WCALE NIE TAKI ZNOWUŻ OBCY ('OBCY: ROMULUS')
A
A
A
Wszystko zaczęło się od zbiegu okoliczności: scenarzysta i ekspert od efektów specjalnych Dan O’Bannon, francuski komiksiarz Moebius oraz Hans Giger poznali się podczas prac nad być może najsłynniejszym porzuconym projektem w dziejach kina – „Diuną” Alejandra Jodorowsky’ego. Nieszczęśliwe zakończenie prac nad mającym być przełomowym dziełem chilijskiego reżysera okazało się błogosławieństwem dla innej produkcji, bo te wielkie talenty wspólnie ewakuowały się z tej kosmicznej produkcji na pokład kolejnej. Studio zaufało Ridley’owi Scottowi, który dopiero co zadebiutował jako reżyser kostiumowym „Pojedynkiem”. Anglik wprowadził na pokład Nostromo wyraźnie brytyjskie podziały klasowe oraz obrazy wypełnione mgłą i niepewnością. Szwajcar – biomechaniczne, falliczne projekty, które do dziś są wizytówką serii, a Amerykanin – pomysł zaczerpnięty z filmu klasy B zatytułowanego „Szczęki w kosmosie!”.
Seria ta była jedną z najciekawszych rozwijających się na przestrzeni dekad hollywoodzkich narracji, a to dzięki różnorodności i świeżości, jaką zawsze oferowały kolejne części. Po tym, jak film Scotta odniósł sukces, studio mogło pójść na łatwiznę, zrobić niemalże identyczny obraz podążający krok po kroku wyznaczonym już schematem. Na szczęście to się nie wydarza. Równie udana kontynuacja porzuciła formuły kina grozy na rzecz kina akcji. Kolejnym – mniej udanym – odsłonom udaje się zachować nowatorstwo. „Obcy 3” brutalnie zrywa z wątkami rodzinnymi wprowadzonymi przez Jamesa Camerona, serwując widzom skrajny nihilizm. „Obcy: Przebudzenie” to toksyczna mieszanka: scenariusz Jossa Whedona, oparty na szybkich, luźnych i żartobliwych dialogach, kłóci się z onirycznym stylem francuskiego reżysera Jean-Pierre’a Jeuneta.
W XXI wieku seria powróciła do rąk Scotta w „Prometeuszu”, w którym poszukuje on boga, nieśmiertelności i szeroko pojętego sensu. „Obcy: Przymierze” to obraz pełen wściekłości i goryczy po tym, jak studio wymusiło powstanie czegoś z większym stężeniem ksenomorfa –przygoda Scotta w tym uniwersum dobiega końca, bo niestety nie było mu dane zwieńczyć trylogii. Disney przejmuje Foksa, a korporacyjno-biznesowa zawierucha na moment uśmierca franczyzę – odkładając na półkę ukończone anime „Aliens vs. Predator: Annihilation”, które do dziś, zamiast być oglądane, zbiera kurz w archiwach. Jednak marka nie może dać o sobie zapomnieć i tak stery nad soft-rebootem powierzono ekspertowi od krwawej sieczki, Fedemu Álvarezowi.
Historia rozpoczyna się na kolonii górniczej Weyland-Yutani na planecie pozbawionej naturalnego światła i nękanej nieustannie mutującymi chorobami. Rain (Celine Sweny) śni o ucieczce wraz z przybranym bratem Andym (David Jonsson) – androidem, którego lata temu zhakował jej ojciec. Nadchodzi okazja do wyrwania się z korporacyjnych pęt i para z pomocą przyjaciół wyrusza w drogę. Zanim jednak dotrą do świata, w którym czekają na nich niebieskie niebo i słońce, muszą odwiedzić opuszczoną stację badawczą Renesans, składającą się z dwóch segmentów – Romulusa i Remusa. Jeszcze nie wiedzą, że trafiły tam szczątki ksenomorfa, złapane przez okręty korporacji podczas kosmicznego dryfu po tym, jak oficer pokładowa USCSS Nostromo wyrzuciła go ze swojego statku.
