NIEPAMIĘĆ CUDU? (ANNA KAŃTOCH: 'CZELUŚĆ')
A
A
A
Czytając „Czeluść” Anny Kańtoch – i zanim jeszcze odkryłam taką diagnozę autorki na jej profilu facebookowym – doszłam do wniosku, że nowa powieść (nie kryminał), jest w stylu „Czarnego” (2012, w tym roku wznowienie) i „Niepełni” (2017). Pisarka podpowiada to zresztą również strategią wydawniczą: kryminały publikuje w Marginesach, fantastykę i rzeczy „z pogranicza” – w Powergraphie. Jeżeli więc kogoś „Czarne” i „Niepełnia” bardziej skonfundowały, niż zachwyciły, powinien czekać na kolejny kryminał. Ale że należę do grupy osób zafascynowanych tym, co Kańtoch robi między gatunkowymi szufladkami, przeczytałam książkę z uznaniem (i dopiero teraz będę czekać na kolejny kryminał).
Pisze się natomiast o „Czeluści” fatalnie, bo jak recenzować powieść, gdy prawie każde uzasadnienie opinii mogłoby zdradzić zbyt wiele? Nie chodzi nawet, jak przy wspominanych kryminałach, o przedwczesne wyjaśnienie komuś zagadki z ostatnich stron. Właściwie dowolna głębsza analiza powieści już mogłaby perfidnie podsunąć tropy i zepsuć zabawę. Spróbuję więc dość oględnie, chociaż to książka, przy której chciałoby się pokazać konkretne podpowiedzi, udowodnić, jak treść i forma – nawet, gdy jeszcze o tym nie wiemy – podążają za koncepcją całości.
Zdradzić można pewnie, że bohaterką jest Agnieszka, która mieszka sama… albo z psami? albo może jednak sama? No właśnie, nawet pozornie podstawowe fakty stają się trudne do ustalenia bez zdradzenia zbyt wielu rozwiązań. W każdym razie Agnieszka ma problemy z pamięcią obejmujące zarówno odległą przeszłość, jak i niedawne wydarzenia (może się nawet czasem kojarzyć z bohaterem filmu „Memento” Christophera Nolana). Kańtoch w ogóle lubi zabawy z (nie)pamięcią, a tu czyni je jednym z najważniejszych aspektów książki. Skoro bowiem Agnieszka pamięta tak niewiele, to cały status tego, co niby wie, staje się i dla niej, i dla nas podejrzany. Kluczowe dla poradzenia sobie z rzeczywistością odtworzenie tego, co przed czterema dekadami stało się z grupką młodych ludzi w kamieniołomie w Gościęcicach, wciąż się jej wymyka, podobnie jak obraz ważnej dla niej kiedyś osoby. Można by za konkluzję na temat tych zmagań przyjąć zdanie: „Wspomnienie wciąż było żywe w jej umyśle, co oczywiście niekoniecznie musiało oznaczać, że jest prawdziwe” (s. 50-51).
W tej sytuacji nie wiemy, czy Agnieszka w swoim „śledztwie” odwiedza ludzi, których rzekomo odwiedza. A jeśli tak – czemu mówią oni rzeczy inne, niż zapamiętała. Czy wszyscy wokół wprowadzają ją w błąd? To czyniłoby tę postać podobną z kolei do bohaterki „Gaslight” (w Polsce jako „Gasnący płomień”) Alfreda Hitchcocka – zwłaszcza że i w domu z „Czeluści” dzieją się dziwne rzeczy, dodatkowo podważając wiarę Agnieszki we własną poczytalność… Może faktycznie w kamieniołomie zdarzył się cud wskrzeszenia? Albo to duchy? Czy kosmici? Wszak lokatorka ma powody przypuszczać, że teraz, po czterdziestu latach, nocą coś jej chodzi po suficie… Ale nawet jeśli – jak to powiązać z zagadkową przeszłością? A czytelnik/czytelniczka gubi się razem z Agnieszką, szukając wsparcia i niepodważalnych faktów w partiach książki oznaczonych „Strzelin, rok 1985”, pokazujących perspektywę rodziców młodzieży z kamieniołomu. Ale czy tej narracji można ufać bardziej niż głównej? Wszak często to, co odkrywamy z Agnieszką, przeczy tamtej wersji (nawet w drobiazgach – raz Agnieszka jest córką wychowywaną tylko przez matkę, raz czytamy, że wiedziała w dzieciństwie, ile zarabiają jej rodzice).
