Teatr - rozmowy

Z FREDRĄ PRZY PIWIE

Z Rafałem Kronenbergerem - aktorem Teatru Wybrzeże rozmawia Aleksandra Kluka

Ola Kluka: Mirosław Neinert pomysłodawca Letniego Ogrodu Teatralnego próbuje przywrócić idee teatru ogródkowego sprzed stulecia. Ogród już od pięciu lat z powodzeniem dostarcza widzom teatralnych wrażeń w szczycie sezonu ogórkowego. Tym, co go odróżnia od innych przeglądów teatralnych, jest repertuar. Pozostałe katowickie festiwale są adresowane bądź do zwolenników tak zwanego teatru alternatywnego, bądź do elitarnego grona widzów przedstawień produkowanych przez teatry instytucjonalne. Natomiast organizatorzy Letniego Ogrodu Teatralnego formułują propozycję repertuarową w taki sposób, by nie pozbawione walorów artystycznych spektakle odpowiadały lekkiej atmosferze Ogrodu. Ogrodu, w którym można obejrzeć przedstawienie, ale także napić się piwa czy zjeść kiełbaskę. Katowicka impreza, choć nie ma sobie wielu podobnych, nie jest jedyna. Stąd moje pierwsze pytanie: co myślisz o takiej specyficznej formie prezentowania spektakli teatralnych i czy Teatr Wybrzeże grał już w podobnych warunkach?

Rafał Kronenberger: Premiera "Męża i żony" odbyła się w Teatrze Wybrzeże, w małej sali. Także na co dzień spektakl grany jest w kameralnych warunkach. Często wyjeżdżamy z nim na różne festiwale: dostaliśmy nagrodę publiczności w Grudziądzu, byliśmy w Opolu na Festiwalu Klasyki Polskiej, w Szczecinie, gdzie Anna Augustynowicz dostała nagrodę za reżyserię. Graliśmy ten spektakl także w Teatrze Małym w Warszawie, ale za każdym razem były to przestrzenie zamknięte. Zwykle spektakl grany jest w kameralnych przestrzeniach teatralnych. W warunkach ogródkowych wystawiany jest po raz pierwszy. Ja akurat miałem już doświadczenie z teatrem ogródkowym, ponieważ grałem na Festiwalu Teatrów Ogródkowych w Warszawie spektakl "Niebezpieczne zabawy", który wygrał ten festiwal. Takie są moje prywatne doświadczenia z teatrem ogródkowym, jednak spektakl "Mąż i żona" w takich warunkach nie był dotąd prezentowany.

O.K.: Każdego wieczoru aktorzy w naszym Ogrodzie spotykają się ze specyficznym rodzajem publiczności. Wydaje mi się, że często są to ludzie, nie koniecznie zdający sobie zawsze do końca sprawę z faktu, że mają do czynienia z takim samym teatrem, jaki mogą spotkać w budynku, do którego przecież niechętnie zaglądają. Być może, w jakiejś części jest to publiczność przypadkowa, przychodząca raczej na spotkanie ze znajomymi i na piwo niż na świadomie wybrany spektakl.

R.K.: Z tego, co słyszałem, to nie jest tak, że ludzie kupują sobie piwo a potem siadają przy okazji, żeby obejrzeć spektakl. Oni przychodzą tu, żeby obejrzeć przedstawienie i to jest podstawowym celem ich wizyty, a przy okazji mogą sobie posiedzieć i porozmawiać. Ania Augustynowicz poprowadziła spektakl bardzo współcześnie, więc myślę, że może spodobać się publiczności, która nie zetknęła się dotąd z Fredrą. Początek jest prowadzony w dość wartkim tempie ale już po kilku minutach widzowie bardzo intensywnie wchodzą w to, co się dzieje. Nie mamy praktycznie żadnej scenografii ani rekwizytów, ubrani jesteśmy po prostu na czarno. Rzecz opiera się na prostych, symbolicznych sytuacjach, wszystko więc dzieje się w wyobraźni widza. Mam nadzieję, że te warunki nie rozproszą tego dialogu, na którym wszystko w tym spektaklu się opiera. Mamy mikroporty, więc myślę, że nie będzie problemu, że ktoś czegoś nie dosłyszy.

O.K.: Ja nie widziałam tego spektaklu wcześniej, znam go jedynie z opisów prasowych. Wyraźnie wynika z nich, że przez tą dynamiczność, szybkość w podaniu tekstu zagubił się gdzieś komizm Fredry czyli coś, co dla ogrodowej publiczności jest ważne.

