do strony głównej

Literatura - recenzje

Katarzyna Turaj-Kalińska

LUDZIE POD SKÓRĄ


Rozpacz to jedna z bardziej żyznych intelektualnych gleb. Wyrosły na niej najciekawsze koncepcje filozoficzne, najbardziej poruszające wiersze, monumentalne dramaty i wielkie filmy. Na żyznych glebach plenią się jednak tyleż pożądane rośliny co chwasty. Dlatego uprawianie literatury na podłożu rozpaczy nie daje żadnej gwarancji, że będzie to dobra literatura. Przeciwnie, przy opisywaniu straty, bólu, niemożności dość łatwo stoczyć się w jedną z dwóch skrajności: melodramat albo turpizm. W pierwszym wypadku mamy do czynienia z żałosną parodią - wygibasami ordynata Michorowskiego nad grobem Stefci Rudeckiej naśladowanymi dzisiaj chyba tylko w brazylijskich telenowelach (bo te amerykańskie i polskie zbyt często same się z siebie podśmiewają ukradkiem...). Naturalistyczne wypruwanie flaków, przemoc i rozmyślnie obrzydzana erotyka - powiedzmy, hasło: Sarah Kane - uchodzą dziś za bardziej dozwolone niż poczciwy, staromodny kicz, ale to tylko trend, równie przesadny jak inne i z pewnością przemijający.

Jakby nie patrzeć, repertuar rozpaczy jest zgrany, kto wie czy nie bardziej niż repertuar humoru. I kto się uczciwie zabiera do jej przedstawiania, ma przed sobą niewdzięczne zadanie. Za wielu myszkowało tu przed nami, ot co. Jestem jednak przekonana, że Monika Mostowik, autorka zbioru opowiadań "taka ładna", uniknęła większości mielizn czyhających na pisarza, który się wyprawia na mroczną stronę duszy świata - czarną jak pudel Schopenhauera.

Jak uniknęła tych pułapek? Boję się, że nie można wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. I nawet nie należy zbyt intensywnie próbować. Bowiem jednym z podstawowych składników tej prozy jest tajemniczość. Zagadkowość. Podskórny niepokój niemożliwy do nazwania. musi to uszanować. Moim zdaniem, między innymi, powinien sobie podarować poszukiwanie autobiograficznych wątków, a w szczególności jakichś traumatycznych przeżyć, które pozwalałyby pisarce tak wiarygodnie mówić o tak strasznych rzeczach. Nie mogła tego wszystkiego przeżyć - większości opisanych zdarzeń z pewnością nie dotknęła ją osobiście i nie ma co się pchać z domysłami w ślepy zaułek.

Nie znaczy to jednak, że zupełnie nie ma się czego uchwycić, choć to, co najpierw rzuca się w oczy, znów może dezorientować. Tym, co z pewnością najpierw zauważy czytelnik, jest brak interpunkcji. No, nie stuprocentowy, bo co kilka linijek pojawia się kropka. Po niej jednak nie następuje inicjalna wielka litera, co to, to nie - za dużo byłoby tego szczęścia.

Niby nic nowego. Eksperymenty formalne rozmaitych grup artystycznych XX wieku przetarły drogę nie takim cudom. Mimo to do dzisiaj nie brakuje konserwatystów w zapóźnionym XIX-wiecznym stylu, którzy gotowi są zrazić się na wstępie. Tym mogę tylko powiedzieć, że stracą naprawdę wiele. Jeśli tylko zdobędą się na odrobinę trudu i przełamią uprzedzenia, dość prędko spostrzegą, że brak interpunkcji nie jest tu udziwnieniem formalnym, lecz wyrasta z treści, problemów, psychologii i dramaturgii. Zresztą, bałagan, jakiego można by się spodziewać po rezygnacji ze zwyczajowych ułatwień dla czytelników - tych wszystkich klamer, poręczy, łańcuchów i poukładanych skalnych stopni, jakimi są przecinki, pauzy, dwukropki czy wielkie litery - nie ma tu miejsca. Dowiadujemy się jedynie od razu, że ta wędrówka literacka nie będzie turystyką, ale wspinaczką. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. W cholernie niedostępnych i dziewiczych górach, w których wszystko jest przypadkowe, a mimo to tworzy absolutnie konieczną i nad wyraz harmonijną całość. Przy dobrej widoczności, naturalnie, bo nikt nie może nam zagwarantować ładnej pogody, przeciwnie, podczas takiej wyprawy mamy jak w banku: mgły, wichury, pioruny, zamiecie i siarczysty mróz.

