| |
Muzyka - zoom
DEUCE
"My możemy zrobić to szybciej i lepiej niż Deuce! / We can make it faster and better than Deuce!". mik.musik.!, 2004
To druga już, po debiutanckiej "Not In The Kitchen" (2001) płyta artysty sceny komputerowo-laptopowej wydana w mik.musik.! Pierwsze co w niej przyciąga, to okładka. Wygląda niczym dadaistyczna wyklejanka zapełniona mnóstwem zdjęć i rysunków osób, które robią coś lepiej, szybciej bądź częściej niż Deuce. Niektórzy myją zęby, naprawiają dach, karmią owcę, rozmawiają przez telefon, a inni po prostu się... bzykają.
Rozpoczynający album utwór "Piotrek" (bo Deuce to w rzeczywistości Piotrek Połoz, chłopak z Bałut, czyli z najstarszej dzielnicy przemysłowej Łodzi) zawiera zapis głosu sprawcy całego zamieszania, kiedy jeszcze wierzył w bociany lub w to, że tata znalazł go w barze w kuflu z piwem. Później dopiero mamy do czynienia z prawdziwym muzycznym miszmaszem.
Cyfrowo-analogowe dźwięki i brzmienia, jak różne w swoim rodzaju śmieci, które
przywrócone do stanu używalności łączą się w niesforne i rozbrykane puzzle ułożone w sposób wiadomy tylko dla Deuce'a, sprawiają wrażenie chaosu kontrolowanego. Chaosu i hałasu, który jest tutaj istotnym elementem. Ale Deuce na tym nie poprzestaje. Ma ambicję tworzenia melodii wyłaniających się z owego zgiełku, nasyconych w dużej mierze pierwiastkiem egzotycznym.
Po trosze przypominają one muzykę z gier na Atari, czy prymitywnych w swej konstrukcji gier podłączanych do telewizora. W końcu sam Deuce przyznaje, że jest tygrysem Azji ("I am the tiger of Asia"), co może wszystko tłumaczyć.
Deuce to kpiarz i prześmiewca. Zastępuje słowo "fuck", tak często występujące w konfiguracji z "the system", wyrazem "kiss". "Mała siostro pocałuj system" ("Kiss the system"). Tym prostym zabiegiem całkowicie odwraca znaczenie hasła często spotykanego na murach miast, jednocześnie nadając mu nowe i świeże skojarzenia. Albo "What I like most is hiphop", gdzie śpiewa co lubi najbardziej, by dwa utwory dalej stwierdzić, że jednak tego nienawidzi ("What I hate most is hiphop"). Polecam również uważnie przesłuchać trzy ostatnie utwory (na płycie występują jako tracki bonusowe) i skonfrontowania ich z tytułami. Piotrek maleńkimi literami wewnątrz okładki przywraca do życia hippiesowskie hasło "Kochajcie się ludzie!", choć jak sam przyznaje największy wpływ wywarł na nim punk-rock.
Deuce to twórca z poczuciem humoru (a nie na szczęście z poczuciem misji) i z dystansem do swojej twórczości. Sam tytuł płyty tego dowodzi. No bo który artysta w tak wyraźnej formie i w tak oficjalny sposób przyzna, że ktoś robi coś lepiej niż on? Kochajmy się więc i słuchajmy "My możemy zrobić to szybciej...", bo życie ucieka, a w radiu tej płyty nie usłyszymy. A propos egzotyki. Utwór trzeci nosi tytuł "Chi-chi", co po japońsku znaczy ponoć... cycuszki.