R.K.: Z komizmem w przypadku tego spektaklu bywa różnie, to zwykle zależy od publiczności. Czasami jest tak, że spektakl okazuje się bardzo śmieszny praktycznie już od trzeciej sceny, innym razem publiczność bardzo uważnie słucha i wtedy znacznie rzadziej reaguje śmiechem. Celem Anki Augustynowicz nie było wydobycie komizmu. Bardziej chodziło jej o pokazanie w relacjach między ludźmi pewnej takiej zabawy drugim człowiekiem, pewnej walki, która się odbywa między partnerami, między płciami. Celem nie było pokazanie śmieszności dramatu Fredry, sądzę jednak, że ta śmieszność wynika z konfliktów i abstrakcyjnej sytuacji. W tym spektaklu śmiech jest gorzki, uświadamia, że wszystkie układy to jest gra, zabawa. Rzecz została pokazana na kwadracie - ringu, jako konflikt, gdzie chodzi nam wyłącznie o zaspokojenie swoich żądz. Wszystko zostało podporządkowane pokazaniu tej zabawy seksem na poziomie dramatu estetycznego.

O.K.: Czyli wszystko to, co pasowałoby do ogrodowej atmosfery zostało gdzieś zagubione. Ludzie zwykle przychodzą na Ogród, żeby się dobrze bawić, a nie po to, by dostawać gorzką lekcję życia.

R.K.: Tak, ale rozmawiamy przed spektaklem. O tym, jak reagowała publiczność, będziemy mogli mówić dopiero po przedstawieniu. Teraz nie wiemy, czy to będzie śmieszne i tym samym, czy widownia będzie żywo reagować. Czy raczej będzie uważnie słuchać i obserwować te relacje, które się odbywają. Te zależności w każdych warunkach wzbudzają śmiech, tylko różna jest ich intensywność i moment, w jakim się pojawiają. Komediowość jest w tym spektaklu podszyta czymś więcej niż tylko pustym śmiechem. Trudno teraz powiedzieć, jak publiczność zareaguje. Dopiero po spektaklu będziemy mogli powiedzieć dlaczego reagowała w tym, a nie innym momencie i właśnie w taki, a nie inny sposób. Reakcja polega na tym, że publiczność wchodzi w jakiś temat. To, że się nie śmieją, nie znaczy, że nie reagują. Połykają jakiś temat i podążają razem z historią dalej.

O.K.: Przyzwyczailiśmy się myśleć o teatrze w kategorii sztuki, zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z teatrem z najwyższej półki jakim jest teatr Augustynowicz. Czy nie boisz się, że status spektaklu może się obniżyć w konfrontacji z taką specyficzną przestrzenią. Czy to nie jest tak, że dobre spektakle z solidnego teatru instytucjonalnego tracą w zderzeniu z piwem i kiełbasą?

R.K.: Myślę, że warunki teatralne sprzyjają temu, ale nie jest powiedziane, że tak będzie. Nie wiem, zobaczymy. Mimo wszystko, to nie jest knajpka, w której ktoś rozłożył scenę wśród stolików, przy których pije się piwo. Idea tego ogródkowego spektaklu nie polega na tym, by wypić siedemnaście beczek piwa. To nie jest tu najważniejszym celem. Ludzie przychodzą, oglądają, mają możliwość zobaczenia spektaklu na świeżym powietrzu, a potem zostania, spotkania się razem i porozmawiania. Jeżeli mówimy o towarzyskiej funkcji teatru, my także w Wybrzeżu mamy taką teatralną knajpkę, gdzie ludzie po spektaklach spotykają się i rozmawiają. Dlatego nie zajmowałbym się tym, czy ludzie mogą w czasie spektaklu wypić piwo.

O.K.: Wydaje mi się, że to dość znacznie zmienia bycie zarówno widowni jak i aktorów na scenie, a tym samym cały spektakl. Myślę, że radykalna zmiana warunków kameralnego Teatru Wybrzeże na otwartą przestrzeń Ogrodu, w którym atmosfera jest powiedzmy znacznie luźniejsza, może mieć znaczący wpływ na to, jaki kształt będzie mieć ten spektakl i w jaki sposób aktorzy zapamiętają granie tutaj. Nie możemy mówić w tym przypadku o zwykłym przeniesieniu spektaklu z jednego miejsca do innego. My z naszej strony staramy się ograniczyć wszystkie te aspekty przestrzeni otwartej, które mogą przeszkadzać w odbiorze przedstawień granych na co dzień w przestrzeni zamkniętej. Staramy się jak najmniej pozbawić je czaru sceny pudełkowej.