Brak interpunkcji ostrzega, że nie chodzi tu o grzeczną literaturkę - taki tam zwyczajowo, mniej lub bardziej kunsztownie, zadrukowany papier, po którym mrówczym truchtem przemykają papierowe postacie z papierowymi problemikami w papierowych zębach. To jest myślenie, a nie pisanina. To jest strumień świadomości. Nie ten "niekontrolowany" jednak, o którym uczono nas w szkole - wzięty z Prousta czy Joyce`a...
,br /> Tu króluje forma, wbrew pozorom. Monika Mostowik trzyma formę chwilami wręcz zatrważająco. Jest to tym bardziej niesamowite, że teksty robią wrażenie monologów improwizowanych. Trudno się tutaj oprzeć takiemu oto skojarzeniu. Autorka "takiej ładnej", prócz tego, że pisze i pracuje w wyuczonym zawodzie (jest socjologiem), także tańczy flamenco. A flamenco to właśnie połączenie formy i improwizacji. Ba, niezwykła ekspresyjność tego hiszpańskiego tańca wynika z napięć między formą a improwizacją lub wręcz - z walki między nimi na śmierć i życie.

Podobną walkę wyczuwa się w tej prozie, byłoby jednak naiwnością twierdzić, że flamenco podpowiada Mostowik, jak ma pisać. Albo, że dla odmiany wyrazistą dramaturgię swych utworów zawdzięcza autorka studiom scenopisarskim w łódzkiej Filmówce. Po prostu i tu i tam wyraża siebie z konsekwencją spotykaną dziś niezwykle rzadko, którą czasem nazywa się pobieżnie - osobowością. Monologi czy wręcz: monodramy z "takiej ładnej" nie są w każdym razie odautorskie. To raczej role i maski - przynajmniej tak nam się zdaje w pierwszej chwili. Przyjrzawszy się wnikliwiej - a przysięgam, że warto - dostrzeżemy w nich wręcz: wcielenia. Ba, może nawet: demoniczne opętania.

Trudno nie skonstatować, że autorka zdecydowała się zostać literackim medium dla rozmaitych samotnych, skrzywdzonych lub potępionych (jedno drugiego nie wyklucza) duchów. Że wynajmuje im swój umysł, język, wreszcie: talent, by mogły do nas dotrzeć ich historie. To się nazywa ghost-writer! Nie taki zwykły, co to ukrywa się za znaną osobą, dla której pracuje. Przeciwnie - taki, który użycza nazwiska bezimiennym pragnącym się wykrzyczeć. Na co dzień - zakneblowanym betonem, jak przejmująca twarz z okładki "takiej ładnej" (projekt Michała Ostrogórskiego).

Mamy tutaj 31 historii opowiedzianych w pierwszej osobie przez kobiety i mężczyzn, żywych i umarłych, na jawie i przez sen, w biurze, w pociągu, w środku blokowiska, w szczerym polu, w przestworzach ponad ziemią. Scenografie bywają monotonne i nędzne albo odrealnione, wizjonerskie. Rozgrywają się w nich dramaty międzyludzkie, których stałym motywem jest niemożność porozumienia. Bicie głową o mur czyjegoś czoła, dłoni, ust.

Oto młoda dziewczyna podróżuje regularnie trasą Kraków-Warszawa, żeby spotykać się z mężczyzną, naturalnie: nieodpowiednim. Żonatym? A może tylko chorobliwie zajętym karierą? Coś z atmosfery "Pożegnań" Dygata i filmu pod tym samym tytułem - tego z piosenką: "Pamiętasz, była jesień, pokój numer osiem, korytarza mrok (...) odszedłeś potem nagle..." Wiele opowiadań Moniki Mostowik - mistrzyni klimatu - może kojarzyć się z polskimi filmami z wczesnych lat 60., pełnymi niedojrzałych mężczyzn, którzy się miotają, nie wiedząc czego chcą. I tajemniczych, zimnych kobiet, będących wyłącznie męskimi fantazjami a nie ludźmi z krwi i kości.

Kobiety Moniki Mostowik zaczynają już mówić własnym głosem, chociaż wciąż jeszcze wtłaczają się w jakiś gorset lub włosiennicę - to mini-spódniczki, to koronkowej (gryzącej!) bielizny, to wysokich obcasów. W każdym razie mają okazję oznajmić światu podstawową prawdę: kobiety nigdy nie bywają zimne, czasami tylko obkładają lodem swój ból, nie ma lepszego lekarstwa na brak miłości. Strój i makijaż nie pomagają na długo. Tak naprawdę, kobiety nie mają emocjonalnych szans. Fundamentalnie, socjobiologicznie, przyrodniczo. Przecież tylko kobieta się przywiązuje. Mężczyzna to ten, który się nudzi, odchodzi do młodszej albo ucieka przed ojcostwem. I zostawia po sobie pół-trupa. Takiego jak bohaterka rewelacyjnego opowiadania "otwarte pola", która brnie po kostki w gorącym asfalcie, co jej, na dobrą sprawę, zajmuje całe życie - i całe to nędzne życie symbolicznie wyraża, a w tym: kompletny brak porozumienia z rodzicami, próbę samobójczą, samotne wychowanie syna, doczekanie synowej i wnuka... Tu powinno nastąpić wreszcie zagojenie ran. Wierzymy jej, gdy mówi, że potrafi pływać w asfalcie, ale czy uwierzymy, kiedy zakończy swój monolog do ukochanego, który odszedł dawno temu, słowami: już na ciebie nie czekam ?

