| |
Plastyka - recenzje
Małgorzata Butterwick
FABRYKA WYOBRAŹNI

Ewa Rybska i Władysław Każmierczak
Trudno pisze się tekst o właśnie zakończonej imprezie performance w przeddzień własnego wystąpienia... z prostej obawy skierowania ostrza (klawiatury?) przeciwko samej sobie. Jednak jest to zarazem stymulujące wyzwanie, bo narzuca przyjęcie perspektywy indywidualności każdej akcji, szacunku dla każdego zaistnienia performance. Mam tu po jednej stronie archipelag, po drugiej samotną wyspę. Myślę, więc, że będę starała się szukać odpowiedzi na pytanie, jak mieści się indywidualny performance w kontekście festiwalu.
Większość tekstów dotyczących imprez zbiorowych powstaje według jednej z dwu taktyk. Albo jest to opis poszczególnych prezentacji bez ich oceniania czy krytycznego komentowania, albo próba wyłuskania z ogółu wystąpień podgrup tematycznych, reguł formalnych czy nawet wniosków dotyczących aktualnych zjawisk kultury i naszej współczesności. Oczywiście, oba sposoby są uzasadnione z punktu widzenia "dziennikarstwa artystycznego" - pierwszy jest bezpieczny, drugi spektakularny. Kusi mnie jednak, by zastanowić się nad ich zasadnością w odniesieniu do tak osobistej (w podaniu i odbiorze) i opornej regułom dziedziny sztuki jak performance.
Nie sposób uciec od faktu, że festiwal jest imprezą zbiorową i każdy zaproszony artysta sam decyduje, czy wykona performance "festiwalowy", czyli taki, który wpisze się w - nieoficjalnie - ale jednak istniejąca w świadomości obserwatorów atmosferę "konkurencji", albo też po prostu zrobi swoje, czyli taki performance, jaki w danej chwili ma ochotę zrobić. Zależy to również od gatunku imprezy, a więc od tego, czy wymaga ona od uczestników "świadomości grupowej", czy też pozostawia wolną rękę. Osobiście nie przepadam za ideologiczno-politycznym podejściem do sztuki, a do performance szczególnie, i uważam ten drugi, otwarty typ imprezy grupowej, za uczciwszy wobec wolności procesu twórczego, indywidualności artysty i w ogóle w kontekście wiarygodności sztuki jako świadectwa o nas i naszym czasie. Impreza, o której piszę, nosi od 12 lat tytuł "Zamek Wyobraźni". Choć wiem, że historycznie odnosi się do rzeczywistego zamku (w Bytowie, gdzie odbywały się pierwsze edycje), to z przyjemnością przyjmuję taką poetykę rozważań o sztuce performance. W przeciwieństwie do wielu imprez zakładających pewien typ działań lub tematyczny lejtmotyw, "Zamek Wyobraźni" w założeniu nie stawia sobie za cel pokazania tego, co aktualnie jest modne w performance. Skupia artystów z wielu krajów, w różnym wieku i nie jest imprezą na zadany temat, co jest jej dużym plusem. Wyobraźnia to bodaj jedyna cząstka naszej osobowości, z której nie musimy się nikomu tłumaczyć i którą, jeśli chcemy, możemy zachować na użytek własny i ewentualnie wybranych osób niezależnie od atakujących nasza jaźń bzdur. "Wyobraźnia zobowiązuje!" W konsekwencji - dobór artystów występujących na tym polu jest otwarty (choć chyba nie przypadkowy?) i stawia ewentualnych krytyków o zapędach ideologicznych pod ścianą. Ogólnych wniosków tu po prostu NIE MA, oprócz jednego: w performance nie ma już żadnych reguł. Sami sobie to niebo zgotowaliśmy. Czy postpostmodernizm już się oficjalnie zaczął?!?