R.K.: Myślę, że tak sobie na razie gdybamy i nie wiemy jak to będzie w praktyce wyglądało. Myślę, że musielibyśmy tę dyskusję zakończyć paroma zdaniami po spektaklu, zobaczyć jak to zafunkcjonowało. Z drugiej strony, oczywiście spektaklowi pomaga magia teatralna i skupienie, ponieważ - jak już mówiłem - znaczna jego część rozgrywa się w wyobraźni widza. Trzeba być dosyć uważnym, żeby wychwycić wszystko, bo dramat napisany jest wierszem. Ogródkowe warunki nie sprzyjają temu, ale sądzę, że nie powinno być z tym problemu.

O.K.: W tych specyficznych warunkach może się wydarzyć znacznie więcej niż w kameralnej sali Teatru Wybrzeże, gdzie każdy widz ma przypisane swoje miejsce na widowni. Na ile spektakl otwarty jest na nieprzewidziane sytuacje, na ile sam tekst dramatu pozwala na to, by spontanicznie zareagować na impulsy ze strony widowni?

R.K.: Tekst jest bardzo często podawany wprost do widza, staramy się, aby zaistniał żywy kontakt z widzem. Tym samym wciąga się go w uczestnictwo w spektaklu. Natomiast myślę, że w zamkniętych salach teatralnych również często zdarza się, że publiczność niespodziewanie reaguje na to, co dzieje się na scenie i aktorzy także muszą jakoś sobie z tym poradzić. Mam nadzieję, że ludzie nie przychodzą tu żeby "podogadywać", ale żeby coś zobaczyć. Myślę, że zależy to od tego, jak spektakl "jest podany", na ile współcześnie, inteligentnie, na ile może ich złapać. Jeśli przedstawienie ich nie wciąga, a to, co widzą jest dla nich banalne i głupie, wtedy źle reagują.

O.K.: Rodzi się więc pytanie o to, na ile w tym spektaklu rzecz dzieje się między aktorami - postaciami, a na ile otwarta jest do widza. Co jest tym cenniejsze w warunkach, w których trudniej skupić się na wewnętrznym świecie przedstawienia.

R.K.: To jest w zasadzie cały czas otwarte do widza, to jest granie o widza. Każda z postaci ma wygrać swoją drogę działania u widza. Te monologi świadczą o tym, że każdy ma tu swoją sprawę i ta jego sprawa jest udziałem widza.

O.K.: Tak, ale ring który zobaczymy na scenie, wydaje się być oddzielony od publiczności i zamknięty z każdej strony. Mam wrażenie, że to bardzo hermetyczna przestrzeń.

R.K.: W Wybrzeżu na ring prowadzą jeszcze schodki, które powodują, że znajduje się on jeszcze wyżej. Ponieważ w podcieniach Górnośląskiego Centrum Kultury widzowie musieliby zadzierać głowy, zrezygnowaliśmy z nich. Ale to nie przeszkadza niczemu, myślę nawet, że ułatwia sprawę, bo jest wtedy wyraźny ring określony przez jasny prostokąt przestrzeni. Tutaj, jak w zamyśle premierowym, publiczność siedzi z jednej, przedniej strony sceny, a nie jak na przykład w Warszawie, gdzie otaczała nas z trzech stron. Gramy między sobą często zwracając się do widzów, potwierdzając pewne rzeczy, chcąc, żeby na coś zwrócili uwagę.

O.K.: Gdy decydowaliście się na występ na Letnim Ogrodzie Teatralnym, czy zastanawialiście się nad tym, czym przyciągnąć uwagę tej specyficznej widowni. Pytam o to, ponieważ wydaje mi się, że jest to różna publiczność. Myślę, że co innego decyduje o jej przyjściu na dzisiejszy spektakl, a co innego decyduje o przyjściu widowni do Teatru Wybrzeże.

R.K.: Myślę, że to, co napisał Fredro, jest wciąż bardzo aktualne. Fredro prezentuje współczesne podejście do seksu i zdrady. W jakimś sensie mówi o wolności i swobodzie seksualnej, jaką proponuje się dzisiaj. Jest to aktualny spektakl, mówiony wierszem, ale prowadzonym bardzo współcześnie. Traktuje o temacie, który teraz gdzieś tam funkcjonuje. Mówi o związkach otwartych, małżeństwach, w których przymyka się oko na zdradę.

O.K.: Mówi się, że to spektakl o takim sportowym aspekcie miłości, który nie wiąże się w żaden sposób z uczuciowością i stąd zresztą ten ring, na którym rozgrywa się akcja.

R.K.: Tutaj mówi się o pewnych emocjach, ale się ich nie przeżywa. Wszystkie knajpy, lokale pełne są takich ludzi, którzy szukają kogoś na jeden raz. Myślę, że ta sportowość jest teraz jakimś problemem. Swoboda, która nie wiadomo do czego prowadzi.

O.K.: Dziękuję za rozmowę.