| |
Literatura - recenzje
Agnieszka Błażyńska
POCZTÓWKA Z WAKACJI
Jest gorąco. W taki upał można leżeć na plaży, licząc na lekką bryzę od strony wody, albo zaszyć się w jakimś zacienionym miejscu i popijać wino z lodem. Przed zamianą w kaktusa lub inną roślinę ustrzec nas może czynność kulturowa taka, jak chociażby czytanie.
O przyjemności wakacyjnego czytania wiedzą wszyscy, stąd popularne czasopisma robią często sondy wśród różnych sławnych osobistości bądź własne rankingi i listy lektur niezbędnych podczas letniej kanikuły. Znaleźć tam można mniej lub bardziej ambitne tytuły, nowości pomieszane z klasyką - słowem: radosny misz-masz pozbawiony wszelkiej logiki a jedynie siłą autorytetu wybierającego w poczet zacnych i wartych uwagi właśnie teraz zaliczony.
Jedną z wakacyjnych propozycji w tym sezonie jest "Castorp" Pawła Huellego wydany przez ambitne i bardzo dbające o wysoki poziom edytorski swoich publikacji wydawnictwo słowo/obraz terytoria z Gdańska. Czyż potrzeba lepszej rekomendacji dla wakacyjnej lektury? Gdańskie wydawnictwo wydało powieść gdańskiego pisarza, której akcja dzieje się w Gdańsku. To piękne miasto ma swoich miłośników nie tylko wśród rodowitych mieszkańców, ale też wśród fanatycznych turystów, którzy przy każdej okazji pielgrzymują do Trójmiasta. Nic więc dziwnego, że powieść działa jak zaklęcie i daje pewność, że oto wraz z lekturą przeniesiemy się w krainę marzeń i to marzeń niezwykłch (ale czy bywają zwykłe?). Nie może być inaczej, Castorp to przecież główny bohater "Czarodziejskiej góry" Tomasza Manna.
Pomysł jest prosty, od lat stosowany w kinie i gdyby na tym polu został zrealizowany, dzieło nosiłoby zapewne tytuł "Czarodziejska góra 1", bo czas akcji poprzedza o cztery lata wydarzenia opisane w powieści niemieckiego Noblisty. Bardzo młody, ale już zblazowany Hans Castorp, kierowany chyba wyłącznie młodzieńczą fantazją, postanawia jechać na studia inżynierskie do niedawno otwartej i jeszcze mało znanej politechniki w Gdańsku. Jak postanawia tak też czyni, głuchy na ostrzeżenia wuja. Aż się prosi, żeby napisać, że przeżywa tam mnóstwo przygód i jak na młodego studenta przystało prowadzi bogate życie towarzyskie. Tak się jednak nie dzieje. Pozbawiony fantazji, jaką cechują się arystokraci, i bezwzględności charakterystycznej dla plebsu wiedzie żywot monotonny, przerwany jedynie platoniczną fascynacją pewną Polką i małym psychicznym dołkiem, który bezpośrednio z tej fascynacji wynikał. Cóż z tego! Mógłby ktoś zawołać, przecież jest całe mnóstwo książek, w których schematyczna czy wręcz nieistniejąca fabuła służy jedynie jako pretekst. Owszem, tyle że w tej powieści rozważań jest równie mało jak fabuły. Nie można oczywiście zarzucić Castorpowi, że nie myśli, ale jego refleksje zamiast zaciekawiać czy intelektualnie poruszać raczej śmieszą. Cóż bowiem możemy pomyśleć, gdy czytamy, że nasz bohater ubawił się, przeczytawszy na burcie rosyjskiego statku nazwę Aurora, lub gdy snuje refleksje o czasie, który - ku jego zdumieniu - nie zawsze biegnie w tym samym tempie. Taki bohater nie porusza czytelnika, nie uruchamia w nim procesu identyfikacji, nie zmusza do przewartościowania światopoglądu, bo każdy z nas jest o sto lat mądrzejszy od Castorpa. Nie jest to wiedza, jaką posiadali widzowie teatru antycznego, w którym świadomość tragicznej przyszłości miała wywoływać w widzach trwogę i oczyszczenie. Wiedza taka wywołuje raczej próżniacze zadowolenie, że ten Castorp taki naiwny, taki kartezjański, tak frajersko wierzy w stałość reguł, w nauki ścisłe i pewne układy polityczne, o których my wiemy, że nie przetrwały nawet dwudziestu lat po opisanych wydarzeniach. Tomasz Mann już w pierwszym zdaniu swojej powieści zastrzega, że nie o samego bohatera mu chodzi, lecz o historię, która zaiste jest niezwykła i przecież roi się od innych barwniejszych postaci, bo sam Castorp "jest to zwyczajny sobie, choć sympatyczny młodzieniec", z którego zresztą narrator nieustannie, choć delikatnie, kpi i drwi, wytykając kolejne przywary i dziwactwa. Tego ironicznego dystansu zabrakło w powieści Huellego i oczywiście takie jest święte prawo autora, że sam decyduje o stosunku do bohatera, ale po tym, jak pozostał wierny poprzednikowi w kształtowaniu charakteru postaci, stał się twórcą bytu nudnego i iście papierowego, płaskiego, dwuwymiarowego.
Poprzednia powieść Huellego, zatytułowana "Mercedes Benz" - oprócz apologii miasta - była wielkim hymnem na cześć marki, która stała się jedną z ikon pop kultury XX wieku. Tym razem gdański pisarz robi wycieczkę w krainę literatury i sięga tam również po najwyższą półkę. Niewiele jednak z tego wynika. Okazuje się, że jedyny cel jego wypraw to gromadzenie ładnych, ekskluzywnych gadżetów pozbawionych treści. Oczywiście pomysł to nienowy i sięgający swymi korzeniami do Andy Warhola czemuż więc utyskuję? Bo Huelle dał się wcześniej poznać jako pisarz z innego zupełnie porządku, a poza tym Mann to nie Marlyn Monroe!
Paweł Huelle należy do wąskiej grupy gdańskich pisarzy, którzy w kolejnych książkach tworzą miologię swojej małej ojczyzny. Tym razem Huelle każe spacerować Castorpowi nad Motławą, mieszkać we Wrzeszczu, odwiedzać Sopot. Wszystkie te miejsca opisane są po mistrzowsku i nabierają - w przeciwieństwie do bohaterów - wyraźnych barw i kształtów. Mogą służyć jako wspaniały zbiór drogowskazów po pięknych miejscach, który nawet dziś nie do końca się zdezaktualizował, bo we Wrzeszczu ciągle jeszcze znaleźć można wspaniałe, stare kamienice, a Sopot nie przestał być lekko snobistycznym kurortem.
Jest gorąco. Siedzę popijając wino z lodem i czytam Castorpa jak stylową pocztówkę z wakacji od starego znajomego. Gdy skończę nie odstawię jednak tej powieści na półkę obok "Czarodziejskiej góry". Bliżej jej do przewodnika po Gdańsku, który przywiozłam z urlopu w zeszłym roku.
Paweł Huelle: "Castorp", słowo/obraz terytoria, 2004.
|
|