do strony głównej

Film - relacje

Małgorzata Grabowiecka

NOWE HORYZONTY?

Jak co roku miłośnicy kina z całej Polski tłumnie zjechali się na to wielkie filmowe święto do Cieszyna. Nieco senne zazwyczaj miasteczko ożyło, na ulicach znowu pojawiła się - jak zwykł mawiać dyrektor festiwalu Roman Gutek - wspaniała, młoda, otwarta na niekonwencjonalne kino publiczność. Podobnie jak w zeszłych latach organizatorzy zaskoczyli bogatym programem nie tylko filmowym, lecz także artystycznym i to bardzo szeroko pojętym (liczne towarzyszące festiwalowi wystawy, koncerty, przedstawienia teatralne, akcje performance i inne). Również w tym roku o Grand Prix - nagrodę główną przyznawaną przez publiczność - ubiegało się prawie dwadzieścia obrazów z całego świata, które spośród pozostałej produkcji filmowej wyróżniają się swą wyjątkowością ("wyjątkowe" czyli, jak czytamy w uzasadnieniu selekcji konkursowej: osobiste, wyraziste, poruszające, dotykające bardzo czułych strun ludzkiej natury, odważne i nowatorskie formalnie). Cykl ten zapowiadał się więc bardzo ciekawie, tradycyjnie już, jako starcie tych najbardziej odkrywczych filmowych pozycji.

Po trudzie obejrzenia osiemnastu pretendentów do Grand Prix, filmy te, bez szukania w nich na siłę jakichś prawidłowości, niejako naturalnie, podzieliły się dla mnie na kilka grup. Pierwszą określić można jako sekcję dokumentalno-poetycka. Dwa z nich (i obydwa rosyjskie) w istocie są filmami dokumentalnymi: "Arsienij Tarkowski. Malutka żizń" Wiaczesława Amirkaniana - obraz poświęcony tytułowemu poecie, ojcu słynnego reżysera Andrieja Tarkowskiego, oraz "Palms" Artura Aristakisjana, wprowadzający nas w świat ludzi-dziwaków, traktujący o cierpieniu i granicach naszej wytrzymałości. Pozostałe trzy to: niesamowity "Five" irańskiego reżysera Abbasa Kiarostami, "The Time We Killed" (drugie miejsce w ocenie festiwalowej publiczności) Amerykanki Jennifer Todd Reeves i "Ojciec i syn" mistrza Aleksandra Sokurowa. Pomimo iż każdy z pięciu filmów, które można zakwalifikować do tej kategorii podejmuje zupełnie inną tematykę i problemy, to ich wspólnym mianownikiem stał się dla mnie sposób tkania filmowej materii: pokorne, cierpliwe przypatrywanie się światu, udzielenie głosu samej rzeczywistości rejestrowanej za pomocą kamery. Wyraźne usunięcie się reżysera-kreatora na plan dalszy nie zaszkodziło żadnemu z obrazów, a wręcz wzbogaciło je o prawdę płynącą z próby uchwycenia rzeczywistości. Spokojny tok opowiadania, wyciszenie, refleksja to główne atuty powyższych filmów.

Odrębną kategorię stworzyły dla mnie dwa dzieła tajwańskie. Pierwsze, znanego już od 2. Nowych Horyzontów Tsai Ming-lianga, pt. "Good Bye, Dragon Inn", drugie autorstwa Lee Kang-shenga (ulubionego aktora Ming-lianga), debiutanckie "Missing". Obydwa filmy dzięki niezwykle oszczędnym ruchom kamery, długim, statycznym ujęciom pozwalają dotrzeć widzowi do świata emocji bohaterów, do głębi przeżyć to, co dzieje się w ich wnętrzach, a od czego z pozoru jesteśmy odsunięci za pomocą konsekwentnie stosowanych planów ogólnych. Nasz początkowy dystans i alienacja, w miarę oglądania "Good Bye, Dragon Inn" i "Missing", ustępują miejsca zaciekawieniu, a wręcz zupełnemu zafascynowaniu dziwacznym światom bohaterów. Dla jednych było to kino niestrawne (w trakcie obu seansów dało się słyszeć trzask opuszczanych miejsc siedzących), dla innych zajmujące i operujące rewolucyjnie świeżym językiem filmowym.

