WSZYSTKO, CO NAPISZĘ O TEJ KSIĄŻCE, BĘDZIE NIE W PORZĄDKU (CHAHDORTT DJAVANN: 'DZIWKI W CZADORACH NIE IDĄ DO RAJU')
A
A
A
„Nie jestem iranistą, więc resztki uczciwości intelektualnej szeptały mojemu sumieniu, że nie powinienem wymądrzać się na temat powieści Chahdortt Djavann, Iranki, która postanowiła pisać wyłącznie po francusku, na dodatek prawie wyłącznie o Iranie, a właściwie o swoich rodaczkach zniewolonych przez wszechwładny i wszechobecny system patriarchalno-religijny” (Jarosz 2024: 183-184) – tymi słowami Krzysztof Jarosz rozpoczyna posłowie do polskiego wydania „Dziwek w czadorach”, powieści, którą zresztą osobiście na polszczyznę przełożył. Podzielam to poczucie niemocy – mam wrażenie, że każdy komentarz na temat tej książki, o który moglibyśmy się pokusić, zanadto podatny jest na rychłą krytykę albo wprost na jego podważenie.
Komentarz najbardziej oczywisty głosiłby zatem, że Djavann (jak dotąd nietłumaczona na język polski) snuje opowieść o beznadziei i marazmie, będących codziennością irańskich kobiet, spętanych przez ultrakonserwatywny system społeczny z jednej strony oraz stale pogarszającą się (również ze względu na obowiązywanie sankcji ekonomicznych nałożonych na Iran) sytuację bytową ich rodzin z drugiej. Takie postawienie sprawy naraża nas jednak na zarzuty o wtórne ich wiktymizowanie czy pozbawianie wszelkiej sprawczości. Niepostawienie sprawy w taki sposób będzie się zaś wiązało z oskarżeniem o niezrozumienie przeczytanego tekstu – Djavann wprost na jego kartach pisze, że wolno jej o położeniu Iranek opowiadać, ponieważ nie zamierza nigdy wrócić do ojczystego kraju. Dodaje zresztą, że dziewczyny, które w przeszłości decydowały się rozmawiać z zagranicznymi dziennikarzami, padały zwykle później ofiarą najbardziej dotkliwych represji.
Osią narracji czyni autorka wspominany już w tytule czador – czarną zasłonę noszoną przez Iranki, przede wszystkim po ustanowieniu reżimu chomeinistyczmego. Ubranie to, mające stanowić gwarancję skromności, staje się jednak jej zaprzeczeniem: konieczność osłonienia się dowodzi posiadania doskonale nieskromnego ciała. Cała ta (niewielkich, bądź co bądź, rozmiarów) powieść próbuje kontestować ów paradoks. Najbardziej perwersyjne, mówi Djavann, jest męskie spojrzenie, zwłaszcza wówczas, gdy wypełnia je fałszywa pruderia. Napotykamy tu na problem kolejny: nie da się pożenić wizji Chahdortt Djavann z przekonaniem, wedle którego noszenie zasłony może być tak samo emancypujące, jak bywa ograniczające, jeśli wynika z podjętej w zgodzie ze sobą decyzji tej, która miałaby się nią osłaniać. Trudno się temu dziwić: niewiele wspólnego ma chusta wiązana na kobiecych głowach przez strażników rewolucji z chustą wkładaną na tę głowę samodzielnie przez kobiety pragnące podkreślać swoje związki z obszarem, którego suwerenność jest im droga (odsyłam tutaj do eseju Frantza Fanona „Algieria zrzuca zasłonę” [zob. Fanon 1962]). Proszę też o nieoskarżanie mnie w tym miejscu o mylenie tego, co perskie, z tym, co arabskie (nie pozwala mi na to intelektualna przyzwoitość). O ile Fanon przekonywał czytelników, że osłanianie włosów było wśród Algierek zwyczajem niemal zapomnianym, a ożywionym na przekór woli francuskich kolonizatorów (ponieważ służyło podkreśleniu związków z maghrebską tradycją), zwłaszcza podczas wojny o niepodległość, o tyle o czymś podobnym u Djavann nie może być mowy. W jej ujęciu tradycja zasługuje raczej na szyderstwo niż jej pielęgnowanie, ponieważ w rzeczywistości, którą autorka opisuje, przyjmuje formę mających legitymizować upodrzędnioną pozycję kobiet frazesów, których usta pełne mają dzierżący władzę. Ich treść zresztą zbyt silnie kontrastuje z wciąż żywą pamięcią modowej dezynwoltury, którą można było oglądać na ulicach przedrewolucyjnego Iranu.