Karolina Stępniowska
Zadaję to pytanie, ponieważ po pierwszym dniu imprezy nastawiona byłam raczej krytycznie i nie ukrywałam zawodu, że artyści nie odnieśli się zupełnie do wyjątkowej przestrzeni, którą przygotowali im przy sporych staraniach młodzi i entuzjastyczni krakowscy organizatorzy. Muszę tu uczciwie zaznaczyć, że piszę o "środkowej" części całego festiwalu, a więc o edycji krakowskiej. Przed nią była edycja pomorska, odbywająca się na włościach gospodarza imprezy Władysława Kaźmierczaka (Ustka i Słupsk), a obecnie trwa ostatnia część w Bielsku-Białej. Z założenia mniej więcej ta sama grupa artystów miała zaprezentować się w trzech różnych czasoprzestrzeniach. Wśród performerów są ci, którzy pracują z miejscem i ci, którzy pracują mimo miejsca. Nie mogę powiedzieć, co jest lepsze, bo nie jestem pewna, ale w tym pierwszym dniu imprezy odczulam brak akcji, które wykorzystałyby postindustrialne uroki dawnej Fabryki Schindlera. W końcu zrobił to sam Steven Spielberg... Ale poważnie, tam każda ściana płacze, a można ją
zmusić do uśmiechu. Lub odwrotnie. Sztuka ma tę moc...i tu jej nie wykorzystano. Być może przyczyniło się do tego tempo, w jakim odbywa się festiwal i performerzy nie mieli dość czasu na kontemplację tego, co zastali, woleli pokazać przygotowane i dopracowane wystąpienia... No cóż... mam słabość do wystąpień spontanicznych tak w sztuce, jak i w życiu. Ale i tu i tu wymaga to szczególnej wrażliwości i oczywiście wyobraźni. W performance jest to najwyższy stopień mistrzostwa - wejść do nowego miejsca wypełnionego nowymi ludźmi, wyjść, i pozostawić w nim i w nich nową energię, magię. Jednak nie jest to moment dla marzeń początkującego performera. O tym innym razem. Do przodu. Po pierwszym dniu nastał drugi. Tak jak wspomniałam, nie chcę grupować artystów wg kryteriów, ale odniosłam wrażenie, że coś się odblokowało. Może było to po prostu naturalne: przestrzeń nie była już taka nowa, ludzie po nocy na krakowskim Kazimierzu bardziej znajomi. Czuło się, że mury, podłogi i sufity budynku bardziej "ciągną" do siebie.
Mniej było rekwizytów z zewnątrz, których nadmiar w kilku performance poniedziałkowych rozpraszał, akcje były spójniejsze formalnie, mocniejsze emocjonalnie i/lub intelektualnie.
Jednak podział na dni to też pewnie przypadek, wrażenie podyktowane naszym uwarunkowaniem postrzegania rzeczy: dziś, wczoraj, jutro. Nie wiem, na jakiej zasadzie dobierana była kolejność wystąpień. Czy na festiwalu performance powinno się ustalać kto, po kim i dlaczego, czy raczej należy zdać się na los, zrobić wyliczankę. Byłby to ładny performance na początek festiwalu - poprowadzenie loterii, która wskaże jak potoczą się losy imprezy (copyright - MB). Tak czy inaczej, po drugim dniu, a więc po imprezie, nastawiona już byłam mniej krytycznie, a bardziej w nastroju "live and let live". Pokazano nam tak wiele różnych rzeczy, że nie byłam już w stanie dyskutować o tym, co jest performance, a co teatrem, co jest kreatywnością, a co formułą, co sztuką akcji, a co show... Obejrzałam improwizowane wystąpienie tancerza z Sardynii i przecież mi się podobało. Skoro coś jest na festiwalu, a festiwal nazywa się performance, to jest to performance. I już.

Andrzej Pawełczyk No cóż, przyznaję się tu do odrobiny sarkazmu. Mogłabym popisać sobie na temat: dlaczego para w wymyślnych kostiumach, która rozwiesza przerost formy nad treścią a potem tańczy pod pozorem bojkotu wszystkich religii świata jednak nie powinna była wystąpić na tym festiwalu. Kto widział wie, o czym mówię. Sadzę, że te transgresje mamy już za sobą i nie tak łatwo nas zaszokować. Choć powinniśmy być tolerancyjni wobec tolerancji i nietolerancji, to trudno przyjąć ten intelektualno-formalny bełkot. Jednak byłby to mój jedyny zdecydowany zarzut. Myślę, więc, że mogę napisać całkiem subiektywnie o tym, co mi się na pewno podobało.
