do strony głównej

Plastyka - rozmowy

WORLD AFTER THE WORLD

z Alicją Żebrowską rozmawia Roman Lewandowski



Roman Lewandowski: Chciałbym zacząć od tego, co wydaje mi się kluczowe w Twoich pracach - od problematyki tożsamości. Sądzę, że jest ona figurą, która w twoim przypadku jest permanentnym projektem artystycznym. Służy budowaniu elementów gry i strategii artystycznej. Interesuje mnie, dlaczego w twoich pracach problem tożsamości jest zapośredniczony przez cielesność a w szczególności przez seksualność ciała?

Alicja Żebrowska: Pojęcie tożsamości trochę mnie przeraża. To zagadnienie dobre dla psychologów, a nie artystów. W tym sensie, że nigdy nie stawiałam go za cel w żadnym ze swoich projektów. Od momentu, gdy ukończyłam studia i ukształtowała się moja estetyczna "jakość", zawsze pasjonowała mnie wewnętrzna, emocjonalna strona funkcjonowania człowieka., a zwłaszcza to, jak człowiek artykułuje się na zewnątrz. A ponieważ seks jest podstawowym elementem funkcjonowania człowieka, to seksualność praktycznie ciągle się ujawnia. Cokolwiek byś zrobił, na każdym kroku da się ją wychwycić. W wielu zagadnieniach związanych z psychiczną stroną aktywności człowieka, niekoniecznie nawet jego intymności, zawsze gdzieś przebija się seks. Nie jest też tak, że ja go obsesyjnie eksponuję. Te prace, gdzie sfera seksu się przejawia, były po prostu szczególnie nagłaśniane przez media. W całej mojej twórczości nie wiem czy nawet połowa prac jest związana z seksem. Natomiast interakcje i ujawnianie ukrytych sfer emocjonalnych było dla mnie kluczowe. A podstawowe zagadnienie, które mnie fascynowało i zresztą do dzisiaj fascynuje - i to jest dopiero prowokacją i chyba najbardziej drastyczną rzeczą - to możliwość maksymalnego ujawnienia się. Rodzaj psychicznego katharsis, oczyszczenia, po którym trzeba konstruować się na nowo. Zastanawiam się więc, na ile człowiek jest zdolny ujawnić swoją intymność i prawdę o sobie. Ten właśnie aspekt penetrowałam w swoich pracach. Bo to jest postępowanie, które stoi w sprzeczności ze zwyczajną u ludzi psychiczną samoobroną. Wiąże to się z faktem, że człowiek posługuje się kłamstwem i intelektualną manipulacją, aby się bronić. Przecież bronimy się nie tylko przed fizycznym atakiem. W codziennym życiu bronimy się przed emocjonalnymi atakami i ukrywamy wiele psychicznych, emocjonalnych słabostek czy ułomności oraz podłości. Ta właśnie sfera najbardziej mnie interesowała - sfera absolutnego ujawnienia siebie. Wykreowanie takiego sztucznego psychicznego tworu. Mówię sztucznego, ponieważ, aby to osiągnąć, trzeba się przeciwstawić swoim naturalnym, instynktownym siłom obronnym. Właśnie dlatego, że jest to taka oczywista i banalna sprawa - konieczność ukrywania pewnych uczuć, poglądów, emocji itp. we współżyciu między ludźmi, dlatego stanowi to dla mnie prawdziwe wyzwanie i jest rodzajem narzędzia badawczego. W "Infiltronie" założyłam sobie wraz z Jackiem Lichoniem, że będziemy próbować się maksymalnie ujawniać wobec samych siebie. Wzajemnie się inwigilowaliśmy, ale niestety okazało się, że jest to tak bolesna sfera, że doprowadziła do bardzo poważnych zranień, i chyba nawet bardziej ja zraniłam Jacka niż on mnie... I to o mały włos nie rozwaliło całego projektu. Ale w efekcie konstruowało nasze dzieło.

