Teatr - rozmowy

ZNOWU CINEMA!

Z Tadeuszem Rybickim rozmawia Aleksandra Kluka



Ola Kluka: Występy Teatru Cinema są już niemal integralną częścią Letniego Ogrodu Teatralnego. Przyjeżdżacie Państwo do nas od samego początku, prawie co roku. Mam nadzieję, że czujecie się w Katowicach komfortowo, bardziej "domowo" niż w innych, odwiedzanych po raz pierwszy, miejscach.

Tadeusz Rybicki: Zdarzało nam się występować w tym miejscu jeszcze przed pierwszym Letnim Ogrodem Teatralnym. Graliśmy też kilka spektakli niezależnie od tej letniej imprezy na scenie Teatru Korez. Pewnie, że fajnie jest mieć swoją publiczność w tak odległym od macierzystego miejscu. To przyjemne, rzeczywiście przychodzą na nasze spektakle ludzie, których pamiętamy z zeszłego roku. Oczywiście nie możemy wszystkiego przypisywać sobie, ponieważ sądzie, że jest to po prostu stała publiczność "ogrodowa".

O.K.: Przyznam, że nie wiem, jakie są doświadczenia Teatru Cinema z imprezami takimi jak Letni Ogród Teatralny. Wiem natomiast, że katowicki przegląd cechują dość specyficzne warunki. Scena spełnia najważniejsze wymagania, jakie stawia się sali teatralnej, a jednocześnie znajduje się w plenerze: słychać odgłosy z pobliskiej ulicy, a na widowni panuje "luźna" atmosfera. Jak gra się zespołowi w takich warunkach?

T.R.: Nie jest to nasze pierwsze doświadczenie, jeżeli chodzi o tak zwane granie w plenerze. Występowaliśmy na poznańskiej Malcie na Dziedzińcu Różanym, czyli w bardzo podobnych warunkach. Grywaliśmy w miejscach typu patio, w lokalach nastawionych na koncerty jazzowe i małe formy teatralne. Daje nam to pewne doświadczenie, które możemy wykorzystać tutaj. Poza tym na Ogrodzie nie ma przypadkowej publiczności, która rzeczywiście zdarza się na typowych spektaklach ulicznych, gdzie widzem jest po prostu przechodzień. Tutaj ludzie przychodzą, ponieważ zdecydowali się tak a nie inaczej spędzić wieczór. Z drugiej strony, taka już jest specyfika naszego zawodu, że nie możnemy zdekoncentrować się przypadkowo przejeżdżającym autobusem czy szczekającym zwierzakiem. Nie sądzę, żeby to miało w jakiś sposób wpływać na przebieg przedstawienia. Na przykład w Teatrze Polskim we Wrocławiu, integralną częścią każdego niemalże przedstawienia wieczornego, są pociągi, które przejeżdżają na wysokości sali widowiskowej po torze znajdującym się osiemdziesiąt metrów dalej. Miejscowa widownia się do tego przyzwyczaiła i aktorzy również musieli się przyzwyczaić.



O.K.: Mimo to, wydaje mi się, że skupienie publiczności w zamkniętej sali teatralnej jest większe...

T.R.: Tak, ale tutaj publiczność inaczej reaguje. W sali teatralnej, siłą rzeczy, następuje pewnego rodzaju oddzielenie tego, co dzieje się na scenie i na widowni. Kabarety, które gramy na Letnim Ogrodzie, prezentowaliśmy wcześniej w Klubie Artystów, gdzie ludzie również siedzieli przy stolikach i pili alkohol. Tam także czuło się luźną atmosferę, bardzo odmienną od klimatu nabożnego skupienia w teatrze. Poza tym, forma, którą pokazujemy, sprzyja otwartej relacji między widzem a aktorem.

O.K.: Myślę, że kabaret pasuje do tej tradycyjnej formy dziewiętnastowiecznych teatrów ogródkowych, na pewno bardziej niż hermetyczne spektakle dramatyczne...

T.R.: Niewątpliwie tak, ponieważ z reguły żart adresowany jest bezpośrednio do widza. Bardzo jest nam miło, gdy udaje się nam tego rodzaju kontakt z widownią nawiązać. Podkreślam, że jest to troszeczkę inna relacja niż w przypadku zamkniętej formy, jaką jest spektakl teatralny.

O.K.: Teatr Cinema przyjeżdża na Letni Ogród Teatralny już któryś raz z kolei, być może daje to możliwość wcześniejszego dostosowania spektakli do specyficznych warunków sceny w podcieniach Górnośląskiego Centrum Kultury. Czy istnieje potrzeba jakiś wcześniejszych zmian?

T.R.: Nie, akurat w tym przypadku jest tak, że scenka, którą przywieźliśmy tutaj, wymusza pewną przestrzeń. To jest ta sama przestrzeń, w której się poruszamy grając w sali. Tutaj nie dzieję się z nią nic innego, to są te same wejścia i przejścia, mamy swoje kulisy, mamy swoje tło, które zostało zamontowane na waszej scenie. Zostaje oczywiście jak zawsze, tak jak już wspomniałaś, większa możliwość zdarzeń nieprzewidzianych...

O.K.: Jednak przyglądając się waszej próbie miałam wrażenie, że jakieś zamiany mają miejsce. Zdarzało się, że ktoś zwracał uwagę, że nie będzie jakiegoś elementu spektaklu albo, że jakieś przejście będzie wyglądało inaczej.

