do strony głównej
Plastyka - zoom

Nie dajmy się zwieść efektownej "łatwości" prac Zbigniewa Rogalskiego. Ich forma jest tylko kamuflażem. Charakterystyczny dla nich modny, plakatowy realizm jest przynętą, mającą zwrócić uwagę widzów na to, co skrywa się "pod płótnem", co stanowi o sensie istnienia malarstwa.

APOLOGIA MALARSTWA

Malarstwo Rogalskiego jest ostentacyjnie autotematyczne. W przeciwieństwie do innych młodych malarzy nie tylko pokazuje jak fascynujący jest świat obrazów, lecz również jak frapujące jest ich malowanie. Tematem jego prac jest malarski gest. Rozumiany całkiem dosłownie, bo w najnowszych obrazach artysty, jeszcze wyraźniej niż w "Zemście starego Indianina", widać fascynację twórczością Jacksona Pollocka. Podążając jego tropem, Rogalski "odgrywa" swoje malarstwo przed oczyma widzów. Zamiast portretować się na tle atrybutów malarstwa, maluje sam akt malowania, dłoń, która za pomocą pędzla powołuje z niebytu świat. Malarz spieszy się, by zdążyć przed zachodem słońca, by nim zniknie ono za horyzontem ukończyć obraz. Gesty nakładają się na siebie, zamalowujące płótno dłonie ulegają multiplikacji. Ich ruch zostaje rozbity na poszczególne sekwencje. Innym znów razem wypełniając różnymi barwami przestrzeń wokół siebie, zamyka się w pułapce bez wyjścia. Każdy następny ruch pędzla będzie oznaczał samounicestwienie. Tym samym Rogalski zdaje się sugerować, że malarstwo czy szerzej tworzenie obrazów obdarzone jest mocą uśmiercania swych pierwowzorów.

Malarstwo jest także grą z mimesis. Grą, której przewrotność odsłania duże płótno przedstawiające artystę i jego dziewczynę, Karolinę, malujących podróbki banknotów 100 eurowych. Jakby w ten dosłowny sposób usiłowali przypomnieć nam, widzom, że malarstwo nie jest wyłącznie sztuką dla sztuki, lecz również - co wobec wątłości rynku sztuki w Polsce należy potraktować z odpowiednią dozą ironii - działalnością zarobkową. Jednak malarskie podróbki euro, będące przecież klasycznym przykładem trompe-l`oeil, prowokują również do postawienia pytania o to, komu służy malarstwo i jakie ma jeszcze dziś znaczenie.

Zbigniew Rogalski: "Autoportret pod płótnem". Galeria Kronika w Bytomiu, 12 grudnia 2003 - 10 stycznia 2004.




Czy coś tak trywialnego jak zdjęcie paszportowe może być dziełem sztuki? Tak, pod warunkiem, że wykona je artysta tej miary, co Thomas Ruff.

PORTRETOWANIE FOTOGRAFII

Na zorganizowanej w Zamku Ujazdowskim wystawie tego niemieckiego fotografika zaprezentowano prace z cykli: "Wnętrza", "Portrety", "Domy", "Gwiazdy", "Fotografie gazetowe", "Plakaty", "Noce" i "inne Portrety". Zdumiewające swym zimnym, wykalkulowanym chłodem fotografie, których tematem są banalne, dobrze wszystkim znane wycinki rzeczywistości. Te zdjęcia wydają się być pozbawione punctum. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom, realizm Ruffa niewiele ma wspólnego z dziełami Sandera czy Renger-Patzscha. W przeciwieństwie do nich Ruff nie wierzy w to, by fotografia pokazywała rzeczywistość. Zapośredniczona zarówno przez soczewkę aparatu fotograficznego, jak i oko fotografującego jest kreacją. Jest czystym konstruktem odnoszącym się jedynie do rzeczywistości. Dlatego nie jest istotne to, co skrywa się za fasadami fotografowanych przez Ruffa, modernistycznych budynków, lecz to, czemu uczynił je obiektem swego zainteresowania.

Powtarzane w długich seriach tematy ulegają dewaluacji, stając się pretekstem do rozważań nad medium fotografii. Banalność obiektów, które stanowią przedmiot prac artysty: drobnomieszczańskie wnętrza, twarze przyjaciół, budynki z najbliższego otoczenia artysty, fotografie prasowe, powoduje, że uwaga patrzącego kieruje się ku fotografii jako takiej i sposobom, za sprawą których rzeczywistość ulega przemianie w fikcję. Dla Ruffa nie liczy się przedmiot fotografii, lecz ona sama. Dlatego sięga do internetowej pornografii, zdjęć pocztówkowych, fotografii prasowej i zdjęć paszportowych. Wszystko po to, by odpowiedzieć na pytanie jak fotografia manipuluje swoim przedmiotem.

