| |
Literatura - poezja
Marcin Jędrysiak
sobota z partyzantką w tle
rozstrzelany rannym światłem
znienacka, w plecy, usiadłem
korek paraliżuje układ nerwowy miasta
szorstki bełkot spikera radiowego
firanka jak marskość wątroby
daje inne spojrzenie na świat
uliczne światła zmieniają się
jak moje podejście do tej sprawy
za ścianą sąsiad w paśmie maryjnym
walczy z porannym kacem
naciągam koc na głowę
ale ludzie Rydzyka tak łatwo się nie poddają
po podłodze toczy się granat
wprost pod moje łóżko
zdążam jedynie otworzyć szeroko usta
potem już tylko potężny huk i trzask łamanych mebli
otwieram oczy i... tak jak myślałem
jest wieczór... wychodzę
przedmieścia krzepną mrokiem
auta błędnym wzrokiem oświetlają ronda
idę tropem kulawego milczącego psa
i wczorajszej gazety gonionej przez wiatr
ściskając w kieszeni paczkę krótkich papierosów
jak rewolwer gotowy do strzału
szum miasta płynie w świetle lamp
popękane wargi ulic milczą
śnieg przybrał trupie kolory
a ja głupi wyraz twarzy
smarując kremem usta
udając, że nie smakujesz już jak kiedyś
próba męstwa
nie, nie czekam teraz na dworcu
kreśląc chudą ręką najprostszą drogę na ulicę Grodzką
by potem cicho zakląć i wskoczyć na stopień
prowadzący w ciasne gardło korytarza i do za mało ciasnego przedziału
nie, nie szpieguję też (siedząc na ławce w parku) nieletnich sportsmenek
o zgrabnych taliach, pachnących młodych ciałach i zadartych piersiach
wylewających garście potu i okresowej krwi
pewnych tylko bólu podczas pierwszego razu
nie, nie chodzę po tłocznych, zadymionych knajpach
nie siadam przy stoliku doprowadzając do wściekłości
moje wrzody zamawianymi kolejno piwami
paląc jednego za drugim i nie mogąc się na niczym skupić
prócz tej samotnie siedzącej w rogu szatynki
nie, nie robię tego wszystkiego
bo jestem tu
zaplątany w kabel
telefonu, z którego i tak nie mam zamiaru skorzystać...
***
gęste od zawiesiny dezodorantów miasto
bezskutecznie stara się zachować świeżość
smołowane dachy dyszą wrzącym powietrzem
niedzielny swąd obiadu atakuje z każdego okna
spękane korytarze rzek toczą rzadki muł
gęste od głosujących obywateli miasto
bezskutecznie zabiega o mój głos
zrozum, dawno przestałem go używać
i kiwanie głową nic tu już nie znaczy
gęste od tytoniowego dymu miasto
bezskutecznie walczy z nałogiem
a płynność dnia regulowana jest płomieniem zapalniczki
pół paczki wciągnięte niemal jednym tchem
w rozżarzone i wyschnięte gardło
gęste od lepkiego upału rozgrzane miasto
próbuje wysuszyć również logiczność wydarzeń
w tej sytuacji nic nie zmieni nawet fakt
że lubisz mnie w tych spodniach
potrzebuję Ciebie
nie potrzebować...
***
czujesz?
złe płynie w tej czarnej rzece
skupia się również w brudnym wieczorze
otacza Ciebie i mnie
tyle tylko
że Ciebie nie ma
a ja czuję się otoczony
obklejony złym
prześmierdnięty spalinami
i czuję że mógłbym
wyjechać
tyle tylko
że Ciebie nie ma
a ja nie wyjeżdżam
przyklejony do papierosa
i tego miejsca
tak, złe płynie w tej czarnej rzece
skupia się również w brudnym wieczorze
czujesz?!
***
nie wiem, może lepiej byłoby
oddać się we własne ręce
wyleczyć żołądek
opracować nie przynoszący
wstydu życiorys
rzucić palenie i siebie
daleko stąd
może lepiej byłoby
z miną ni mniej ni więcej
naciągnąć na głowę
sweter pachnący tobą
przeczekać najgorsze
a potem po prostu wyjechać
może lepiej byłoby jednak
zerwać wszelkie okoliczne rozkłady jazdy
przespać te święta
a potem dla świętego spokoju
uwierzyć wreszcie w Boga...