Na początek - bo był to pierwszy performance na otwarcie - wjazd Angela Pastora do hangaru fabrycznego białą dorożką z parą koni jabłkowitych... absolutnie poza konkurencją! Był to też jedyny performance podnoszący zagadnienie sztuki i życia, pytający o to, co i kto decyduje o umiejscowieniu działania w kontekście sztuki. Duże zwierzęta w dużej przestrzeni, piękna i radosna akcja o mocnym ładunku! Angel zaprosił mnie do tej przejażdżki z Rynku Głównego do fabryki i na pewno był to najweselszy i szczególnie znaczący performance (???) dla nas obojga, a dla zebranych pytanie: I live art - art of life? Podczas przejazdu wokół sali obsypaliśmy zebranych cukierkami z wódką. Potem, w trakcie trwania festiwalu i rosnącej ochoty na słodycze zbierano je i odkrywano, że na każdym jest literka, jedna z tworzących słowo "performance". Akcja miała tytuł "Welcome, enjoy the performance" i ten słodko-wysokoprocentowy performance rozpływał się przez cały wieczór w ustach zebranych...

Johannes Deimling Po tych radosnych emocjach poruszyło mnie wystąpienie Johannesa Deimlinga z Berlina. Artysta umieścił na ścianie duże litery tworzące napis: "i odpuść nam nasze winy". Następnie sznurkiem, jedna po drugiej, przywiązał je sobie do głowy, chwycił dużą wiązankę czerwonych róż i począł głaskać nimi ścianę w miejscu, gdzie wcześniej był napis. Delikatne ruchy stopniowo stawały się coraz agresywniejsze, w końcu smagał z całej siły ścianę tym, co z czasem pozostawało z wiązanki, tworząc piękną plamę - najpierw z czerwieni płatków, zieleni liści i na koniec ciętych jak od bata śladów łodyg. Na koniec chlusnął na to wszystko mlekiem z dużego wiadra. Piękna poetycka akcja, bez jednoznaczności pozwalająca nam odnieść się do tak zakorzenionych w naszej kulturze pojęć winy i niewinności, kary i przebaczenia, pokazująca też jak pięknie można wykorzystać konfrontację materii kwiatu i fabrycznej ściany.
Drugi dzień rozpoczął się obliczoną na godzinę akcją - obrazem Di Clay z UK. Wykorzystała jeden z tych pięknych i prostych pomysłów, który każe nam żałować, że już nie można go wymyślić. W ciemnej przestrzeni na ścianę rzucony film - młoda kobieta w zaawansowanej ciąży, w prostej czarnej sukience - na tle ściany. Spaceruje, kuca, czuje swoje ciało. W tle monolog, ginący trochę w dużej przestrzeni miękki, kobiecy glos. Artystka podczas projekcji podchodzi do niej blisko i głaszcze, a właściwie odrysowuje, różne elementy obrazu - w danej chwili najbardziej wrażliwe - dłoń, kształt głowy, opadające włosy, brzuch, wygięcie pleców. Są więc we dwie, razem, ale oddalone. Próba nawiązania kontaktu, bliskości, ale jest jeszcze to trzecie - cień artystki zawsze obecny, zawsze dominujący, bo większy i ciemny. Po performance pozostał na ścianie rysunek, a w mojej świadomości przeświadczenie, że kiedy jesteśmy sami, jest to drugie, a kiedy we dwoje, jest coś trzeciego itd. Nie ma ucieczki od "something outside".