Po wtóre, równie trudno byłoby dziwić się nieprzejednanej postawie autorki wobec zasłony (wraz z całym zestawem znaczeń, które ona reprezentuje), podczas gdy cała jej twórczość zdaje się zasilana gniewem, którego nie można spożytkować inaczej niż właśnie na pracę twórczą. Zapewne z tego samego powodu pisanie Chahdortt Djavann przyjmuje nierzadko formę autoterapii. Dotyczy to zwłaszcza niepublikowanej dotąd na polskim rynku wydawniczym powieści „Et ces êtressans pénis!” (ten tytuł można z grubsza przełożyć jako „I te istoty bez penisa”), dla której istotny jest wątek autobiograficzny: sama Djavann została poczęta w celu „zajęcia” miejsca utraconego przez jej rodziców syna. Pustkę spowodowaną śmiercią starszego brata miał wypełnić kolejny chłopiec, który jednak, na nieszczęście swoje i innych, okazał się ostatecznie owym „istnieniem bez penisa” (zob. www.youtube.com). Pewnym echem tego motywu w interesującym nas utworze będzie historia Zahry, dziewczynki spłodzonej „w miejsce” zmarłej siostry, po której nadano jej nie tylko imię, ale i akt urodzenia, zafałszowując tym samym datę narodzin.
W ogóle wszystkie te historie obsesyjnie krążą wokół kwestii (nieposiadania) imienia, bo Iran w ujęciu Djavann to miejsce, w którym kobiece genealogie zamazywane są ze szczególną zapalczywością. Ciała pomordowanych prostytutek zyskują jedynie adnotację „nieznajoma” umieszczaną w policyjnych notatkach, córki nie znają imion babek, dziewczynki zmuszane są do wyzbycia się pamięci o swych przyjaciółkach. Potrzeba opowiedzenia losów Zahry, Soudabeh, Miriam, Sary i Tahereh jest chyba próbą rehabilitacji dobrego (nomen omen) imienia kobiet im podobnych – zwyczajnych, ośmielających się marzyć o lepszej rzeczywistości i tejże rzeczywistości niedoświadczających N.N, istniejących zarówno w świecie rzeczywistym, jak i jedynie w płaszczyźnie literackiej.
W „Dziwkach w czadorach” mamy do czynienia z trzema poziomami. W pierwszej części czytamy o kolejnych odnalezionych ciałach prostytutek eliminowanych systematycznie przez samozwańczego ich wykorzeniacza. W drugiej zaś zostajemy zapoznani z prywatnymi historiami kobiet, których „krew bezwartościową” (s. 48) – bo należącą do skazanych czy też zasługujących na śmierć – zdecydował się ów boży pomazaniec przelać. Rozdziały fabularne przerywane są z kolei (to poziom trzeci) fragmentami prozy non-fiction mającymi w pigułce zarysować historię Iranu epoki porewolucyjnej wraz z jej społecznymi uwarunkowaniami. Kłopot w tym, że żadna z tych konwencji nie zostaje w pełni rozwinięta: ani nie mamy tu do czynienia z wybitną beletrystyką, ani nie otrzymujemy wyczerpującego historycznego czy socjologicznego portretu tego kraju.
Natomiast tym, co zasługuje z na uwagę, wydaje się kategoryczny sprzeciw autorki i powieści wobec przekonania, wedle którego prostytucja jest zajęciem takim samym, jak każde inne (w myśl zasady, że, tak czy siak, wszyscy sprzedajemy swoje ciała). Pisarka zdaje się nas przekonywać, że nie wolno godzić się na takie postawienie sprawy, gdyż, jak pokazują losy jej bohaterek, pewne – to jest znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji ekonomicznej – kobiety nie dysponują taką samą cielesną autonomią, jak te, które mają szczęście znajdować się w bardziej fortunnym położeniu. Djavann interesują bowiem historie kobiet, które na ulicę wypycha materialne ubóstwo, które nie dojadają, by zjeść mogły ich dzieci, wreszcie – które przychodząc na świat jako dziewczynki w zubożałych irańskich rodzinach, skazane są niemalże od chwili narodzenia na los albo wprost pracownic seksualnych, albo „służących do wszystkiego” (odwołanie do tytułu książki Joanny Kuciel-Frydryszak jest tu nieprzypadkowe), w tym również do zaspokajania erotycznych fantazji panów domów, do których sprzątania się je wynajmuje.