Planx Kleron
P. J. HARVEY
"Uh Huh Her", Universal Island 2004
Po wręcz popowym albumie "Is This Desire?" i rockowym "Stories From The City, Stories From The Sea" Polly wraca do swych najlepszych korzeni, czyli do albumu "To Bring You My Love". Prymitywne brzmienie gitary, która jest instrumentem najważniejszym na nowej płycie, surowe aranżacje i szlachetna prostota melodii, to cechy najistotniejsze tej produkcji. Artystka sprawowała pieczę nad kolejnymi etapami powstawania płyty. Napisała teksty, zaaranżowała utwory i sama wszystko wyprodukowała. Być może dlatego nie został skasowany tak naturalistyczny dźwięk, jak przełykanie śliny między wersami tekstu ("The Slow Drug") lub brumienie gitary akustycznej, której struny obijają się o progi gryfu w nastrojowym "The Kingdom Of Love"."Uh Huh Her" to album bezkompromisowy z rasowym punkiem ("Who The Fuck?") i miażdżącym niczym potężny spychacz "The Radio Oh Oh".P. J. Harvey w kolejnej odsłonie pokazała, że starzenie się niekoniecznie musi być nudne i gnuśne.
Planx Kleron
SONIC YOUTH
"Sonic Nurse". Geffen, 2004
Okładka "Sonic Nurse" zaprojektowana przez Richarda Prince'a przedstawia pielęgniarkę na brązowym, nieco rozmazanym tle. Ten kolor może naprowadzić słuchacza na pewien trop.
Otóż muzyka Sonic Youth, jak wszystkie wiekowe, złote przedmioty, pokrywa się patyną, choć nie znaczy to, że odchodzi w niepamięć. Zespół na swej nowej płycie zawarł dynamiczne, perfekcyjne i z finezją zagrane utwory przeplatane melodią i hałasem. Misterna pajęczyna dźwięków na cztery gitary, perkusję i głos miejscami zazębia się, by zaraz zostać rozerwana przez sprzężenia, przesterowania lub celową pomyłkę polegającą na grze jednej z gitar obok akcentu, który "powinna" zagrać ("New Hampshire"). Z jednej strony mamy do czynienia z klaustrofobiczną, nerwową i "ciasną" atmosferą zwrotek w "Kim Gordon And The Arthur Doyle Hand Cream", z drugiej przestrzeń w "I Love You Golden Blue" uzyskana została dzięki "pływającej" gitarze i lekkiemu pogłosowi nałożonym na głos Kim Gordon, śpiewającej spokojną, piękną, oniryczną melodię. Paradoks.
Sonic Youth zaczął swą działalność w roku 1981 jako reprezentant nowojorskiej sceny no wave, która w swych założeniach zaprzeczała wszelkim tradycyjnym zasadom pojmowania muzyki (harmonia, melodyka). Jeśli ktoś w tamtym czasie powiedziałby im, że będą grali proste, piękne i niebanalne MELODIE pewnie pękliby ze śmiechu. Muzyka Dźwiękowej Młodości nie podlega modom, ani wpływom krytyków, którzy co jakiś czas obwieszczają śmierć muzyki gitarowej, bądź pieją z zachwytu nad "trendy" zespołami. Przeżyła ona całą histerię związaną z grunge, przeżyje The Strokes i The Vines, podążając bez fajerwerków i show biznesowego sztafażu ścieżką wyznaczoną przez myślących muzyków.
Niektórzy mówią o tej płycie, że nie zaskakuje, że to nic nowego, że wcześniejsze albumy są podobne. Ale jak powiedział John Frusciante - gitarzysta Red Hot Chili Peppers, muzyka to nie olimpiada, to twarz Boga. Widocznie Bóg Anno Dominni 2004 w wydaniu Sonic Youth ma taki właśnie wizerunek. Ma twarz pielęgniarki, której opieki zdaje się potrzebować Ameryka, może cały świat, a może każdy z nas z osobna. All you need is nurse, Sonic Nurse. Ten album jest dojrzały, jak głos Thurstona Moore'a w "Dripping Dream" momentami przypominający głos Neila Young'a. Ten album pokazuje, że nadal warto słuchać i śledzić poczynania Soników, bo mają w sobie COŚ, czego nie warto definiować i wyjaśniać.