Obiecujący pierwszy akt rozwija się powoli, kadry pozwalają chłonąć ogrom futurystycznej górniczej maszynerii, transportowców i stacji kosmicznej. Fabuła się rozwija i odkrywamy, że obcujemy ze składanką typu „the Best of”, a nie samodzielnym dziełem. Nie sposób mówić o filmie Álvareza w oderwaniu od poprzednich obrazów, gdyż jest to pierwszy film cyklu całkowicie pozbawiony ambicji i własnego głosu. Powolny początek nawiązuje do tempa akcji w filmie Scotta, w którym z wielkim namaszczeniem ukazano każdy ruch maszynerii i proces decyzyjny na pokładzie Nostromo. „Romulus” to w dużej mierze powtórka z pierwszego filmu, uzupełniona cytatami z pozostałych – wizualnymi, bo ilekroć bohaterowie dotykają broni, Álvarez sięga po kadry z filmu Camerona. Bezpośrednimi, bo kultowa kwestia Ripley – „Get away from her, you bitch” – musiał zostać wypowiedziana, choć niewiele ma w nowym kontekście sensu. Fabularne rozwiązania film motywuje prequelami Scotta, a finał został wyraźnie zainspirowany tym z obrazu Jeuneta.
Może nikt pracujący nad tym filmem nie pokazał własnego, unikalnego stylu, ale nie można powiedzieć, że ekipa wykonała złą rzemieślniczą robotę. Odtwarzanie filmowej rzeczywistości z poprzednich części wychodzi doskonale: znajome korytarze, znajome potwory, znajome kostiumy. Skoro poprzednie filmy Álvareza miały charakter, dlaczego tutaj go brakuje? Urugwajski reżyser zbudował swoją markę na przesadnej przemocy, tymczasem „Obcy: Romulus”, choć oznaczony kategorią R (tylko dla dorosłych), jest niezwykle zachowawczy – zwłaszcza w porównaniu z poprzednią odsłoną („Przymierzem”), w którym bohaterowie niemal ustawiali się w kolejce do śmierci w coraz bardziej absurdalny sposób.
Jest tu jeden doskonały pomysł – zagnieżdżony w ciele ksenomorf zostaje pokazany przy pomocy ręcznego rentgena. Promień światła przenika ciało, ukazując jego wnętrzności. Jednak nie wykorzystano tu potencjału. Krew, chrupot kości, rozpuszczająca się skóra i inne deformacje wydają się peszyć kamerę. Podczas ujęć z brutalnymi efektami cięcia są szybkie, kamera gwałtownie ucieka wzrokiem albo przechodzi do innego kadru. Scena narodzin nowego monstrum, która inauguruje finał, również okazuje się straconą szansą – narodziny potwora w „Beetlejuice Beetlejuice” Tima Burtona, choć zrealizowane w konwencji horroru komediowego, są w swojej obrzydliwości o wiele efektowniejsze. Czy kategoria R, przetworzona przez korporacyjne wytyczne Disneya, jest tak ugrzeczniona, że Burton wypada straszniej, mimo że operuje konwencją w ramach kina familijnego?
Celine Sweny robi wszystko, co może, aby sprzedać nową wersję Ripley, a David Jonsson, w roli androida, ma okazję zagrać na dwóch skrajnych rejestrach. Jako android-brat Rain jest powolny, wycofany, próbuje żartować, jąka się, ale gdy zostaje mu wgrany korporacyjny program nadający większe uprawnienia, staje się pewny siebie, silny i bezwzględny. To właśnie rozwój tej postaci okazuje się najciekawszym i jedynym wątkiem, który nie jest powtórką z poprzednich filmów. Całość mogłaby się utrzymać na barkach tej dwójki, bo obserwowanie ich to przyjemność – choć scenariusz zdaje się nie wiedzieć, co zrobić z resztą bohaterów.
Niestety, pojawia się coś, co budzi niesmak – i niestety nie jest on wywołany interakcją z obcym. To najświeższy przypadek cyfrowej nekromancji. W laboratorium, do którego trafiają bohaterowie, znajduje się uszkodzony tułów androida – w tej roli zrekonstruowany przy pomocy niezbyt udanego CGI zmarły w 2020 roku Ian Holm. Dotychczas aktorzy wyciągnięci z zaświatów przez wielkie korporacje pojawiali się na zasadzie: „O! Pamiętasz tę twarz!” – po czym znikali, najczęściej po pojedynczej scenie. Tym razem twórcy są odważniejsi (bardziej bezwstydni?), bo aparycja Holma będzie nam towarzyszyła do samego końca. Decyzja ta denerwuje i smuci przez hipokryzję – w kampanii marketingowej manifestacyjnie podkreślano fizyczność scenografii i kreatur. Nikt natomiast nie chwalił się, że „wskrzeszono” angielskiego aktora.