Książka „Dziwki w czadorach nie idą do raju” ukazała się w serii Frankofonia Literaria Wydawnictwa w Podwórku obok takich tytułów jak „Okiem Markizy” Monique LaRue czy „Smutny ambasador” Anandy Devi. Nie dorównuje, przyznajmy, poziomowi artystycznemu innych powieści wydawanych we Frankofonii (weźmy chociażby ów finezyjny magiczny realizm opowiadań Devi). Raz jeszcze: siłą powieści Chahdortt Djavan jest pewne napięcie między nihilistyczną niemożliwością wyobrażenia sobie świata, w którym Soudabeh i Zahra mogłyby liczyć na najmniejszy przynajmniej przejaw sprawiedliwości, oraz gniewem powodowanym niezgodą na świat, w którym nigdy jej nie otrzymują. Natomiast jeśli chodzi o potencjał artystyczny, to jest on, niestety, moim zdaniem raczej niewykorzystany: ambicje literackości ma tutaj wyczerpywać otwarta kompozycja ostatniej z opowieści, którą narratorka snuje. Nie jest to zresztą książka przepięknie napisana, momentami stawia raczej językowo-estetyczny opór, choć w pewnej mierze moglibyśmy próbować usprawiedliwiać to niedoskonałością czy niezbornością polskiej leksyki służącej do opisu erotyki, zwłaszcza tej kobiecej. Zasługuje na uwagę, ale tylko wówczas, gdy zaakceptujemy liczne jej niedociągnięcia.
LITERATURA:
„Chahdortt Djavann – Et ces êtres sans pénis!”. https://www.youtube.com/watch?v=Wk7G8wL4Qbc.
Fanon F.: „Algieria zrzuca zasłonę”. Przeł. Z. Szymański. Warszawa 1962.
Jarosz K.: „Jak można być francuską pisarką, pisząc tylko o rodzimym Iranie?”. W. Ch. Djavann: „Dziwki w czadorach nie idą do Raju”. Przeł. K. Jarosz. Gdańsk–Katowice 2024.
Komentarz najbardziej oczywisty głosiłby zatem, że Djavann (jak dotąd nietłumaczona na język polski) snuje opowieść o beznadziei i marazmie, będących codziennością irańskich kobiet, spętanych przez ultrakonserwatywny system społeczny z jednej strony oraz stale pogarszającą się (również ze względu na obowiązywanie sankcji ekonomicznych nałożonych na Iran) sytuację bytową ich rodzin z drugiej. Takie postawienie sprawy naraża nas jednak na zarzuty o wtórne ich wiktymizowanie czy pozbawianie wszelkiej sprawczości. Niepostawienie sprawy w taki sposób będzie się zaś wiązało z oskarżeniem o niezrozumienie przeczytanego tekstu – Djavann wprost na jego kartach pisze, że wolno jej o położeniu Iranek opowiadać, ponieważ nie zamierza nigdy wrócić do ojczystego kraju. Dodaje zresztą, że dziewczyny, które w przeszłości decydowały się rozmawiać z zagranicznymi dziennikarzami, padały zwykle później ofiarą najbardziej dotkliwych represji.