***
na co masz ochotę spytał mając do wyboru jedynie herbatę i całego siebie
przesunęła tylko wazon na okno i przyłożyła ucho do blatu stołu
cienie przemieszczają się pod stopami a przełyk coraz mocniej zacieśnia się
"podczas spacerów zwykłem gładzić pęknięcia na fasadach kamienic jak spękane kory drzew"
uśmiechnęła się; wyszła zostawiając mnie z dziecinnym grymasem twarzy i zgaszonym światłem
jestem pewien, że po moim telefonie oboje jak na komendę wzięliśmy gorący prysznic
odwracam się do ściany i naciągam koc na głowę
dłonią owijam ci szalik wokół szyi a ty całujesz mnie w obie powieki zaraz potem przychodzi zima
pamiętaj, powiedział, z godzinami jest jak z papierosami są lepsze i gorsze i wyrzucił długi niedopałek
wprost do śladu odbitego w śniegu bosą stopą młodej kobiety.... tak, bose stopy młodych kobiet...
trzaskają drzwi taksówek noclegownie dzisiejszego wieczora opustoszały zupełnie
i proszę nie martw się jak wrócę z powrotem mroźne powietrze z impetem wbija się w rozgrzane policzki
a ludzie o tej godzinie zdecydowanie boją się samotnych mężczyzn w rękawiczkach
spróbuj przyłożyć głowę do poduszki rozrzuć na jej powierzchni swoje włosy i miej gładki sen
w tym momencie twoje lustro obserwuje rozmywający się makijaż a ja czuję mrowienie w karku
kratka ściekowa przedrzeźnia wzdłuż ulicy mój suchy kaszel i możesz mi wierzyć
nawet gorąca herbata nie zda się tu na nic prócz dotyku ust
mały okrągły kawiarniany stolik z dwoma filiżankami zaimprowizował dotknięcie się naszych dłoni
siedząc w cieniu dużego klonu w parku obcasem rozgniatam kawałki sucharów dla ptaków jest ciepło
rowerowy dzwonek rozbrzmiewa jak chwila między zapadnięciem w sen a powoli wysychającą jawą
jeżeli jeszcze znaczy coś dla ciebie słowo mężczyzna i kobieta w naszej historii proszę cię o jedno
opierając stopy na zimnej tafli wody zapamiętaj uczucie towarzyszące zanurzaniu ich w nagrzanym piasku
teraz trzciny poruszają się bardzo wolno (tylko w jedną stronę) tworząc w ten sposób lądowisko dla ważek
ja idę wzdłuż brzegu śladami twojego słomkowego kapelusza przepuszczającego tylko drobne promyki słońca
tak, ten dzień powinien zakończyć się Tobą...
***
idąc wzdłuż torów podzwania drobnymi w kieszeni
od niechcenia nakłada ciemne okulary i słucha
wszystkie okoliczne ćmy gromadzą się w ogródkach działkowych
dźwięk monotonnej pracy spryskiwaczy unosi się lekką mżawką
wsiada w nie ten autobus przesypiając nie swój przystanek
na opustoszałej zajezdni wiatr wieje liśćmi
nie dzwoni do niej z pobliskiego automatu i czekając na nikogo
dochodzi ze sobą w końcu do porozumienia
flood
od kilku dni trwa nieudolny proces oczyszczania
hektolitry wody dudniąc przetaczają się przez spowite jadem miasto
drążąc pod cienką warstwą bruku
kilometry wijących się podziemnych korytarzy
rozmoknięte klepsydry nieudolnie maskują obecność śmierci
włócząc się o świcie bladymi językami alejek
próbuję dostroić swoje nerwy do zakłóconych deszczem fal
jeśli jakimś cudem stoisz teraz przy oknie
przyłóż usta do wilgotnej szyby
i miej na uwadze to że oboje nie lubimy niedziel
wtedy wszystko powinno wrócić do normy...