Disney kupił Foksa między innymi dla marek – i ten film nie wydaje się niczym więcej niż akcją podtrzymującą świadomość marki.
Seria ta była jedną z najciekawszych rozwijających się na przestrzeni dekad hollywoodzkich narracji, a to dzięki różnorodności i świeżości, jaką zawsze oferowały kolejne części. Po tym, jak film Scotta odniósł sukces, studio mogło pójść na łatwiznę, zrobić niemalże identyczny obraz podążający krok po kroku wyznaczonym już schematem. Na szczęście to się nie wydarza. Równie udana kontynuacja porzuciła formuły kina grozy na rzecz kina akcji. Kolejnym – mniej udanym – odsłonom udaje się zachować nowatorstwo. „Obcy 3” brutalnie zrywa z wątkami rodzinnymi wprowadzonymi przez Jamesa Camerona, serwując widzom skrajny nihilizm. „Obcy: Przebudzenie” to toksyczna mieszanka: scenariusz Jossa Whedona, oparty na szybkich, luźnych i żartobliwych dialogach, kłóci się z onirycznym stylem francuskiego reżysera Jean-Pierre’a Jeuneta.
W XXI wieku seria powróciła do rąk Scotta w „Prometeuszu”, w którym poszukuje on boga, nieśmiertelności i szeroko pojętego sensu. „Obcy: Przymierze” to obraz pełen wściekłości i goryczy po tym, jak studio wymusiło powstanie czegoś z większym stężeniem ksenomorfa –przygoda Scotta w tym uniwersum dobiega końca, bo niestety nie było mu dane zwieńczyć trylogii. Disney przejmuje Foksa, a korporacyjno-biznesowa zawierucha na moment uśmierca franczyzę – odkładając na półkę ukończone anime „Aliens vs. Predator: Annihilation”, które do dziś, zamiast być oglądane, zbiera kurz w archiwach. Jednak marka nie może dać o sobie zapomnieć i tak stery nad soft-rebootem powierzono ekspertowi od krwawej sieczki, Fedemu Álvarezowi.
Historia rozpoczyna się na kolonii górniczej Weyland-Yutani na planecie pozbawionej naturalnego światła i nękanej nieustannie mutującymi chorobami. Rain (Celine Sweny) śni o ucieczce wraz z przybranym bratem Andym (David Jonsson) – androidem, którego lata temu zhakował jej ojciec. Nadchodzi okazja do wyrwania się z korporacyjnych pęt i para z pomocą przyjaciół wyrusza w drogę. Zanim jednak dotrą do świata, w którym czekają na nich niebieskie niebo i słońce, muszą odwiedzić opuszczoną stację badawczą Renesans, składającą się z dwóch segmentów – Romulusa i Remusa. Jeszcze nie wiedzą, że trafiły tam szczątki ksenomorfa, złapane przez okręty korporacji podczas kosmicznego dryfu po tym, jak oficer pokładowa USCSS Nostromo wyrzuciła go ze swojego statku.
Obiecujący pierwszy akt rozwija się powoli, kadry pozwalają chłonąć ogrom futurystycznej górniczej maszynerii, transportowców i stacji kosmicznej. Fabuła się rozwija i odkrywamy, że obcujemy ze składanką typu „the Best of”, a nie samodzielnym dziełem. Nie sposób mówić o filmie Álvareza w oderwaniu od poprzednich obrazów, gdyż jest to pierwszy film cyklu całkowicie pozbawiony ambicji i własnego głosu. Powolny początek nawiązuje do tempa akcji w filmie Scotta, w którym z wielkim namaszczeniem ukazano każdy ruch maszynerii i proces decyzyjny na pokładzie Nostromo. „Romulus” to w dużej mierze powtórka z pierwszego filmu, uzupełniona cytatami z pozostałych – wizualnymi, bo ilekroć bohaterowie dotykają broni, Álvarez sięga po kadry z filmu Camerona. Bezpośrednimi, bo kultowa kwestia Ripley – „Get away from her, you bitch” – musiał zostać wypowiedziana, choć niewiele ma w nowym kontekście sensu. Fabularne rozwiązania film motywuje prequelami Scotta, a finał został wyraźnie zainspirowany tym z obrazu Jeuneta.
