| |
Teatr - recenzje
Magdalena Kędzierska
NAUKA DLA KRYTYKÓW
Nie trzeba być bohaterem tragicznym, jak Hamlet, by doświadczyć bezwzględności losu. Wystarczy żyć, nie ma głębszego obrazu egzystencji niż ona sama. O takiej codzienności mówi sztuka Edwarda Albee "Kto się boi Virginii Woolf?", której premiera odbyła się w listopadzie na scenie Teatru Śląskiego.
Fabuła nie obfituje wprawdzie w wartką akcję, za to wiele dzieje się za pośrednictwem słów, cały dramat rozgrywa się w umysłach i sercach bohaterów. Poznajemy ich w dość nietypowej - wydawałoby się - sytuacji: późną nocą, pełną ukrytych żalów i emocji. Zadziwiają widza bezpośredniością. Trudno uwierzyć, że dwie bliskie sobie osoby - małżeństwo - mogą wzajemnie się wyniszczać, bezlitośnie zadawać rany. Oto realia życia Marty (Bogumiła Murzyńska) i George'a (Jerzy Głybin). Egzystują obok siebie, jak dwa emocjonalne cienie, by wieczorami, obficie zakrapianymi alkoholem, odgrywać spektakl nieustannych wyrzutów, niespełnionych ambicji i słów, które ranią najgłębsze uczucia. W intrygę wplątana zostaje także inna, pozornie szczęśliwa para: Żabcia (Gabriela Frycz) i Nick (Piotr Jędrzejas). Ci ostatni, stojący u progu szczęścia rodzinnego i kariery, są zaszokowani zachowaniem gospodarzy. Ale wkrótce sami odkryją pikantne szczegóły swego pożycia. Z ust bohaterów padają słowa ostre jak kawałki potłuczonego szkła, którego (nawiasem mówiąc) na scenie również nie brakuje.
Wśród tych czterech ról znacznie wyraźniej zaznaczają się postacie Marty i George'a. Bogumiła Murzyńska (znana z takich kreacji, jak Matka w "Matce" Witkacego czy Tytania w "Śnie nocy letniej" Shakespeare'a ) "wyłowiła" z rozkrzyczanej, pełnej goryczy i cynizmu bohaterki wszelkie motywacje: zagubienie, poczucie braku miłości, niepokój przed odkryciem prawdziwego przywiązania do męża, połączony ze strachem o jego utratę. Nie jest to jednak jedyne oblicze Marty, która czasem jawi nam się jako rozpieszczona przez ojca, bezwzględna intrygantka, zdradzająca George'a na jego oczach. Prowadzi grę, by zachować kontrolę nad uczuciami, marzeniami. Z kolei bohater grany przez Jerzego Głybina ewoluuje na naszych oczach. Zmienia się w miarę, jak Marta poniewiera nim i wyciąga na widok publiczny jego sekrety. Przekształca się z pantoflarza, poddającego się zachciankom żony w bohatera o niezwykłej sile, potrafiącego uderzyć w najczulszy punkt partnerki rozmowy. Dzięki kreacji Głybina cała fabuła zaczyna koncentrować się wokół postaci George'a, akcja staje się coraz bardziej dynamiczna, rośnie napięcie w momentach kluczowych dla intrygi. To zdecydowanie najbardziej wyrazista i godna zapamiętania rola.
Żabcia, grana przez Gabrielę Frycz, jest w moim przekonaniu zbyt infantylna i nadto sztywna, zarówno w ruchach, jak i w całym pomyśle na kreację bohaterki. Piotr Jędrzejas w roli młodego małżonka ujawnia schematyczność i prostotę rozumowania bohatera, który nie nadąża za kunsztem intrygi doświadczonej pary - Marty i George'a. W bezpośredniej konfrontacji ze starszym kolegą naukowcem jest mało barwny, momentami sztuczny, a w scenie romansu z Martą zachowanie aktora graniczy wręcz z groteską. O wiele lepiej wypadła relacja Nicka z Żabcią: postaci uzupełniają się, tworząc jakby pastelową tapetę - tło dla wyrafinowanych poczynań pozostałych bohaterów.
Wspaniale skomponowana scenografia - działo Barbary Kędzierskiej - dodaje charakteru obrazowi. Złożoność elementów mieszkania (schody, przejścia między pokojami) podkreśla zawiłość życia bohaterów. Wszystko utrzymane jest w wyrazistej kolorystyce i kształcie. Przeważają linie ostre, co nadaje wrażenie chłodu, obcości. Widz nie jest w stanie poczuć domowego ciepła. Ściany, gdy odpowiednio je oświetlić, stają się przezroczyste, odkrywając przed widzami prawdę, która powinna być sekretem. Światło gra razem z aktorami, zmienia się w zależności od ich stanów emocjonalnych i ukazuje bądź chowa poszczególne części mieszkania.
"Muzyka łagodzi obyczaje", zatem nie ma dla niej miejsca w domu pełnym nienawiści i żalów. Jedyna melodia pojawiająca się w sztuce, związana jest z motywem przewodnim, porównującym poczynania dorosłych ludzi i ich życie do gry podwórkowej: bohaterowie śpiewają, powtarzając słowa "Kto się boi Virginii Woolf?"... Niestety, to niezwykle trafne porównanie, jak również inne atuty sztuki, są niedostrzegane przez niektórych odbiorców. Ze zdziwieniem przeczytałam negatywne opinie o przedstawieniu. Można by rozważać, czy spektakl prezentuje mało interesującą historię bez pointy, czy też traktuje o sednie egzystencji większości z nas. Wierzę, że krytyczne uwagi na temat treści sztuki są powodowane jedynie strachem przed ujrzeniem w niej swojego życia. Bohaterowie niszcząc siebie, pokazują nam niebezpieczeństwo gier z uczuciami. Chciejmy zatrzymać się przez chwilę nad obrazem naszej rodziny, otoczenia i skorzystać z nauki, jaka płynie z zaprezentowanej relacji między bohaterami sztuki Edwarda Albee'go.
Edward Albee: "Kto się boi Virginii Woolf?". Teatr Śląski im. S.Wyspiańskiego w Katowicach. Premiera: 22 listopada 2003.
|
|