Film - relacje

Małgorzata Grabowiecka

NIECH NAS PODZIELĄ...

3 Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty, który po zyskaniu głównego sponsora zmieniał nazwę, jest uznawany za jeden z najciekawszych letnich przeglądów filmowych. Jedną z głównych atrakcji dziesięciu lipcowych dni (17-27 lipca 2003) spędzonych w Cieszynie były retrospektywy mało znanych w Polsce twórców: m.in. Yasujiro Ozu, Shinya Tsukamoto, Dereka Jarmana. Jednak, jak zwykle, największe emocje budził konkurs. Osiemnaście filmów, które wzięło w nim udział, zostało wybranych przez Romana Gutka i jego współpracowników, głównie dyrektora artystycznego festiwalu Jakuba Duszyńskiego spośród setek dzieł pokazywanych na międzynarodowych festiwalach. Była to w pełni autorska, subiektywna propozycja.

Większość z filmów konkursowych, znana wcześniej tylko wąskiej publiczności, budziła sporo kontrowersji. Zachęciło mnie to do nieco dokładniejszego przyjrzenia się tej części festiwalu. Organizatorzy konsekwentnie dążą do tego, by filmy dzieliły publiczność. Tym razem, okazały się one na tyle wyraziste, że nikogo nie pozostawiły wobec siebie obojętnym. Niektóre nudziły, wręcz irytowały, inne fascynowały i zachwycały swym pięknem.

Zdecydowanie najlepszym filmem konkursu był, jak sądzę, a w opinii tej nie jestem odosobniona, "Uzak" ("Daleki" - tłumaczenie zaproponowane przez Jerzego Płażewskiego w "Kinie" nr 7-8/2003), gruzińskiego reżysera Nuri Bilge Ceylana. Ten nagrodzony w Cannes obraz jest wysmakowaną plastycznie kontemplacją ,,chwil pozornie pustych, w których nic się nie dzieje''. Przyglądamy się losom dwóch braci, którzy nie potrafią ani nawiązać ze sobą kontaktu ani rozwiązać swoich osobistych problemów. Poetycka, pełna niedopowiedzeń i symboli opowieść, która przypominała pokazywany na zeszłorocznym festiwalu film "Która tam jest godzina? Tsai Ming-Iianga. Proste, oszczędne, ale pełne wyrazu kino próbujące zobrazować duchową pustkę bohaterów, ich wewnętrzną bezsilność.

"Uzak" nie został dostrzeżony przez publiczność, podobnie jak uroczy film Claire Denis "W piątek wieczorem". Jego dość błaha linia fabularna staje się mało istotna, gdy tylko zatopimy się w zmysłowy, z pogranicza jawy i snu świat bohaterów. Na ekranie staje się on wręcz namacalny. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość pojawiają się na równych prawach, a krucha materia tego skromnego, ale bardzo pięknego filmu ukazuje delikatną tkankę wspomnień, marzeń i emocji.

Organizatorzy festiwalu od początku jego istnienia pamiętają o kinematografii irańskiej. W tegorocznym konkursie doszło do starcia dwóch filmów z tego kraju. Prócz dobrze przyjętego przez publiczność "O piątej po południu" młodziutkiej Samiry Makhmalbaf, której "Jabłko" pokazywano dwa lata temu w Sanoku, można było zobaczyć, ciekawszy moim zdaniem, "10" Abbasa Kiarostamiego. Uznanego już mistrza, który tym razem zaskoczył dziełem przypominającym w swojej materii dokument. Ten niezwykle prosty film niesie w sobie dużą dawkę emocji i prawdy. Życie irańskich kobiet oglądamy okiem kamery umieszczonej w samochodzie. Jego wnętrze jest jedynym planem zdjęciowym pojawiającym w filmie. Redukcja środków wyrazu prowadzi do maksymalnej ekspresji i siły oddziaływania, co z powodzeniem udaje się reżyserowi osiągnąć.

Najoryginalniejszym filmem konkursu była z pewnością "Decasia" Billa Morrisona, "sam peak filmowej awangardy'' - według określenia Jakuba Duszyńskiego. Film-esej, kolaż składający się ze zniszczonych taśm filmowych, zmontowanych ze sobą bez jakichkolwiek związków przyczynowo-skutkowych. Obrazy zmieniają się, wirują w rytm podniosłej muzyki. Dla jednych jest to pełna filmowej magii symfonia na cześć przemijania, kruchości i ulotności materii oraz ludzkiego życia, dla innych trudny do zniesienia bełkot. Moją uwagę zwróciły też filmy: "Dracula: stronnice z pamiętnika dziewicy", Guy Maddina - urocza zabawa konwencjami: kinem niemym, horrorem, baletem, w kiczowatej oprawie oraz "Starszy brat" Yan Yan Mak. Film drogi opowiadający o poszukiwaniu zaginionego brata i "Herekamoto" (Waiting for Happines) Abderrahmane Sissako (reżyser, może trochę na wyrost, porównywany jest do wspomnianego już przeze mnie wcześniej Tsai Ming-Iianga).