Podoba mi się to, że Kańtoch tak świadomie bawi się schematami. Tyle tu psychologicznej grozy i rozpadającego się świata, w którym „Agnieszka wciągała w płuca ciemność i wydychała strach” (s. 100), a równocześnie kobieta, gdy lata temu kupowała dom na uboczu, chciała czegoś zwyczajnego: „Żadnych mrocznych lasów, tajemniczych skał czy zrujnowanych pałaców, w których mogłyby się lęgnąć cienie i opowieści, żadnych atrakcji przyciągających turystów” (s. 8). Nierealność nie wynika w „Czeluści” z tak konwencjonalnych chwytów. Opisy przestrzeni eksponują codzienność i właśnie namacalność. Tym ciekawiej staje się, gdy coś się w tym zakresie zmienia, gdy rozpad subtelnie zaczyna obejmować i czas, i przestrzeń. Zresztą w tej powieści z pogranicza realnego i nierealnego dużo jest też zupełnie realistycznych, trzeźwych diagnoz dotyczących ludzi. Moje dwie ulubione to ta o Andrzeju, jednym z licealnych przyjaciół Agnieszki: „Nauczono go jednak w dzieciństwie, że biedaków należy traktować ze szczególną uprzejmością – być może dlatego, że okazywanie pogardy, którą naprawdę się czuje, jest gorsze niż okazywanie tej, którą się tylko udaje” (s. 69) i ta o dziewczynie z recepcji hotelu: „Była bardzo młoda, warstwa jej profesjonalizmu zdawała się tak cieniutka, że wystarczyło lekko ją zarysować, by wydobyć na światło dzienne nastolatkę, która jeszcze niedawno w ostatniej ławce dzieliła się z koleżankami filmikami z TikToka” (s. 93).
Nieustające podważanie rzeczywistości przy dużym talencie do realistycznych charakterystyk i opisów to zaleta „Czeluści” i innych „pogranicznych” powieści Kańtoch. Podobnie jak sięganie po różne konwencje (miejscami miałam wrażenie, że to coś rodem z kina fantastycznego lat 80., czasem – współczesna powieść grozy, inny razem – klasyczna powieść psychologiczna), a następnie wywracanie stolika i pokazywanie, że to jeszcze coś zupełnie innego. Też resztą nawiązującego do pewnych konwencji i przywodzącego na myśl konkretne tytuły dzieł opartych na podobnych konceptach – ale znów nie mogę powiedzieć nic więcej poza tym, że rozwiązanie mnie przekonało i finalnie nawet pewne fragmenty, które przy lekturze wydawały mi się zbędne, okazały się potrzebne w świetle odkrytej tajemnicy. Powieść nie jest zresztą szczególnie przegadana, ma mniej niż dwieście stron.
Moja największa wątpliwość wiąże się czymś spoza samej książki. Z egzemplarzem recenzenckim dostałam kopertę. Bez obaw, nie z łapówką za zachwyty. Tyle że wśród tradycyjnych materiałów na temat publikacji była mniejsza koperta – do sprawdzenia rozwiązania po lekturze. Oczywiście z zastrzeżeniem: „jeśli chcesz sprawdzić rozwiązanie zagadki” – ale kto się oprze? I chociaż miałam satysfakcję, że chyba „zrozumiałam” „Czeluść”, skoro moje diagnozy w dużej mierze pokrywały się z przysłaną odpowiedzią, to była to satysfakcja z gatunku tych, które towarzyszyły mi przy sprawdzaniu zamieszczonych na końcu zbioru rozwiązań zadań z fizyki. Owszem, miałam przez moment myśl: „No fajnie, ale gdzie moja zaległa kopertka do trudniejszej interpretacyjnie »Niepełni«?”. Bardziej serio jednak, to zajrzałam właśnie do tamtej recenzji (https://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=337&artykul=6519) i najwyraźniej narzekałam tam, że okładka nadmiernie ukierunkowuje interpretacje. To co powiedzieć o marketingowym zagraniu usuwającym wszelką niepewność? Mam przeświadczenie, że jak recenzent czy recenzentka „nie zrozumie”, to niech czyta drugi raz albo wręcz niech właśnie o tym niezrozumieniu, oporze napisze. Niech zaproponuje inną (sensowną) interpretację książki.