Magda Sowierszenko
Zapamiętałam też szczególnie akcję innej brytyjskiej artystki Clare Charnley, a właściwie jej współpracę z polską performerką Magdą Sowierszenko, która również brała udział w festiwalu i wcześniej zrobiła przewrotny w swej niejasności video/performance o pracy rąk ludzkich oraz erotycznym ładunku tego, co zakryte. O właściwym sposobie wykonania ich wspólnej akcji dowiedziałam się potem - bo nie był on podany do wiadomości widzów. Nie wiem czy to przypadek, czy zamysł, ale dzięki tej wiedzy podoba mi się jeszcze bardziej. Artystka z Anglii stanęła przed publicznością w komplecie bielizny i po polsku, nieco monotonnym głosem, powoli, ale bardzo poprawnie i z dobra intonacją wypowiedziała patrząc nam w oczy monolog kobiety, która już nie kocha swojego mężczyzny, choć jest do niego przywiązana. Był zarazem wzruszający, ale i schematyczny, jakby wyjęty z serialu "M jak miłość". Właściwie był to performance wrażeniowy, oparty na efekcie i zagadce: dlaczego te słowa, do kogo, jak się ich nauczyła. Potem dowiedziałam się ukradkiem, że tekst napisała i mówiła Magda za ścianą, a Clare przy pomocy niezauważalnej aparatury w uchu symultanicznie go powtarzała - nie rozumiejąc ani słowa. Nie było oficjalnych wyjaśnień, więc może lepiej bez komentarza, ale bardzo ciekawe.Okazuje się że można zrobić kobiecy - bo zrobiony przez kobiety i oparty na ich relacjach - performance, który nie popada w schemat nurtu tzw. sztuki kobiet, a jednak jest bardzo mocny i broni się na festiwalu. Może właśnie dlatego, że to Zamek Wyobraźni, a nie impreza na zadany temat.
Ale - obok kobiecych - podobały mi się też "męskie" akcje. Przykładem performance tzw. "męskiego"', bo intelektualnego (sic!), była akcja Katalończyka Jana Caseillasa, który zmierzył się z absolutem pod postacią geometrii. Rozpoczął patriotycznie od odśpiewania swego hymnu, potem popowej piosenki, a następnie po polsku deklaracji że "Bóg jest Geometrią". Joan lubi śpiewać i zrobił to dobrze. Z ziemniaka wyciął stempel w kształcie znaku zapytania i rozdał wszystkim odbitkę z "?". Potem się rozebrał, spakował cały swój osobisty i "biurowy" dobytek w tobołek z charakterystycznej katalońskiej chusty, która towarzyszyła mu podczas śpiewów w różnych wariantach, położył pakunek na głowie i zachowując równowagę rozpoczął wędrówkę wokół sali fabrycznej według sobie tylko znanego geometrycznego wzorca. Tak dotarł do ściany, na której odbił "?", po czym zakończył performance. Podobała mi się bardzo radość emanująca z artysty podczas "robienia" performance, z śpiewania, z energii włożonej w stemplowanie, rozdawanie karteczek, ze skupienia w marszu. Lubię też akcje nie dające jasnych odpowiedzi, zbudowane na otwartych, abstrakcyjnych skojarzeniach, ale jednak spójne dzięki zachowaniu pewnej osi, formalnej i wizualnej konsekwencji.
Tryskającą testosteronem bójkę na poduchy zaproponował Jeff Huckleberry z USA i był to jedyny naprawdę śmieszny performance, choć ironią i energią witalną wykazali się też Arti Grabowski i Maciej Adamczyk, którzy przy dźwiękach żywej góralskiej orkiestry przygrywającej z "nieba", czyli z platformy pod fabrycznym sufitem ukazali nam obraz polskiego "patriotyzmu", w którym słowem "Polska" szafuje się podobnie jak "kurwa", w buńczucznej atmosferze bójki podlanej wódką, z wiórami lecącymi ze stołków, które sobie sami podcinamy. Było rzeczywiście niebezpiecznie w chaosie tłuczonego szkła, siekier, pił, orzełków i szalików. Na poważnie flag, symboli narodowych i europejskich użyła też Karolina Stepniowska w ostatnim performance tego wieczoru, jawiąc się jako żywa alegoria Polski wchodzącej do Unii, gdzie nie czeka nas nic dobrego.