czterdzieści cztery stopnie samotności
i ciekaw jestem co robią teraz twoje dłonie
i mógłbym być przedmiotem którego dotykają
i ziemia nasiąknęła deszczem tak jak ja tobą
i ciężkie krople myśli roztrzaskują się o parapet
i zlizuję z ust resztkę twojego ostatniego pocałunku
i nawet spiker w radio niemrawy jakiś, tęskni jak ja
i szukam na swetrze twojego zapachu, ale wywietrzał
i wymyślam rozmowy, które moglibyśmy teraz przeprowadzić
i nie mam pojęcia jaki dzisiaj dzień
i wiem, że jutro poniedziałek - dzień twojego przyjazdu
i zastanawiam się czy rzeczywiście dobroć jest jedyną, pewną inwestycją
i jak tu zasnąć dziś bez ciebie w zasięgu trzech westchnień
i Szymborska pociesza, zapewniając o twoim powrocie
i chwila bez ciebie wiecznością się wydaje
i śmieszny w tej swojej cukierkowatości jestem
i trudno
i pewnie twoja szyja musi teraz wspaniale smakować
i zamiast niej wystarczyć mi dzisiaj musi zimna herbata
i chciałbym wiedzieć co wyznacznikiem męskości jest
i przejęzyczyłem się bo o miłość chodziło
i przydała by się czerwona linia, łącząca nas ze sobą przez 24 godziny na dobę
i wiedz, że tak jak nikt inny popełniam błędy
i miasto płacze za tobą rozmywając makijaż ze świateł latarni
i mam nadzieje, że jak ja, liczysz krople do naszego spotkania
i mijam ludzi o pogniecionych papierowych twarzach
i wolałbym ich dzisiaj nie spotykać
i ciągle wydaje mi się, że pędząc tunelami ulic słyszę gdzieś twój głos
i obracam się, wypatruję, ale znikasz nagle
i chodnik nabrał wody w usta, więc jeszcze bardziej tracę orientację
i oczy mrużę by świat bardziej realny bez ciebie się wydał
i chciałbym aby nasze oddechy mogły się teraz ze sobą zmieszać
i wstępuje we mnie lód bo nie ubrałem się odpowiednio
i mam nadzieję, że podobne pomysły do głowy ci nie przychodzą
i ociekająca smutkiem kurtka na nic dziś się już chyba nie przyda
i Eddie Brickell pięknie smuci się - I quit. I give up
i pewno gdybyś tu była powiedziałabyś, że tak nie można
i na samą myśl o tym śmieję się do siebie
i czeka mnie gorąca kąpiel
i musisz wiedzieć, że kiedy jestem smutny to uciekam do wanny
i chętnie zadzwoniłbym do twoich drzwi
i nie dzwonię bo wyjechałaś, a dzwonka i tak nie słychać
i nie wiem czy ze ścieżki którą podążasz widać moją
i może znaleźliśmy się jedynie na ich skrzyżowaniu
i rytm serca milknie przy czterdziestym trzecim stopniu...
zostań na noc
obudziłem się z braku ciebie
wstałem podgrzałem wczorajszy obiad
stoję przy oknie; odchylam żaluzje
wszystko wije się w odwilży
wyciągam się na materacu
szukając zeszłych kilku dni
ty w pośpiechu przemierzasz teraz skrzyżowania
lub po prostu trzymasz mnie w garści
wraz z moim nie działającym już zaklęciem
Marcin Świetlicki opluty po raz trzeci
wartkie tętna pociągów na mdłym dworcu
zimne pokoje hotelowe
puste hale hurtowni, ośrodków sportowych, masarni
ciepły deszcz na przedmieściach
ramiona rozpostarte
skronie wypełnione wiarą
nozdrza węszą boga
to miasto należy teraz do pielgrzymek
to miasto należy teraz do papieża
VIII.2002
perspektywa
zaspane zmrożone parkingi
ostatnie liście opadły
zupełnie jak dobre chęci
teraz liczy się tylko ciepło bram
i twoje...
amen
miasto zmrożone zostało z zaskoczenia
ślady naszych tras pokrywa cienki lód
szron wstępuje na puste ławki w parkach
wiadukty nasłuchują pierwszych tramwai
zwęglony nieboskłon otula
napięte z mrozu mięśnie miasta
wkładam między wargi ostatniego papierosa
jak ostatnie słowo
***
mam odrapany życiorys
i twój obraz pod powiekami
znajduję kilka twoich włosów
na pustym przysiągłbym jeszcze ciepłym materacu
wychodzę
przedzierając się przez obłożone języki ulic
staram się zrekonstruować wczoraj
na próżno
przed oczami wciąż powtarzający się moment
zabierasz swój czarny stanik z oparcia krzesła mówiąc:
"nie lubię poranków"
Marcin Jędrysiak -- ur. w 1980 roku w Krakowie, gdzie mieszka i studiuje. Poeta, laureat Konkursu im.H. Poświatowskiej. Publikował w "Pracowni".
|
|