Osią narracji czyni autorka wspominany już w tytule czador – czarną zasłonę noszoną przez Iranki, przede wszystkim po ustanowieniu reżimu chomeinistyczmego. Ubranie to, mające stanowić gwarancję skromności, staje się jednak jej zaprzeczeniem: konieczność osłonienia się dowodzi posiadania doskonale nieskromnego ciała. Cała ta (niewielkich, bądź co bądź, rozmiarów) powieść próbuje kontestować ów paradoks. Najbardziej perwersyjne, mówi Djavann, jest męskie spojrzenie, zwłaszcza wówczas, gdy wypełnia je fałszywa pruderia. Napotykamy tu na problem kolejny: nie da się pożenić wizji Chahdortt Djavann z przekonaniem, wedle którego noszenie zasłony może być tak samo emancypujące, jak bywa ograniczające, jeśli wynika z podjętej w zgodzie ze sobą decyzji tej, która miałaby się nią osłaniać. Trudno się temu dziwić: niewiele wspólnego ma chusta wiązana na kobiecych głowach przez strażników rewolucji z chustą wkładaną na tę głowę samodzielnie przez kobiety pragnące podkreślać swoje związki z obszarem, którego suwerenność jest im droga (odsyłam tutaj do eseju Frantza Fanona „Algieria zrzuca zasłonę” [zob. Fanon 1962]). Proszę też o nieoskarżanie mnie w tym miejscu o mylenie tego, co perskie, z tym, co arabskie (nie pozwala mi na to intelektualna przyzwoitość). O ile Fanon przekonywał czytelników, że osłanianie włosów było wśród Algierek zwyczajem niemal zapomnianym, a ożywionym na przekór woli francuskich kolonizatorów (ponieważ służyło podkreśleniu związków z maghrebską tradycją), zwłaszcza podczas wojny o niepodległość, o tyle o czymś podobnym u Djavann nie może być mowy. W jej ujęciu tradycja zasługuje raczej na szyderstwo niż jej pielęgnowanie, ponieważ w rzeczywistości, którą autorka opisuje, przyjmuje formę mających legitymizować upodrzędnioną pozycję kobiet frazesów, których usta pełne mają dzierżący władzę. Ich treść zresztą zbyt silnie kontrastuje z wciąż żywą pamięcią modowej dezynwoltury, którą można było oglądać na ulicach przedrewolucyjnego Iranu.
Po wtóre, równie trudno byłoby dziwić się nieprzejednanej postawie autorki wobec zasłony (wraz z całym zestawem znaczeń, które ona reprezentuje), podczas gdy cała jej twórczość zdaje się zasilana gniewem, którego nie można spożytkować inaczej niż właśnie na pracę twórczą. Zapewne z tego samego powodu pisanie Chahdortt Djavann przyjmuje nierzadko formę autoterapii. Dotyczy to zwłaszcza niepublikowanej dotąd na polskim rynku wydawniczym powieści „Et ces êtressans pénis!” (ten tytuł można z grubsza przełożyć jako „I te istoty bez penisa”), dla której istotny jest wątek autobiograficzny: sama Djavann została poczęta w celu „zajęcia” miejsca utraconego przez jej rodziców syna. Pustkę spowodowaną śmiercią starszego brata miał wypełnić kolejny chłopiec, który jednak, na nieszczęście swoje i innych, okazał się ostatecznie owym „istnieniem bez penisa” (zob. www.youtube.com). Pewnym echem tego motywu w interesującym nas utworze będzie historia Zahry, dziewczynki spłodzonej „w miejsce” zmarłej siostry, po której nadano jej nie tylko imię, ale i akt urodzenia, zafałszowując tym samym datę narodzin.
W ogóle wszystkie te historie obsesyjnie krążą wokół kwestii (nieposiadania) imienia, bo Iran w ujęciu Djavann to miejsce, w którym kobiece genealogie zamazywane są ze szczególną zapalczywością. Ciała pomordowanych prostytutek zyskują jedynie adnotację „nieznajoma” umieszczaną w policyjnych notatkach, córki nie znają imion babek, dziewczynki zmuszane są do wyzbycia się pamięci o swych przyjaciółkach. Potrzeba opowiedzenia losów Zahry, Soudabeh, Miriam, Sary i Tahereh jest chyba próbą rehabilitacji dobrego (nomen omen) imienia kobiet im podobnych – zwyczajnych, ośmielających się marzyć o lepszej rzeczywistości i tejże rzeczywistości niedoświadczających N.N, istniejących zarówno w świecie rzeczywistym, jak i jedynie w płaszczyźnie literackiej.
