| |

Plastka - temat miesiąca
Roman Kubicki
POWŁOKI ŻYCIA
W tym roku wakacje spędzałem nad morzem, które choć polskie, tym razem okazało się ciepłe i kapiącym się w nim życzliwe. Moja trzyletnia córka Sara dostała w prezencie od babci ogromnego smoka. Mówiąc dokładniej, była to płaska guma, która smokiem miała się stać dopiero po odpowiednim nadmuchaniu. Pompki nie miałem. Cierpliwie wdmuchując w zabawkę kolejne porcje powietrza pomyślałem, że nie łatwo być demiurgiem owładniętym ambicją dawania życia. Kiedy byłem już półżywy z wysiłku, smok wreszcie ukazał całą swą doskonałość. Siedział dumnie na plaży radośnie ujeżdżany przez Sarę. Wakacje się skończyły. Zbliżała się godzina wyjazdu. "Żywy" smok nie zmieściłby się do samochodu. Dlatego musiałem wypuścić z niego całe powietrze, któremu dotąd zawdzięczał swą spełnioną wielkość. Smok jednak nie chciał rozstawać się z życiem. Resztkami sił przetaczał powietrze z jednych swych zakamarków do drugich - z uszu do nóg, z nóg do ogona, z ogona do uszu. Słabnące życie smoka wciąż było mocniejsze od mojej woli jego unicestwienia. Konieczna okazała się pomoc synów. Gdy potwór wypuścił z siebie ostatnie porcje powietrza, mogła go wreszcie - żegnanego przez płacz córki - przyjąć ciemna czeluść bagażnika.
Od dłuższego już czasu zmagam się z "Powłokami" Jana Berdyszaka - imponującym cyklem kilkudziesięciu prac rozpoczętym w 1995 roku. Rozmyślałem o nich także w czasie tych dwóch przygód z dmuchanym smokiem. Czyż te powłoki życia nie są zarazem powłokami jego braku?
Z jednej strony "Powłoki" wprowadzają nas w świat dynamicznego pomiędzy, w którym teraźniejszość okazuje się dramatycznym miejscem spotkania przeszłości z przyszłością. To, oczywiście, zrozumiałe - nie ma przecież teraźniejszości, która potrafiłaby być miejscem spotkania czegokolwiek innego. Dlatego teraźniejszość emitowana przez powłoki Berdyszaka nie próbuje oddalić nas od jej naszego potocznego i życiowego odczuwania, lecz stara się jedynie poprzez ich wizualnie dramatyczną sugestywność odczuwanie owo naznaczyć piętnem ponownego zrozumienia. Z całą pewnością rację mają ci, którzy piszą, że cykl ten rozwija zawsze bliski Berdyszakowi wątek teatralizacji świata. Swoje powłoki poddaje artysta możliwie wielu doświadczeniom: naciąga je na krzesła i stoły, zawiesza na belkach, wywiesza za oknem, przygniata szkłem. Gdzieniegdzie pojawia się nawet motyw tańca. Obcujemy z napięciem, za którym kryje się niemy ból, dramatyczne wyzwanie i smutna rezygnacja. Antropomorfizacja skojarzeń wyzwalanych przez powłoki jest zrozumiała. Zawsze przecież patrzymy na świat ludzkimi oczyma - zarówno wtedy, gdy niektóre jego fragmenty nazywamy płaczącymi wierzbami, jak i wtedy, gdy wsłuchujemy się w dumne milczenie wielkich głazów. Przeszłość powłok wskazuje na minione życie, któremu niegdyś nadawały one kształt; przyszłość powłok, przeciwnie, może przecież być także pytaniem o życie, które niebawem właśnie dzięki nim odnajdzie wreszcie jakiś kształt. Wciąż nie wiemy, czy patrząc na powłoki obcujemy z metafizycznym zmierzchem, czy też raczej świadkujemy jakiemuś zmartwychwstaniu czegoś. Dlatego w tym klimacie żałoby przystoi nawet taniec nadziei.
Mają jednak "Powłoki" także swoją drugą stronę metafizycznego zaangażowania w świat. To nie stany pomiędzy, lecz - jak to lapidarnie ujął sam artysta - "przedmioty bez przedmiotów". Tym razem powłoki nie dają świadectwa minionemu życiu, nie zapowiadają też jakiegoś nieokreślonego życia przyszłego; tworzą natomiast autonomiczną rzeczywistość własnego istnienia. Nigdy nie upadły i dlatego także nigdy nie powstaną. Powłoki snują wieczną opowieść o sobie samych. Choć czasami możemy się w nich rozpoznać, one nigdy nie przybliżą się do nas, abyśmy je mogli oswoić gestem banalnego - to znaczy życzliwego życiu - zrozumienia. Mimo że w naszym świecie są nazwą jakiegoś braku, same we własnym świecie brakiem nie są. Każda powłoka jest wspaniałą ilustracją możliwości twórczych posiadanych w logice przez zbiory puste. Okazuje się, że zbiory, których jedynymi elementami są zbiory puste, same zbiorami pustymi już nie są. Choć powłoki istnieją w sposób pusty, same nie są już fragmentami pustego świata. Są punktem wyjścia, do którego wszystko powraca. Dlatego mogą być opisywane przez różne - spełnione i zarazem niespełnione - stany: zapakowanie, porzucenie, podarcie, zaguźlenie, rozciągnięcie do granic możliwości, nadpalenie i spalenie, wyrzucenie. Nie ma ich i dlatego tak bardzo są; nie ma ich i dlatego, cokolwiek w nich jest, jest prawdziwe.
Jeśli wierzyć słownikowi języka polskiego, słowo "powłoka" ma cztery znaczenia. Dwa z nich wydają się szczególnie interesujące. Zgodnie z pierwszym, najbardziej znanym, powłoka to "warstwa jakiejś substancji powlekająca, okrywająca powierzchnię czegoś; wierzchnia, zewnętrzna strona czegoś; osłona". Znaczenie czwarte funkcjonuje w żargonie łowieckim; termin "powłoka" znaczy w nim tyle, co "przynęta dla zwierząt w postaci kawałka padliny wleczonej na sznurze przez jadącego myśliwego."("Słownik języka polskiego", red. Mieczysław Szymczak, PWN Warszawa 1981. ) W "Powłokach" Jana Berdyszaka oba te znaczenia w przewrotny sposób się dopełniają. Można widzieć w nich inne wspomnienie świata, który wciąż pamiętamy lub o którym chcemy zapomnieć; można także rozpoznać w nich przynętę, która skutecznie uwodzi nas otwartą na wszystko potencjalnością świata własnego. Goniąc je gonimy samych siebie. Właśnie po tym poznaje się wielką sztukę.
|
|