Może nikt pracujący nad tym filmem nie pokazał własnego, unikalnego stylu, ale nie można powiedzieć, że ekipa wykonała złą rzemieślniczą robotę. Odtwarzanie filmowej rzeczywistości z poprzednich części wychodzi doskonale: znajome korytarze, znajome potwory, znajome kostiumy. Skoro poprzednie filmy Álvareza miały charakter, dlaczego tutaj go brakuje? Urugwajski reżyser zbudował swoją markę na przesadnej przemocy, tymczasem „Obcy: Romulus”, choć oznaczony kategorią R (tylko dla dorosłych), jest niezwykle zachowawczy – zwłaszcza w porównaniu z poprzednią odsłoną („Przymierzem”), w którym bohaterowie niemal ustawiali się w kolejce do śmierci w coraz bardziej absurdalny sposób.
Jest tu jeden doskonały pomysł – zagnieżdżony w ciele ksenomorf zostaje pokazany przy pomocy ręcznego rentgena. Promień światła przenika ciało, ukazując jego wnętrzności. Jednak nie wykorzystano tu potencjału. Krew, chrupot kości, rozpuszczająca się skóra i inne deformacje wydają się peszyć kamerę. Podczas ujęć z brutalnymi efektami cięcia są szybkie, kamera gwałtownie ucieka wzrokiem albo przechodzi do innego kadru. Scena narodzin nowego monstrum, która inauguruje finał, również okazuje się straconą szansą – narodziny potwora w „Beetlejuice Beetlejuice” Tima Burtona, choć zrealizowane w konwencji horroru komediowego, są w swojej obrzydliwości o wiele efektowniejsze. Czy kategoria R, przetworzona przez korporacyjne wytyczne Disneya, jest tak ugrzeczniona, że Burton wypada straszniej, mimo że operuje konwencją w ramach kina familijnego?
Celine Sweny robi wszystko, co może, aby sprzedać nową wersję Ripley, a David Jonsson, w roli androida, ma okazję zagrać na dwóch skrajnych rejestrach. Jako android-brat Rain jest powolny, wycofany, próbuje żartować, jąka się, ale gdy zostaje mu wgrany korporacyjny program nadający większe uprawnienia, staje się pewny siebie, silny i bezwzględny. To właśnie rozwój tej postaci okazuje się najciekawszym i jedynym wątkiem, który nie jest powtórką z poprzednich filmów. Całość mogłaby się utrzymać na barkach tej dwójki, bo obserwowanie ich to przyjemność – choć scenariusz zdaje się nie wiedzieć, co zrobić z resztą bohaterów.
Niestety, pojawia się coś, co budzi niesmak – i niestety nie jest on wywołany interakcją z obcym. To najświeższy przypadek cyfrowej nekromancji. W laboratorium, do którego trafiają bohaterowie, znajduje się uszkodzony tułów androida – w tej roli zrekonstruowany przy pomocy niezbyt udanego CGI zmarły w 2020 roku Ian Holm. Dotychczas aktorzy wyciągnięci z zaświatów przez wielkie korporacje pojawiali się na zasadzie: „O! Pamiętasz tę twarz!” – po czym znikali, najczęściej po pojedynczej scenie. Tym razem twórcy są odważniejsi (bardziej bezwstydni?), bo aparycja Holma będzie nam towarzyszyła do samego końca. Decyzja ta denerwuje i smuci przez hipokryzję – w kampanii marketingowej manifestacyjnie podkreślano fizyczność scenografii i kreatur. Nikt natomiast nie chwalił się, że „wskrzeszono” angielskiego aktora.
Disney kupił Foksa między innymi dla marek – i ten film nie wydaje się niczym więcej niż akcją podtrzymującą świadomość marki.
„Obcy: Romulus”. Reżyseria: Fede Álvarez. Scenariusz: Fede Álvarez, Rodo Sayagues. Obsada: Cailee Spaeny, David Jonsson, Archie Renaux, Isabela Merced, Spike Fearn, Aileen Wu. Zdjęcia: Galo Olivares. Muzyka: Benjamin Wallfisch. Stany Zjednoczone 2024, 119 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

