do strony głównej
Muzyka - recenzje

Maciej Woźniak

DOBRE WIEŚCI DLA CASSANDRY

Trochę o śpiewających kobietach w ogóle, a o jednej w szczególności

I.
Absurdalny z pozoru dylemat: demokracja czy cywilizacja? na tle rozpanoszonej, obdarzonej coraz większym tupetem miałkości i trywialności, lansowanej przez media, nabiera całkiem konkretnych kształtów. Wystarczy pokręcić się parę godzin po muzycznych witrynach w sieci albo po sklepach płytowych, aby stanąć z nim oko w oko. Wartościowa muzyka cofa się w nisze, krok po kroku ustępuje przed owadzim, medialnym szumem. Jednego dnia to wszechobecne brzęczenie jest o tym, który radykalny hip-hopowiec nagrywa płytę z Natalią Kukulską, drugiego dnia - kogo Madonna pocałowała w usta i czy oznacza to oficjalne namaszczenie na królową serc i list przebojów, a kolejnego dnia - jak obchodzić narodową żałobę po rezygnacji z kariery przez Edytę Górniak.

II.
Wszystkie te złe wieści to dla Cassandry Wilson dobre wieści. Wobec panującej muzycznej mizerii, nawet nagrywając słabsze niż dawniej albumy, i tak może liczyć na dobre recenzje. A przede wszystkim na zainteresowanie zarówno tych słuchaczy, którym utrata dziewictwa przez Britney Spears czy nowy makijaż Christiny Aquilery nie spędzają snu z powiek, jak i tych, którym (niezależnie od wieku) nie odpowiada zaprzęgnięty w hormony hałaśliwy idiom rocka i tęsknią za dniem, kiedy P.J. Harvey przestanie krzyczeć, a zacznie śpiewać. Na tym podwórku - gdzie oryginalna, autorska ballada spotyka się z bluesem, jazzem, soulem i folkiem - rzadko pojawia ktoś nowy. Biedna Norah Jones została zawłaszczona przez strasznych mieszczan, którzy chcą pokazać, że słuchają jazzu, bo jej utwory uderzają nijakością i banałem. Zaś Patricia Barber czy Fiona Renshaw pozostają wyjątkami, potwierdzającymi całkiem inną regułę: skoro jesteś ładna i umiesz śpiewać, to ktoś wyprodukuje dla ciebie plastikowy przebój, ktoś inny wepnie ci kolczyk w pępek, ktoś załatwi wywiad, ktoś inny nakręci teledysk - i już jesteś gwiazdą. A błyskotliwa kariera (estradowa i każda inna) nawet z całkiem dobrze zapowiadających się szybko potrafi wycisnąć wszystko, co najgorsze.

III.
Cała historia się na początku lat 80-tych w Nowym Jorku. Cassandra Wilson zaczęła tam karierę od śpiewania klasycznych jazzowych standardów - które przed nią wykonywały Ella Fitzgerald, Billie Holiday czy Sarah Vaughn - by stopniowo zwrócić się ku muzycznej awangardzie. Porzuciła wokalną ogładę jazzowej diwy dla swobody stylu free i rodzącego się właśnie hip hopu. Wraz z saksofonistą Steve´em Colemanem nagrała kilka albumów, znakomicie oddających klimat obrzeży nowojorskiego jazzu tego okresu. Jazzu wyzwolonego ze stylistycznych nawyków i ograniczeń, łapczywie połykającego wszelkie muzyczne nowinki. Trwało to dobrych dziesięć lat, aż niespodziewanie wokalistka podpisała kontrakt z prestiżową wytwórnią Blue Note i zaczęła nagrywać albumy z muzyką w nader wyrafinowany sposób łączącą jazz z innymi gatunkami, takimi jak blues czy folk. Bogactwo akustycznych aranżacji oraz głęboki, lecz jakby zmatowiony, zaśniedziały głos Cassandry sprawiły, że kolejne albumy "Blue Light Till Down", "New Moon Daughter", zawierający wokalne wersje utworów Milesa Davisa "Travelling Miles" czy też "Belly Of The Sun" - wyraz fascynacji korzennym bluesem z delty Mississipi - budziły zachwyt recenzentów i zyskały wokalistce wierne grono słuchaczy.

IV.
Tytuł ostatniej płyty Cassandry Wilson "Glamoroured" sugeruje blask i urok zawartości. Nie jest to co prawda blask i urok tak intensywny jak dawniej, ale nastrojowe utwory i przejrzyste, koronkowe aranżacje tkane przez świetnych instrumentalistów trzymają klasę. No i śpiew Cassandry nadal jest pełen tego fascynującego leniwego wdzięku, jakby każde słowo przez moment wahało się zanim opuści usta. Na płycie jak zwykle nie brak przeróbek starych przebojów, takich jak "Fragile" Stinga (w oryginale jazzujące, więc tu dla odmiany w dyskretnym rytmie funky), "Crazy" Williego Nelsona, "Honey Bee" Muddy´ego Watersa, "Lay Lady Lay" Boba Dylana czy "Throw It Away" innej czarnoskórej piękności Abbey Lincoln. Obok nich są stonowane, liryczne ballady napisane przez samą wokalistkę ("Sleigh Of Time", "Heaven Knows"). Jeśli pozostaje lekki niedosyt, to głównie z braku utworu, który stałby się wizytówką całej płyty, tak jak parę lat temu stało się z "Love Is Blindness" grupy U2, która w ustach wokalistki zabrzmiała jak zamruczana kołysanka dla ślepej jak młode kocięta miłości.

V.
Cassandra Wilson działa jak szczepionka. Przeciw akrylowanym i pustookim gwiazdkom dyskotek. Przeciw wpychającej się w natrętnie w muzykę (tak samo jak w kino czy w poezję) chronicznie zbuntowanej "młodzieżowości", opakowanej w puste gesty kontestacji lub obnoszącej melodramatycznie rozmazane makijaże. I przeciw coraz częstszej, coraz bardziej niepokojącej myśli: gdzie mają się podziać ci, którzy nie są celem na mapie świata, łatwym do namierzenia targetem, ci, którzy się nie liczą w obrotach supermarketów, ci, których jest za mało, by napędzać młyńskie koła list przebojów i rockowych festiwali, ci, dla których nagrywanie muzyki niedługo zwyczajnie może się przestać opłacać.

 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka | kontakt | archiwum |