Nie, to nie była baśń ze szczęśliwym zakończeniem, ale bywają jeszcze gorsze. Takie jak choćby: "powinniście wiedzieć". Tu narratorką jest martwa dziewczyna. Zamordowana i ukryta w piwnicy. "dobrze już powiem wam gdzie można mnie znaleźć bo w przeciwnym wypadku zgniję całkiem i żeby mnie zidentyfikować będziecie musieli zrobić mi analizę uzębienia a wtedy cały świat się dowie że nie wyrosły mi ósemki (...) poznacie mnie bez większych problemów bo tylko jedną stronę twarzy roztrzaskał mi o kant stołu (...)"

Inne opowiadanie to dla odmiany rewers powyższej "Ballady z trupem". Monolog mordercy, szaleńca, który zabił swoją dziewczynę: "tak bardzo za tobą tęskniłem że przypięli mnie pasami skórzanymi do łóżka. opowiadają mi o tobie takie dziwne rzeczy mówią że tam wreszcie masz spokój że tam cię już nie dosięgnę a że mnie trzeba żywcem usmażyć i żebym przestał zgrywać wariata bo i tak mnie dopadnie sprawiedliwość."

O, tak. Mostowik potrafi wstrząsnąć czytelnikiem, nie epatując go. Trzyma mroczne namiętności na smyczy szyderstwa, w kagańcu pozorowanej naiwności i spuszcza na nas, kiedy chce - jak czarne dobermany. Bywa jednak także liryczna, w końcu zaczynała od poezji i poetką w duchu pozostała: "słyszałam tam stukot obcasów własnego cienia (...) moje zegary stoją w miejscu mruczą pod nosem (...) spłoszył moje słońce z trudem wybaczam takie rzeczy (...) Radzi sobie też doskonale z czymś tak karkołomnym literacko jak erotyka: miało być powoli żeby krew w skroniach nie eksplodowała żeby nie popękały aorty (...) żeby to trwało i trwało i trwało i trwało do dziś żeby jutro nie miało siły nadejść." Doprawdy ta kobieta bije Hiszpanów na głowę temperamentem. Vivat flamenco alla polacca!

Mnie osobiście jednak najbardziej imponuje ta autorka, kiedy użycza swego śpiewnego głosu komuś takiemu jak bohaterka opowiadania "tyłek czyli kwalifikacje". Jest to sekretarka pewnej firmy, postać właściwie "rodzajowa", jak mawiają w teatrze, idiotka znana z sitcomów, nieudolnie ukrywająca przed światem brak jakichkolwiek kwalifikacji, zdolna do parzenia kawy i liniowania papieru flamastrem, ale raczej do niczego więcej. Bezustannie polująca na męża, lecz nie bardzo skłonna do spania na to konto z każdym, po prostu - "pierwsza naiwna" naszych czasów. "teraz muszę im przygotować wszystko żeby im się dobrze negocjowało trzeba przynieść kieliszki śledziki krakersy i te ciastka a ja głupia myślałam że te nadliczbowe to mnie czeka bzykanie na tym biurku a to tylko szklanki mam im myć i kawę donosić zaraz mariolce o tym powiem to się znowu uśmiejemy." Tu na odmianę Mostowik wykazuje satyryczne zacięcie na miarę Barei czy Tyma, tyle tylko że u niej pod pustym śmiechem z rzewnej głupoty wciąż czai się tragedia niezrozumienia i samotności.

Żywi i umarli, mordercy i ofiary, poeci i idioci, porzuceni i porzucający, biedni i bogaci, brzydcy i piękni, próżni i zakompleksieni, głodni uczuć i wyrzucający uczucia w błoto składają się na towarzystwo wampirów z opowiadań Moniki Mostowik. Autorka stworzyła im coś w rodzaju domu opieki, w którym znajdują sobie formę, poetykę, a nawet pewien rodzaj pękniętego piękna. Bez tego byliby skazani na obecność w telenowelach, sitcomach, wiadomościach telewizyjnych i kronikach kryminalnych. Bez tego my, pięknoduchy żrące papier, farbę, płótno, marmur, fortepiany i instrumenty smyczkowe być może w ogóle byśmy ich nie zauważyli.

Dzięki Monice Mostowik i ja stałam się na chwilę dezerterką z poukładanego świata wartości. I tak jak jedna z jej bohaterek mogę teraz powiedzieć: "mam pełno ludzi tuż pod skórą chodzą tam i z powrotem przyprawiają mnie o dreszcze wychodzą mi bokami". Gdyby mnie uprzedzono, może stchórzyłabym przed "taką ładną"? Demony z tej książki zdołały mnie dopaść znienacka. Nie żałuję. Nie jestem przez to lepsza ani mądrzejsza, ale przynajmniej mi się nie wydaje, że nic już nie może mnie zaskoczyć.

Monika Mostowik: "taka ładna". Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne Portret, Olsztyn 2004.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka | literatura | kontakt | archiwum |