Na festiwalu były też dwie artystki z Izraela. Nie wiem, czy wykonały te same performance w obu pozostałych miastach festiwalowych, ale na pewno oba wystąpienia wpisały się idealnie w historyczny kontekst fabryki Schindlera, co na pewno nie zaskoczyło. Obie odniosły się do swoich własnych rodzinnych historii i obie nakarmiły publiczność, używając jednak zupełnie różnych zabiegów emocjonalnych. Tamar Raban pokazała performance bardzo dramatyczny - z czytaniem rodzinnego listu-pamiątki przez jedną z obserwatorek (być może artystka pierwszy raz słyszała te słowa czytane po polsku), i naprawdę przejmującym efektem żucia pozbieranych ustami z ziemi gum, wielu naraz, barwiąc je zarazem na żółto przez picie łyk po łyku barwnika spożywczego. Nie wiem czy konieczne było lepienie z nich potem gwiazdy Dawida na ramieniu, myślę, że sama akcja żucia była już tak męcząca i przywodząca silne skojarzenia, że można było obejść się bez opierania się na symbolach. Na koniec artystka poczęstowała nas rosołem z kury z dużego metalowego garnka, po który ustawiliśmy się chętnie w rządku, bo było późno i zimno. Skojarzenie było jasne. Adwa Drori również oparła swoja akcje na jedzeniu i symbolu. Artystka prażyła kromki chleba na specjalnych żeliwnych płytkach, wypalając na nich po jednej stronie gwiazdę Dawida, po drugiej napis "Jew". Układała je na starych rodowych srebrach i każdy mógł się poczęstować, a nawet posmarować masłem. Byliśmy głodni, bo była prawie północ i była to ostatnia akcja festiwalu. Artystka co chwilę przerywała smażenie i pstrykała polaroidy częstujących się osób, rozrzucając je wokół siebie, czyli na dywan "uszyty" ze starych rodzinnych fotografii. Podobnie wyglądała jej długa suknia "ślubna". Najbardziej w tym działaniu podobała mi się tu delikatna gra myślowa, w którą wciągnęła nas artystka, uświadamiając nam nasze reakcje w obliczu "delikatnych" kwestii: zjeść czy nie, posmarować czy nie, co jest większym szacunkiem: przyjęcie czy odmowa. Kromki chleba były przypalone i smakowały węglem, a podczas długiej akcji prażenia dużą salę wypełnił dym.

Jeffrey Byrd Zwłaszcza w bardziej rozbudowanych pod kątem użytych rekwizytów performance trudne jest zachowanie komunikatu, przekazu. Czasem po prostu dzieje się za dużo, podczas gdy często wokół jednego gestu można wiele zbudować. Podobno diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego warto wspomnieć te wyjątkowo ciekawe: kartka papieru uciekająca z ręki Antoniego Karwowskiego pod wpływem "kopnięć" prądu, do którego się podłączył, krążenie wokół osi na zaczepionym rękawie koszuli u Andrzeja Pawełczyka, złoty pył w butach Ilany Michell z Anglii i spacer po prawdziwej złotej folii u Jeffery Byrda z USA, oraz wideo o historii performance opowiadanej poważnie i monotonnie przez Władysława Kaźmierczaka w statycznym zbliżeniu twarzy (aż się prosiło o antidotum w jego performance z Ewą Rybską!).
Poza performance "as we know it" były też wystąpienia może należące "gdzieś indziej", ale cenne w sytuacji festiwalu. Wspomniałam już niesławny duet włoski, ale już duet kuzynów z Sardynii, Danilo Casti & Alessandro Carboni, z których jeden miksował muzykę techno, a drugi wykonał coś pomiędzy tańcem robota a butoh. Bardzo mnie wciągnął. Innym artystą-szołmenem okazał się bardzo sympatyczny Jose Torres-Tama, z pochodzenia Ekwadorczyk, mieszkający w mistycznym Nowym Orleanie, i będący żywym świadectwem tego wielokulturowego miasta. Poprzedniego wieczoru raczył nas opowieściami o duchach mieszkających w jego domu, voo-doo i mocy talizmanów. Znając je z większym zrozumieniem można było przyjąć jego aktorski pokaz, antykapitalistyczny i antyamerykański, a pełen amerykańskich efektów specjalnych połączonych z mistycznymi rytuałami. Jego wystąpienie wywołało bardzo żywe dyskusje podczas pofestiwalowego wieczoru przy piwie. Bardzo dopracowany w szczegółach i rytualny był też multimedialny pokaz Roberto Rossiniego z Włoch, pt. "Black death doctor" - dla nas zbyt może przerysowany, ale w konwencji masek z weneckiego karnawału podobał mi się, bo lubię takie magiczne klimaty. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić z wystąpieniem typu "poesia sonora" włoskiego artysty Massimo Tiscali, operującego głosem i kilkoma językami, ale pierwszy raz widziałam podobny performance i czekam na więcej, ale więcej po włosku a nie po francusku.