W „Dziwkach w czadorach” mamy do czynienia z trzema poziomami. W pierwszej części czytamy o kolejnych odnalezionych ciałach prostytutek eliminowanych systematycznie przez samozwańczego ich wykorzeniacza. W drugiej zaś zostajemy zapoznani z prywatnymi historiami kobiet, których „krew bezwartościową” (s. 48) – bo należącą do skazanych czy też zasługujących na śmierć – zdecydował się ów boży pomazaniec przelać. Rozdziały fabularne przerywane są z kolei (to poziom trzeci) fragmentami prozy non-fiction mającymi w pigułce zarysować historię Iranu epoki porewolucyjnej wraz z jej społecznymi uwarunkowaniami. Kłopot w tym, że żadna z tych konwencji nie zostaje w pełni rozwinięta: ani nie mamy tu do czynienia z wybitną beletrystyką, ani nie otrzymujemy wyczerpującego historycznego czy socjologicznego portretu tego kraju.
Natomiast tym, co zasługuje z na uwagę, wydaje się kategoryczny sprzeciw autorki i powieści wobec przekonania, wedle którego prostytucja jest zajęciem takim samym, jak każde inne (w myśl zasady, że, tak czy siak, wszyscy sprzedajemy swoje ciała). Pisarka zdaje się nas przekonywać, że nie wolno godzić się na takie postawienie sprawy, gdyż, jak pokazują losy jej bohaterek, pewne – to jest znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji ekonomicznej – kobiety nie dysponują taką samą cielesną autonomią, jak te, które mają szczęście znajdować się w bardziej fortunnym położeniu. Djavann interesują bowiem historie kobiet, które na ulicę wypycha materialne ubóstwo, które nie dojadają, by zjeść mogły ich dzieci, wreszcie – które przychodząc na świat jako dziewczynki w zubożałych irańskich rodzinach, skazane są niemalże od chwili narodzenia na los albo wprost pracownic seksualnych, albo „służących do wszystkiego” (odwołanie do tytułu książki Joanny Kuciel-Frydryszak jest tu nieprzypadkowe), w tym również do zaspokajania erotycznych fantazji panów domów, do których sprzątania się je wynajmuje.
Książka „Dziwki w czadorach nie idą do raju” ukazała się w serii Frankofonia Literaria Wydawnictwa w Podwórku obok takich tytułów jak „Okiem Markizy” Monique LaRue czy „Smutny ambasador” Anandy Devi. Nie dorównuje, przyznajmy, poziomowi artystycznemu innych powieści wydawanych we Frankofonii (weźmy chociażby ów finezyjny magiczny realizm opowiadań Devi). Raz jeszcze: siłą powieści Chahdortt Djavan jest pewne napięcie między nihilistyczną niemożliwością wyobrażenia sobie świata, w którym Soudabeh i Zahra mogłyby liczyć na najmniejszy przynajmniej przejaw sprawiedliwości, oraz gniewem powodowanym niezgodą na świat, w którym nigdy jej nie otrzymują. Natomiast jeśli chodzi o potencjał artystyczny, to jest on, niestety, moim zdaniem raczej niewykorzystany: ambicje literackości ma tutaj wyczerpywać otwarta kompozycja ostatniej z opowieści, którą narratorka snuje. Nie jest to zresztą książka przepięknie napisana, momentami stawia raczej językowo-estetyczny opór, choć w pewnej mierze moglibyśmy próbować usprawiedliwiać to niedoskonałością czy niezbornością polskiej leksyki służącej do opisu erotyki, zwłaszcza tej kobiecej. Zasługuje na uwagę, ale tylko wówczas, gdy zaakceptujemy liczne jej niedociągnięcia.
LITERATURA:
„Chahdortt Djavann – Et ces êtres sans pénis!”. https://www.youtube.com/watch?v=Wk7G8wL4Qbc.
Fanon F.: „Algieria zrzuca zasłonę”. Przeł. Z. Szymański. Warszawa 1962.
Jarosz K.: „Jak można być francuską pisarką, pisząc tylko o rodzimym Iranie?”. W. Ch. Djavann: „Dziwki w czadorach nie idą do Raju”. Przeł. K. Jarosz. Gdańsk–Katowice 2024.
Chahdortt Djavann: „Dziwki w czadorach nie idą do Raju”. Przeł. Krzysztof Jarosz. Wydawnictwo w Podwórku, Wydawnictwo Uniwersytetu Ślaskiego. Gdańsk–Katowice 2024 [seria: Frankofonia Literaria].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

