeum, robione zapewne z myślą o wycieczkach szkolnych a nie o "wysmakowanym koneserze". Inaczej pomyślany jest "Maż i żona" w reżyserii Anny Augustynowicz, stworzony w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (więc reżyserka zdradziła Szczecin dla Gdańska). Celowo użyłam słowa "pomyślany", ponieważ Augustynowicz w wyraźny sposób zinterpretowała utwór Fredry, nadała mu własny, jej tylko właściwy styl.

Na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że poddała go tak popularnemu dziś "uwspółcześnieniu" - wszak bohaterowie są ubrani wedle obecnej mody; zachowanie, gesty, sposób mówienia też zdają się sugerować, że rzecz dzieje się współcześnie. Na inną interpretację wskazuje jednak scenografia - niezwykle ascetyczna, acz najbardziej może znacząca - pusta, czarna scena, cztery symetrycznie ustawione krzesła i po środku biały prostokąt przypominający ramę okienną, który czterej aktorzy (stale obecni na scenie) ustawiają (stojąc każdy przy jednym kącie) w zależności od obecnego układu sił na scenie. Jedynym rekwizytem pojawiającym się w przedstawieniu jest mała, gumowa piłeczka, którą bohaterowie, jakby w nawiązaniu do powiedzenia "odbić piłeczkę", rzucają między sobą w miłosnych utarczkach. Te dwa pozornie błahe elementy plus dążenie do matematycznej wręcz symetrii ustawienia aktorów na scenie przenoszą spektakl w inne rejony niż "tu i teraz". Osadzają raczej akcję w bezczasie, w moralitetowym "zawsze i wszędzie".

Tak odczytany "Mąż i żona" wiele zyskuje, przede wszystkim tzw. uniwersalność, pokazuje pewne mechanizmy, powszechne, nawet banalne: czyż mało jest Mężów zdradzających Żony z pokojówką, podstarzałych Żon flirtujących z młodym przystojniakiem, który ma jednocześnie cichy romans z ową pokojówką? Wszystko oczywiście w lekkiej formie i jak na komedię przystało zakończone happy endem - namiętnym połączeniem Małżonków.

Powstał doskonały, zabawny spektakl, co zapewne nie miałoby miejsca bez świetnych aktorów: Pauliny Kliszewskiej (Elwira), Doroty Kolag (Justysia), Grzegorza Grzyla (Wacław) i Rafała Kronenbergera (Alfred). Zespół Teatru Wybrzeża stworzył pełnokrwiste, opracowane w każdym szczególe, postacie everymanów - pewnych stałych "typów" ludzkich, doskonale wpisując się w założenia spektaklu.