R.L: Czy nie jest tak, że tożsamość w Twoich pracach, którą ty starasz się odsłonić, nie jest w jakiś sposób naznaczona przez "grzech pierworodny", będący swoistym śladem czy skazą na tożsamości?

A.Ż.: Czy chodzi Ci o grzech pierworodny w kontekście mojej pracy czy masz tu na myśli pojęcie ogólne?



R.L.: Mam na myśli grzech pierworodny jako ideę, jako tekst kultury, który niesie za sobą rozmaite konteksty - np. dekalog...

A.Ż.: W mojej pracy zupełnie nie interesowały mnie aspekty moralne ani problematyka dydaktyczna. Owszem, można dopatrzyć się tam aspektów, które akcentowali krytycy feministyczni, a więc np. to, że kobiety zostały wychowane w określonych tradycjach, i to oczywiście rzutowało na ich seksualność. Oczywiście, że ten mit rzutował na moją psychikę i powstanie tej pracy jest gdzieś daleką konsekwencją tego, ale nie chodziło mi o ucinanie głowy hydrze, tylko o zaobserwowanie jak funkcjonuje. Przecież jednym może to odpowiadać, innym nie. Pracę "Grzech Pierworodny - Domniemany Projekt Rzeczywistości Wirtualnej" zrobiłam z jednej strony intuicyjnie, a z drugiej - bardzo świadomie. Intuicyjnie powstawał sam projekt i koncepcja, natomiast już budowanie formy i kształtowanie całości było konstruowane bardzo świadomie. Analizowałam bardzo wiele czynników. Zajęłam się mitem grzechu pierworodnego nie ze względu na dekonstruowanie czegoś, jak o tym często pisano, czy też ze względu na to, że chciałam krytykować Kościół i jego tradycję kulturową w obrębie moralności.



Chciałam pokazać sferę wirtualną wszelkich ideologii. I to mnie naprawdę fascynowało, a skutki to już zupełnie inna sprawa. One oczywiście też są ciekawe, ale nie interesowała mnie sama ich trawestacja. Tak już jest, że różne ideologie i ich rytuały konstruowane są na tej zasadzie, że wpierw buduje się pewną rzeczywistość teoretyczną, pewną wizję, a później ludzie to akceptują i żyją zgodnie z tą recepturą. Po prostu słowo staje się ciałem. Być może, gdybym żyła na przykład w Indiach, zajęłabym się mitem z tamtego kręgu kulturowego. Ale żyję tutaj i te wszystkie rzeczy, do których się odwołuję w tym projekcie, odzwierciedlają to uwikłanie. Jeśli mam coś za złe krytykom, to zapewne to, że w ocenie tej pracy pojawiła się krótkowzroczność i uwikłanie w kolejną ideologię - feministyczną, a przecież chodziło mi o pokazanie dystansu, to znaczy, że powinniśmy podejść jak najbardziej świadomie do swego istnienia i relacji międzyludzkich; zależało mi na próbie wyjścia poza tę bańkę ideologiczną. Ale ostatecznie właśnie taka wąska interpretacja tej pracy doskonale ujawniła jak bardzo nie potrafimy uwolnić się od ideologicznych ograniczeń.



R.L.: Twój projekt "Onone - a World after the World" jest już w jakiś sposób wyczyszczony z tych klisz kulturowych i judeochrześcijańskich figur wyobraźni, jak "oko opatrzności" czy "drzewo wiadomości", które zostały wpisane w "Grzech pierworodny". Można powiedzieć, że posiłkujesz się tu już pewną futurologią...