T.R.: Owszem, ale to wynika z czegoś zupełnie innego. Po prostu w momencie, kiedy zrobiliśmy premierę okazało się, że materiału nazbierało się na trzy i pół godziny. Dlatego dokonaliśmy pewnej selekcji. Z reguły nasze programy trwają około godziny, godziny dwudziestu minut. Tam gdzie pracowaliśmy, mogliśmy sobie pozwolić na duży luksus eksperymentów, natomiast tu pokazujemy pewną kondensację.



O.K.: Czy z perspektywy czasu jest Pan w stanie powiedzieć, który z spektakli sprawdził się najlepiej?

T.R.: Tak się akurat złożyło, że na katowickim Ogrodzie gramy wszystko z cyklu Kabaretonów. Nie jest to formuła sensu stricte kabaretowa, raczej formuła pewnego wieczoru surrealistycznego, czerpiącego z takiej rzeczywistości, jaka ona jest, jaką wszyscy znamy. Trudno mi w taki sposób wartościować. Zawsze jest tak, że "ostatnie dziecko kocha się najbardziej". Myślę, że i w tym przypadku to porzekadło się sprawdza. Jestem ciekaw jak ten dzisiejszy spektakl wypadnie, ponieważ jest on troszeczkę trudniejszy, jeżeli chodzi o tak zwany żart. Więcej jest tekstów opartych na zabawie językiem niż prostym skojarzeniu z rzeczywistością.

O.K.: Powiedział Pan, że jest to spektakl trudniejszy. Generalnie uważa się, że twórcy Teatru Cinema bawią się konwencjami, wywiedzionymi z różnych tradycji, czy to z tradycji surrealistów, dadaistów czy z przedwojennego kabaretu literackiego. Kolejne wieczory kabaretowe Cinemy wzbudzają śmiech, ale za każdym razem jest to śmiech, inteligentny. Czy nie boi się Pan, że ten spektakl zostanie mylnie odczytany przez publiczność Letniego Ogrodu Teatralnego?

T.R.: Sądzę, że trzeba dać szansę widzowi. To nie jest tak, że tylko farsa będzie człowieka w jakiś sposób cieszyć. Może będzie go cieszyć, tylko trochę ciszej, coś innego.

O.K.: Na pewno. Jedną z wizytówek Letniego Ogrodu Teatralnego jest specyficzna atmosfera, która tutaj panuje. Ludzie, którzy nienajlepiej czują się w krawacie i nie do końca lubią sztywną atmosferę sali teatralnej, tutaj czują się świetnie. Mogą przyjść, spotkać się ze znajomymi, pogadać, wypić piwo...

T.R.: Tak, jest to niepowtarzalna atmosfera. Poza tym lato jest tą porą roku, kiedy rzeczywiście trzeba swoje smętne cielsko wywlec z domu, kiedy trzeba się ruszyć, czasami w domu trudno jest wytrzymać... To, co dzieje się tutaj, daje taką namiastkę tego, co jest na porządku dziennym w krajach śródziemnomorskich. Kiedy wieczorem wszyscy zmęczeni upałem spotykają się w knajpach, pojawia się dziwny rodzaj energii. Mówię oczywiście dziwny w sensie pozytywnym. Jest to specyficzny sposób spędzania czasu razem. Podczas lata ludzie siedzą dłużej, bawią się chętniej. Nie wiem, na czym to polega. Może ciepełko nas tak rozwija?

O.K.: Tutaj na Ogrodzie także widzowie mogą zostać po spektaklu i porozmawiać ze sobą.

T.R.: Otóż to. To jest bardzo ważne.

O.K.: Czego zwykle nie mają możliwości zrobić w instytucjonalnym teatrze.

T.R.: To jest też kwestia tego, że w Polsce nie istnieje tradycja spędzania wieczoru w teatrze. W Niemczech, na przykład, po spektaklu idzie się do lokalu, w którym wcześniej zarezerwowano stolik. Tam rozmawia się o tym, co się widziało i to nie koniecznie muszą być rozmowy na pułapie uniwersyteckim. Jest to po prostu zwykła chęć omówienia tego, co się widziało. Ludzie wymieniają się poglądami bez względu na wiek i bez względu na wykształcenie. U nas to troszeczkę inaczej wygląda, może jest to kwesta tego, że jesteśmy po prostu krajem uboższym materialnie. To smutne, ale nie chciałbym się nad tym rozwodzić w tej chwili.

O.K.: Pewną namiastką mogą być kawiarenki, które czasami spotyka się w teatrach.

T.R.: Widziałem wiele takich miejsc. Nie wszędzie są one dobrze prowadzone. Zwykle jest to po prostu bufet, w którym można sobie kupić batona, herbatkę, kawkę, w najlepszym wypadku piwko. I nie ma to, niestety, nic wspólnego z jakąś specyficzną atmosferą miejsca. Zwykle brakuje też jakiejś budującej klimat muzyki. Z drugiej strony wiem, że w niektórych teatrach funkcjonują takie, przyjazne miejsca. One powinny i chyba cieszą się powodzeniem. Mam tu na myśli chociażby lokal Maska, który znajduje się pod Teatrem Starym w Krakowie. Z tym, że w Niemczech nie chodzi się do lokalu, który znajduje się w teatrze. Chodzi się do knajp, które są wokoło.

O.K.: Mam nadzieję, że i u nas, z czasem, wytworzy się taki zwyczaj. Bardzo dziękuję za rozmowę.

T.R.: Również dziękuję.