Główną nagrodę festiwalu - Grand Prix publiczności zdobyły "Lalki" Takeshi Kitano. Muszę przyznać, że poprzednie filmy japońskiego reżysera nie zawsze mnie przekonywały, ale tym razem byłam mile rozczarowana. Kitano ujął mnie, podobnie jak innych widzów, pięknymi krajobrazami dalekiej Azji, a także historią nieszczęśliwej miłości, opowiedzianą w sposób teatralny, ale przez to wyrazisty. Reżyser sięgnął w swoim dziele do tradycji teatru lalkowego Bunraku, aby opowiedzieć kilka równoległych historii, połączonych motywem niespełnionego uczucia. Głównym wątkiem filmu i zarazem jego refrenem jest historia pary powiązanych ze sobą sznurem żebraków, którzy w milczeniu podążają przez świat. Ich uosabiające związek silniejszy niż śmierć, oddalające się sylwetki jeszcze długo po wyjściu z kina drżą pod powiekami.

Trzecie miejsce w głosowaniu publiczności zdobyła "Tajemnica Aleksandry" Rolfa de Heera. Trzymający w napięciu thriller z niezłą, psychologiczną podbudową. Nie dające o sobie zapomnieć skojarzenia z "Funny Games" Michaela Haneke, czy filmem "Seks, kłamstwa i kasety wideo" Stevena Sodebergha nie powodowały osłabienia zaciekawienia. Reżyser przygląda się rozpadowi małżeństwa. Pokazuje, że pod pozorami udanego i szczęśliwego życia mieszczańskiej klasy średniej często czai się dramat. Długo przemilczane sprawy wychodzą na jaw zbyt późno, by móc uratować związek.

W nagrodzonej czołówce znalazł się również "Jego brat" Patrice Chéreau (Srebrny Niedźwiedź za reżyserię na MFF Berlin 2003). Reżyser nie po raz pierwszy ujawnia swoje zainteresowanie fizycznością i mroczną stroną ludzkiej natury. Opowiada historię człowieka oczekującego na śmierć, jako klucz wizualny stosując zimne odcienie granatu. Według mnie, to kino sztuczne, silące się swoim naturalizmem na psychologiczną głębię, ale tak naprawdę niczego widzowi nie oferujące i pozostawiające go jedynie sam na sam z pustymi obrazami, choć trzeba przyznać zapadające w pamięć. Swojego entuzjazmu nie dzielę również z tymi, których poruszyła "Rosyjska arka" Aleksandra Sokurowa. Film rozgrywa się w Ermitażu i jest nakręcony w jednym ujęciu. Dwóch mężczyzn, będących naszymi przewodnikami po tym zawiłym labiryncie, snuje rozważania na temat historii i sztuki rosyjskiej. Tak jak w poprzednich filmach rosyjskiego reżysera mamy senno-nostalgiczny nastrój, ale tym razem opowiadana historia wydaje mi się znacznie przeintelektualizowana i, poza niewątpliwym urokiem wizualnym, skierowana do bardzo wąskiego grona odbiorców, do którego niestety nie należę.

Podobnie jak przed dwoma laty na sanockim festiwalu, tak i w tym roku, wśród konkursowych propozycji znalazł się film, który zamiast dzielić, zjednoczył publiczność. Nie o zachwyt wszakże chodzi, wręcz przeciwnie. O ile w Sanoku za najgorszy film festiwalu zgodnie uznano "Kłamstwa" Jang Sun-Woo, o tyle w Cieszynie były nim "Skrajne żądze" Apichatponga Weerasethakula. Rozumiem intencje organizatorów chcących przybliżyć publiczności egzotyczną kinematografię tajlandzką, ale po co pokazywać filmy, których nikt nie traktuje poważnie? Dobrze, że istnieje festiwal Era Nowe Horyzonty. Dobrze, że w jego ramach organizowany jest konkurs, który ułatwia podejmowanie decyzji dystrybutorskich (część z pokazywanych w Cieszynie filmów zobaczymy na ekranach kin). Dobrze, że są ludzie, którzy mają odwagę prezentować swoje filmowe gusta i polecać odkrycia, a publiczności pozostawiać wybór tego, co według niej jest wartościowe.

"Era Nowe Horyzonty". Cieszyn 17 - 27 lipca 2003.