A.Ż.: Tutaj pojawia się poniekąd zabawa z wyobraźnią i popędowością ludzką. Oczywiście mogłam bazować na tradycyjnej figurze człowieka, ale to już zostało w sztuce do końca przerobione - wszystkie te fantazje i perwersje. Zatem, aby poszerzyć to spektrum i obiekt fantazjowania, sięgnęłam w tym wypadku po hybrydyczny obiekt hermafrodyty, który jest bardziej złożony, wielowymiarowy i niejednoznaczny. Poza tym nie da się go bezpośrednio odnieść do człowieka, ponieważ jeśli istnieją przypadki hermafrodyty pośród ludzi, zawsze posiadają one cechy bardziej męskie bądź bardziej żeńskie. A nawet jeżeli są już dalece androgyniczne, to zawsze potrzebują towarzystwa drugiego człowieka. Tutaj zaś stworzyłam hermetyczny świat holistycznych istot, które są całkowicie zainteresowane sobą, samowystarczalne i zamknięte w sobie. Jeden z chłopców, którzy pozowali mi do serii Continuo, na pytanie czy mógłby sobie wyobrazić świat zamieszkały wyłącznie przez hermafrodyty, powiedział mi bardzo ciekawą myśl, że taki świat nie istniałby dłużej niż jedna chwila, bo takie idealne istoty byłyby tak dalece zadufane w sobie, dzięki swej doskonałości i egocentryzmowi, że zniszczyłyby się wzajemnie. Oczywiście, to on to tak widział i to jest jego ogląd mentalny, a ponieważ wywodził się właściwie z marginesu, gdzie często myśli się o świecie w kategoriach destrukcji i walki, być może to są zawężone kategorie oceny. Jednak wydaje mi się, że coś w tym jest, gdyż człowiek jest bardzo agresywny i w dziejach ludzkości wielokrotnie ujawniała się jego chęć bycia Bogiem a przynajmniej panem świata. My jednak, jako tylko ludzie, nie jesteśmy w stanie do końca wyobrazić sobie, co myśli hermafrodyta. Jest to istota zamknięta, która rządzi się własną moralnością i sama o niej stanowi. Prezentowane sceny mają odzwierciedlać punkt widzenia hermafrodyty, której wolno czynić to, na co nie mają przyzwolenia ludzie. Ale to nie jest prawdziwe życie hermafrodyty, tylko jej fantazje, perwersje. Poszczególne sceny mają jedynie sugerować czym są te perwersje i co znaczą dla tej istoty. Celem tej pracy było zainspirowanie odbiorcy do tworzenia pointy. Faktycznie ostateczne wyobrażenia o perwersji Onony rodzą się w umyśle odbiorcy - są przefiltrowane przez kulturowy bagaż, który każdy człowiek w życiu nabył. I w rezultacie to co widzi indywidualny odbiorca, jest jego własnym spektrum.



R.L.: Tutaj pojawia się kolejny problem, jakim jest naruszanie ustalonego konwencjonalnie postrzegania czy w ogóle relacji "ja" - "Inny". W tym także uwzględniając pytanie, na ile "Inny" jest we mnie? To, co ty robisz w swoich pracach, jest właściwie naruszaniem pewnego kulturowego tabu związanego z tą relacją. To tabu jest opresyjne...