Najliczniej w konkursie pojawiły się filmy, jak je nazwałam, z grupy środka. Nie wywołujące ostrych dyskusji, oceniane (w skali od 1-6) zwykle na 3-4, w porywach 5, podobające się, ale nie porywające, poruszające tematy w większym lub mniejszym stopniu dotyczące każdego człowieka. I tak oto: irański "Tiny Snowflakes" Alego Rezy Aminiego opowiada o ludzkiej wytrwałości i oczekiwaniu na coś co ma nadejść, "Nobody Knows" Japończyka Hirokazu Kore-eda traktuje o dziecięcych emocjach i samotności, "Four Shades of Brown" Tomasa Alfredsona - cztery szwedzkie przeplatające się między sobą opowieści o skomplikowanych relacjach rodzinnych osłodzone dużą dawką czarnego humoru oraz inne filmy, wśród których wymienić jeszcze można: refleksyjny "The Last Train" Rosjanina Aleksieja Germana Jr., satyryczny i absurdalny "The Saddest Music in the World" Guya Maddina i japoński film drogi "Vibrator" Ryuichi Hiroki. Obrazy te, choć każdy z osobna prezentujący ciekawe podejście materii filmowej i interesująco podjęty temat, w natłoku pozostałych projekcji konkursowych, zlały się dla mnie w bezkształtną masę dobrych, ale nie pozostających dłużej w pamięci filmów.

Ostatnią, i tą, którą z pewnością publiczność festiwalowa będzie najdłużej pamiętać (niestety zwykle nie ze względu na wartości artystyczne), jest grupa filmów tzw. kontrowersyjnych. Szokujące nie tylko formą, ale i treścią, wyświetlane zawsze przy wypełnionej do ostatniego miejsca sali Teatru im. A. Mickiewicza, zawsze wywołujące gorące dyskusje po seansach, wieczorem w Klubie Festiwalowym oraz na Hyde Parku. Najczęściej poruszanym tematem była tu z pewnością ludzka seksualność (francuska "Anatomia piekła" Catherine Breillat - wywody feministyczne wzbogacone o występ gwiazdy porno) bardzo często w połączeniu z problemem przemocy i brutalizacji naszego życia ("Twentynine Palms" Bruno Dumont, znowu francuski " A New Life" Philippe Grandrieux i "Sexual Dependency" urodzonego w Boliwii Rodrigo Bellott). W przypadku dwóch ostatnich przeze mnie wymienionych, trudna do zniesienia treść podana została w tak ciężkiej formie, że potrzeba było wiele cierpliwości, ażeby opuszczeniem sali kinowej nie przerwać przedłużającego się koszmaru. Dla Grandrieux sposobem na jego film stały się rozedrgane kadry, bardzo ciemne zdjęcia i depresyjna muzyka, Bellott natomiast postanowił urozmaicić widzom seans prowadząc podwójną narrację: po lewej i prawej stronie ekranu podzielonego bezlitośnie na pół. Potencjalne atuty okazały się być jedynie męczącymi zabiegami formalnymi przekreślającymi szansę pozytywnego odbioru filmów.

Mojej klasyfikacji wymknął się tylko jeden film, najważniejszy obraz konkursowy, zdobywca Grand Prix - nagrody głównej 4. Festiwalu Filmowego ERA NOWE HORYZONTY: francuski "Brodeuses" w reżyserii Eleonore Faucher. Jest to historia siedemnastoletniej Claire przeżywającej w samotności niechcianą ciążę. Spotkanie z opłakującą zmarłego syna panią Melikian oraz nowa miłość stają się dla bohaterki początkiem zupełnie nowego życia. Nie da się dzieła tego przyrównać z żadnym innym pokazywanym w sekcji konkursowej, na tle pozostałych jest ono zupełnie wyjątkowe. Wyjątkowe, bo najmniej niekonwencjonalne. Wyjątkowe, bo nie próbujące zaskakiwać, szokować, bulwersować. Festiwalowa publiczność zmęczona scenami gwałtu, przemocy, drastycznością czy niezrozumiałością opowiadanych historii doceniła prostotę fabuły, wewnętrzną harmonię bohaterów, piękne zdjęcia i muzykę, optymistyczne zakończenie. I cóż za paradoks, że nowe horyzonty filmu okazały się być nie tam, gdzie można byłoby się ich spodziewać: w szeroko pojętej awangardzie większości pokazów konkursowych. W tym roku w Cieszynie nową ścieżką kina stała się pokora i spokój filmu "Brodeuses".

4. FESTIWAL FILMOWY ERA NOWE HORYZONTY. Cieszyn/Czeski Cieszyn, 22 lipca - 1 sierpnia 2004.
 


| strona główna | film | plastyka | teatr | literatura | muzyka | kontakt | archiwum |