Niech pozostanie to tajemnicą.
Planx Kleron
HAPPYSAD
"Wszystko jedno". S.P. Records, 2004
"Lubię piosenki, które już wcześniej słyszałem" - tą, znaną z "Rejsu" zasadą mógł kierować się Sławomir Pietrzak - wydawca debiutanckiej płyty zespołu ze Skarżyska-Kamiennej.
Muzyka Happysad doskonale wpisuje się w nurt reprezentowany przez Farben Lehre, Akurat i Pidżamę Porno z postawieniem akcentu na tę ostatnią. Nurt ten można określić mianem punk / reggae przepuszczonego, niestety, przez pryzmat piosenki harcersko-ogniskowej.
Słuchając płyty w całości odniosłem wrażenie, że zawiera tylko jeden utwór składający się z piętnastu podobnych do siebie w klimacie części. Ta płyta przypomina program telewizyjny z piętnastoma tak samo mało interesującymi i nudnymi kanałami, na których aż roi się od powtórek (wspomniana Pidżama Porno).
Nie ma na płycie punktu charakterystycznego; dźwięku, słowa czy też zdania, które zapada w pamięci, wzbudzając tym samym choćby potencjalną chęć ponownego sięgnięcia do niej.
Utworem poniżej punktu krytycznego jest piętnasta piosenka (nie została ona zresztą wymieniona w spisie). Druhowie po skończonej zbiórce zabierają się za granie i śpiewanie, ale dlaczego to robią i po co, nie wiadomo.
W gęstej liryce Kuby Kawalca, wokalisty i gitarzysty zespołu, który rzadko daje szansę na odpoczynek od wyśpiewywanych słów, można odnaleźć kilka znaków, które są jasne i czytelne dla każdego, ponieważ odnoszą się do polskiej rzeczywistości, jednocześnie jej zaprzeczając. "Jestem Polakiem, nie kradnę samochodów, nie jestem pijakiem" ("Czysty jak łza"), "Jeśli nie pijani lekarze" ("Jeśli nie rozjadą nas czołgi"). Ale te zapiski i zabiegi formalne są przecież żywcem wyciągnięte ze sztambucha licealisty!
Kawalec posługuje się również dualizmem my - oni, tak charakterystycznym dla polskich drugoobiegowych zespołów z lat 80. Jednak o ile wówczas można było jasno określić kim są oni, a kim jesteśmy my, o tyle dzisiaj ta granica zaciera się i ginie. Z przeszłości wraca również symbolika wojenna. "Jeśli nie rozjadą nas czołgi, nie zestrzelą samoloty (...) , żadna broń biologiczno- chemiczna, żadne bomby" ("Jeśli nie rozjadą nas czołgi"). "Świat nie kończy się na ich słowach, nie kończy się na ich gestach" ("Hymn 78"). "Znowu oszukali nas, znowu się coś popierdzielił" ("Tak mija czas").
Happysad jest formacją rozdartą między dwoma bytami. Nie może zdecydować się: czy być zespołem rockowym (cokolwiek teraz to znaczy), czy też uprawiać swą twórczość na niwie poezji śpiewanej (nie znaczy to nic dobrego)? Niby jest to twórczość radosna, ale przepełniona smutkiem i mizerią (szczególnie w popisach gitarzystów). Niby ma podrywać, ale jest apatyczna i zniechęcająca.
Prognozuję dużą popularność tej płyty przede wszystkim wśród dziatwy, latem okupującej miejskie skwerki w pozycji "podkurczone kolana", noszącej wojskowe plecaki z naszywkami zespołów, wśród których lada dzień pojawi się Happysad . Mam tylko nadzieję, że ci ludzie są na tyle młodzi, by mieć czas na poznanie dobrej muzyki i mają na tyle słabą pamięć, aby zapomnieć o takich zespołach jak Happysad.
Planx Kleron
|
|