A.Ż.: Im bardziej brutalnie widz odbiera dzieło, a mówię tutaj o dobrym dziele sztuki, tym bardziej pokazuje, że kultura jest represyjna. I dzieje się tak dlatego, że nie samo dzieło jest źródłem represyjności, ale ono właśnie pokazuje jak dalece i na ile kultura w ogóle jest a priori represyjna, ponieważ artysta ujawnia tę represyjność poprzez brutalność dzieła. Znakomitym przykładem jest tu Orlan, która to świetnie pokazała. Ale oczywiście już dużo wcześniej artyści tę represyjność pokazywali. I dlatego ludzie z niesmakiem moralnym czy z obrzydzeniem odbierają tego typu dzieła sztuki, ponieważ tak naprawdę chcą żyć w tej opresyjnej kulturze, jest im tak wygodniej, łatwiej. Tak, różne tabu kulturowe są opresyjne, bo spełniają rolę kata. W tym kontekście mieści się również moje penetrowanie wewnętrznych stanów opresyjnych. Bo to są wzajemne uzależnienia: człowiek, który ma wewnętrzne problemy i nie chce lub nie potrafi ich usunąć, projektuje je na innych. Bardzo często tabu kulturowe powstawało w oparciu o takie zależności. Np. obrzezanie łechtaczek w Afryce. Obecnie to właśnie kobiety afrykańskie, paradoksalnie, są najzacieklejszymi obrońcami tego rytuału. W niektórych plemionach posiadając władzę decyzyjną o zaprzestaniu tych praktyk, nie chcą tego uczynić. Bo być może wiązałoby się to z uzyskaniem świadomości jak bardzo zostały ograbione z przyjemności życia i samostanowienia. Akt podarowania tego innym kobietom byłby ich kolejnym ofiarowaniem się, stałyby się podwójnie ofiarami.



R.L.: Twoje prace świetnie funkcjonują poza aspektem społeczno-politycznym oraz kontekstem geografii. Ważne jest i to, że nie ma tak naprawdę potrzeby kontekstualizowania ich w obrębie tego, co niektórzy krytycy chętnie określają dyskursem, nomen omen, sztuki krytycznej.

A.Ż.: To pojęcie ukuto w Stanach Zjednoczonych, jest tworem o zdecydowanie politycznym pochodzeniu. Jest to typowo amerykańska praktyka, polegająca na gładkich i okrągłych sformułowaniach, które wszystko zamykają, aby później móc tym manipulować. Przykre jest to, że bardzo wielu ludzi zawierza piewcom tej ideologii i daje się manipulować. Bardzo boleję nad tym, że całą moją twórczość usiłowano najpierw wpakować w feminizm, a potem w sztukę krytyczną. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Jeśli krytycy utworzą panteon sztuki krytycznej z Goyą, Dalim i Warholem, to proszę bardzo, mogą mnie włączyć w ten nurt....

R.L.: Każda sztuka właściwie ex definitione jest krytyczna...

A.Ż.: Oczywiście. Pojęcie sztuki krytycznej jako polskiej specjalności jest dla mnie krytycznym nonsensem. To dowód krótkowzroczności.



R.L.: Czy mogłabyś powiedzieć parę słów o swoim najnowszym projekcie, "Infiltronie", który przygotowujesz razem z Jackiem Lichoniem?

A.Ż.: Zajmujemy się "odintymnianiem" siebie - poprzez inwigilację i różnych sfer społecznych - poprzez infiltrację, bo projekt ten funkcjonuje w społeczeństwie i dotyczy rozmaitych społecznych rytuałów. Można by dużo o tym mówić, bo to gigantyczna praca...

R.L.: Krążą już o niej legendy...

A.Ż.: Legendy? Dlaczego? (tutaj głośny śmiech). Legendy krążą dlatego, że nie ma w Polsce żadnej instytucji ani mecenatu, które pozwoliłyby nam ujawnić ten projekt, gdyż wymaga on sporych nakładów technicznych, finansowych i jak na razie nikt nam nie pomógł, by doprowadzić go do sfinalizowania, do czego potrzebne jest między innymi porządne studio, a o pokazaniu tego nawet nie mówię.

R.L.: Czy nie obawiasz się, że z racji pewnego obrazoburstwa i krytycznego ostrza, projekt ten może spotkać się z ostracyzmem podobnie jak to miało miejsce w przypadku Zuzanny Janin i jej pracy "Widziałam swoją śmierć"?

A.Ż.: Trudno teoretyzować. Ale ja osobiście nie uważam tego za obrazoburstwo, chociaż nie można tego wykluczyć w przypadku oceny odbiorcy.

R.L.: Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Dziękuję Ci za rozmowę.

 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka | literatura | kontakt | archiwum |