Warto jeszcze wspomnieć, że pod koniec festiwalu podłoga fabryki Schindlera usłana była wiórkami drewna. Była to konsekwencja może mało spektakularnej, ale jak się okazało bardzo "przyjaznej" publiczności akcji Thomasa Maya z Norymbergii, który blisko wejścia do sal fabryki ustawił skromny stolik i zapraszał wszystkich do wyrzeźbienia w kawałku miękkiego drewna źdźbła trawy - cokolwiek się przez to rozumie. Artysta zbiera je w różnych miejscach i stopniowo tworzy trawnik, do którego wszyscy coś dokładamy. I tak w momentach festiwalowego zastoju, kiedy było mi zimno lub chciałam chwilę pobyć sama, wracałam do stolika z drewienkami i z przyjemnością dziecka odkrywałam, jak milo jest po prostu zrobić sobie własne źdźbełko, znaleźć na nie pomysł. Wokół widziałam wiele osób skupionych tu i ówdzie nad własną mini-rzeźbą...
I tak nie całkiem chronologicznie doszłam do końca festiwalu. Jeden dzień. gorący, jeden zimny i deszczowy. Ogólnie trochę za mało czasu, by poznać lepiej artystów i dzięki temu zrozumieć ich sztukę. Niewątpliwie wiele rzeczy mi umknęło, wielu nie doceniłam, ale piszę tekst "na gorąco", a czas nagli. Starałam się zgodnie z zapowiedzią rozpatrzyć każdy performance osobno, a i tak wyszły pewne powiązania i ogólniki. No cóż, tworzymy wszyscy w pewnym kręgu świadomości i poszukiwanie absolutnie nowego jest utopią, więc może nie o to chodzi. Bardzo się cieszę, że "Zamek Wyobraźni" zawitał do Krakowa i mam nadzieje, że nie po raz ostatni. Za mało tu takich imprez, choć niemało performerów...
XII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI PEROFORMANCE "ZAMEK WYOBRAŹNI", Kraków, 30-31 sierpnia 2004"
Kurator projektu: Władysław Kaźmierczak, kurator edycji krakowskiej: Artur Grabowski
Uczestnicy festiwalu: Artur Grabowski & Maciej Adamczyk / Kraków, Ewa Rybska & Władysław Kaźmierczak / Słupsk, Antoni Karwowski / Szczecin, Roberto Rossini / Genua, Włochy, Angel Pastor / Barcelona, Hiszpania, Magda Sowierszenko / Bochum / Słupsk, Jeffery Byrd, Iova, USA, Karolina Stępniowska / Toruń, Andrzej Pawełczyk / Świnoujście, BBB Johannes Deimling / Berlin / Niemcy, Anthony Padgett / Wielka Brytania, Di Clay / Carlisle ,Wielka Brytania, Massimo Tiscali / Monza, Włochy, Ilana Michell / Newcastle, Wielka Brytania, Joan Casellas / Barcelona, Hiszpania, Tamar Raban / Tel Aviv, Izrael, Israel Adva Drori / Tel Aviv, Izrael, Jose Torres Tama / New Orleans - USA / Meksyk, Clare Charnley & Magda Sowierszenko / Leeds, Wielka Brytania, Jeff Huckleberry / Boston, USA, Danilo Casti & Alessandro Carboni OOFF.OURO, Sardynia, Włochy
|
|