| |
Film - na ekranach
SHREK 2

Reżyseria: Andrew Adamson
scenariusz: David N. Weiss, Joe Stillman, J. David Stem
gatunek: animowany
USA, 2004
Bezapelacyjnie ogr zdominował tegoroczne lato. Wprawdzie pogoda pomagała mu w tym jak tylko mogła, jednak musimy potulnie przyznać, że mamy do czynienia z zielonym fenomenem, który wbrew ogólnie panującym tendencjom z każdą częścią zdaje się poprawiać formę.
No właśnie, chyba nikt nie ma już wątpliwości, że wdepnęliśmy w historię samograjkę o potencjale "Stu lat samotności", gdzie motywem wyjściowym kontynuacji stanie się rodzinny boom. Stąd w następnej części możemy zapewne spodziewać się potomstwa Shreka i Fiony, a następnie potomstwa potomstwa z zaznaczeniem wszelkich koligacji rodzinno - oślich. Reszty dogrywa postmodernistyczny kocioł, którego nieograniczona pojemność gwarantuje rozrywkę po wszeczasy od grypsów z reklam, poprzez wykorzystanie motywów popkultury, a na konsekwentnym przestrzeganiu wzorców chociażby baśniowych kończąc.
W przypadku "Shreka" trudno zatem oceniać co mamy podane, ale należy się zastanawiać jak. A podane mamy koncertowo. Dosłownie, tak jakby w obawie, że w 105 minutach mogłoby się jednak coś nie zmieścić i dlatego wszyscy tańczą, śpiewają i co tylko jeszcze mogą. Na szczęcie jest to na tyle przejrzyste, że na różnych poziomach odbioru, ale każdy ostatecznie znajdzie coś dla siebie - zarówno dziecko, które odczyta przede wszystkim dowcipną opowieść z morałem, jak i dorosły, którego wciągnie zabawa cytatami. Ta wielowarstwowość niemal skazuje bajkę na sukces i wyróżnia na tle innych, takich jak "Gdzie jest Nemo" czy "Epoka lodowcowa", ukierunkowanych docelowo na najmłodszych. "Shrek" owszem, bazuje na wartościach podobnych do tych dominujących we wspomnianych bajkach, ale tutaj są one zapodane o krok dalej. Problem ojcowskiej troski wobec dziecięcej niezależności, która jest tematem "Nemo", w Shreku ponadto ociera się o takie "kobyły" etyczne, jak całkowity brak zasad moralnych wobec perspektywy utraty prestiżu społecznego (zamknąć córkę w wieży, żeby świat nie ujrzał jej nocnej metamorfozy). Czy prawdziwe więzi przyjaźni, na których opiera się "Epoka lodowcowa", a które "Shrek" uatrakcyjnia o zawiłości obowiązków małżeńskich. Jest tego sporo, więc poprzestańmy może na głównych wątkach, a w końcu przecież jest i tak zabawnie i przyjemnie. I o to chodzi, a dzieciom niezrozumiałe dla nich sprawy może lepiej przemilczeć...
KRÓL ARTUR

reżyseria: Antoine Fuqua
scenariusz: David Franzoni, John Lee Hancock
obsada: Clive Owen, Stephen Dillane, Keira Knightley, Ioan Gruffudd, Stellan Skarsgard, Ray Winstone
gatunek: dramat/przygodowy/wojenny
USA, 2004
Całkowicie odmienne kino, które z pewnością zainteresowało wspominających z nostalgią telewizyjny serial "Robin Hood", chociaż historia opowiedziana przez Antoine Fuqua, ma w sobie niewiele z mistycznej atmosfery lasów Sherwood. Legenda potraktowana jest tu z nadzwyczajną wręcz dosłownością. Konsekwentnie w tym kluczu obsadzono rycerzy Okrągłego Stołu, jak i tych, z którymi walczyli, co równie wyraziście podkreślił Sławomir Idziak. Niewątpliwie te dwa elementy kształtują film, oddając mu wymykającą się wiarygodność: Anglicy w głównych rolach i celtycka monumentalność krajobrazu nadają całości autentyczność, której tak bardzo brakowało chociażby "Troi". Nie mniej, godna uwagi precyzja w makijażu Ginewry i amerykański styl wyrażania emocji, przywodzi momentami na myśl nasze rodzime widowisko "Ogniem i mieczem". Z drugiej strony, w tym przypadku forma pozostawia jedynie wrażenie, a mit o Królu Arturze to przede wszystkim kodeks rycerski i opowieść o pięknej przyjaźni. A, że nieco ufryzowana? Dla równowagi zawsze pozostaje nam siermiężna rzeczywistość.
Anna Koziołek
|
|