Kontynuując tradycje skrajnego obiektywizmu fotograficznego, równocześnie podważa aspiracje fotografii do autentyzmu. Robi to uciekając się do różnych sposobów. Przez stosowanie powiększeń, komputerowe przetwarzanie obrazów, ich nakładanie na siebie i manipulacje odległością w zdjęciach stereoskopowych. Neutralne białe tło, na którym fotografował swych przyjaciół, przekształca ich twarze w maski. Maski przedziwne, bo skala portretów odbiera im realność. Podobnie pozbawione podpisów "Fotografie gazetowe" nie sugerują prawdziwości, wręcz przeciwnie, wyrwane ze swojego kontekstu, stają się częścią świata fikcji. Ruff wydaje się "uśmiercać" to, co fotografuje. Bezosobowe traktowanie materiału, tak charakterystyczne dla artystów ze szkoły düsseldorwskiej, zostaje w jego twórczości doprowadzone do skrajnej postaci. Nie ma tu miejsca na oszałamiające perspektywy, które odnajdujemy w pracach Andreasa Gursky`ego czy wysmakowane kompozycje Candidi Höfer. Nie ma miejsca nawet na typograficzne studia jego nauczycieli Bernda i Hilli Becherów. Ruff nie jest, jak oni, wierny jednemu tematowi, a raczej tym tematem nie jest dla niego wybrany fragment rzeczywistości, lecz sposób, w jaki ta rzeczywistość jest postrzegana. Głównym obiektem jego zainteresowania jest percepcja. Być może dlatego jego fotografie są tak irytujące i fascynujące zarazem.

Thomas Ruff: "Fotografia". Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Warszawa, 21 listopada 2003 - 11 stycznia 2004.




Ta nagroda była niezwykle potrzebna. Jednak w następnej edycji trzeba zmienić sposób jej przyznawania, ujednolicić kryteria.

SPOJRZENIE NA MŁODĄ SZTUKĘ

Nagród artystycznych tych prestiżowych, imienia Cybisa, Stajudy i Nowosielskich, oraz popularnych, organizowanych przez Lexmark czy Art&Business, nie brakuje. Brakowało jednak nagrody, która promowałaby młodą sztukę, artystów już znanych, lecz ciągle potrzebujących wsparcia. Brakowało nagrody, która będąc prestiżową, mogłaby równocześnie liczyć na zainteresowanie mediów. Takie właśnie kryteria spełnia konkurs Deutsche Bank.

We wrześniu komitet złożony z kilku kuratorów reprezentujących różne galerie i ośrodki sztuki wyłonił ośmiu kandydatów do tej nagrody. Znaleźli się wśród nich: Paweł Althamer, Oskar Dawicki, Elżbieta Jabłońska, Paulina Ołowska, Monika Sosnowska, Julita Wójcik i Piotr Wyrzykowski. Ich prace można było oglądać w stołecznej Zachęcie na wystawie "Spojrzenia". Ekspozycji, która wydobyła wszystkie słabości konkursu, ale też potwierdziła jego wartość dla promocji polskiej sztuki. Nagroda przyznana Elżbiecie Jabłońskiej była pewnym zaskoczeniem, wśród nominowanych znaleźli się przecież zarówno artyści bardziej utytułowani (Althamer), jak i tacy, którzy w ostatnim roku mogli się pochwalić bardziej spektakularnymi sukcesami artystycznymi (Sosnowska).

Wybór Jabłońskiej był kompromisem, wynikającym w dużej mierze z nie do końca jasnej formuły przyznawania nagrody. Jury, całkiem słusznie uznało, że Althamer nie powinien być w ogóle brany pod uwagę, bowiem od wielu już lat "gra" w całkiem innej, światowej lidze sztuki. Sosnowska rozczarowała pokazując najsłabszą na wystawie pracę - malowidło ścienne, które zdaje się sugerować, że artystka wyczerpawszy możliwości wyrazowe labiryntów i skrótów perspektywicznych, znalazła się właśnie na etapie poszukiwań nowej formuły swojej sztuki. Nie nagrodzono też świetnej pracy Pauliny Ołowskiej ani najbardziej chyba na to wyróżnienie zasługującego Oskara Dawickiego (świetnie zresztą prezentującego się w przestrzeni Zachęty). Wystawa niczym nie zaskoczyła, ale spełniła na pewno swe najważniejsze zadanie: pokazała młodych artystów szczególnie wyróżniających się w ostatnich latach, najbardziej kreatywnych i twórczych. Pokazała szerokiej publiczności, a to liczy się w dwójnasób.

"Spojrzenia". Galeria Zachęta, Warszawa. Do 9 grudnia 2003.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | muzyka |