Niejednoznaczność tej prozy, prowokowanie do namysłu i różnych odczytań to zaleta. Tak, pewnie istnieje odpowiedź, która broni się najlepiej, zapewne zgodna z „co autor miał na myśli”. Ale dodawanie tej odpowiedzi do książki, nawet jeśli dotyczy tylko wąskiego grona piszących o niej (może to pierwszy krok do kopertek w każdej trudniejszej książce?) i nawet jeśli zapewnia chwilę satysfakcji lub szoku, boleśnie uderza w moją wiarę w to, czym jest literatura. Także ta gatunkowa; tym bardziej ta gatunkowo niedająca się przyszpilić, jeszcze w wydaniu pisarki tak dobrej jak Kańtoch. Nie chcę przyjąć, że jest mającym jeden konkretny wynik zadaniem z fizyki dla klasy humanistycznej LO.
Pisze się natomiast o „Czeluści” fatalnie, bo jak recenzować powieść, gdy prawie każde uzasadnienie opinii mogłoby zdradzić zbyt wiele? Nie chodzi nawet, jak przy wspominanych kryminałach, o przedwczesne wyjaśnienie komuś zagadki z ostatnich stron. Właściwie dowolna głębsza analiza powieści już mogłaby perfidnie podsunąć tropy i zepsuć zabawę. Spróbuję więc dość oględnie, chociaż to książka, przy której chciałoby się pokazać konkretne podpowiedzi, udowodnić, jak treść i forma – nawet, gdy jeszcze o tym nie wiemy – podążają za koncepcją całości.
Zdradzić można pewnie, że bohaterką jest Agnieszka, która mieszka sama… albo z psami? albo może jednak sama? No właśnie, nawet pozornie podstawowe fakty stają się trudne do ustalenia bez zdradzenia zbyt wielu rozwiązań. W każdym razie Agnieszka ma problemy z pamięcią obejmujące zarówno odległą przeszłość, jak i niedawne wydarzenia (może się nawet czasem kojarzyć z bohaterem filmu „Memento” Christophera Nolana). Kańtoch w ogóle lubi zabawy z (nie)pamięcią, a tu czyni je jednym z najważniejszych aspektów książki. Skoro bowiem Agnieszka pamięta tak niewiele, to cały status tego, co niby wie, staje się i dla niej, i dla nas podejrzany. Kluczowe dla poradzenia sobie z rzeczywistością odtworzenie tego, co przed czterema dekadami stało się z grupką młodych ludzi w kamieniołomie w Gościęcicach, wciąż się jej wymyka, podobnie jak obraz ważnej dla niej kiedyś osoby. Można by za konkluzję na temat tych zmagań przyjąć zdanie: „Wspomnienie wciąż było żywe w jej umyśle, co oczywiście niekoniecznie musiało oznaczać, że jest prawdziwe” (s. 50-51).
W tej sytuacji nie wiemy, czy Agnieszka w swoim „śledztwie” odwiedza ludzi, których rzekomo odwiedza. A jeśli tak – czemu mówią oni rzeczy inne, niż zapamiętała. Czy wszyscy wokół wprowadzają ją w błąd? To czyniłoby tę postać podobną z kolei do bohaterki „Gaslight” (w Polsce jako „Gasnący płomień”) Alfreda Hitchcocka – zwłaszcza że i w domu z „Czeluści” dzieją się dziwne rzeczy, dodatkowo podważając wiarę Agnieszki we własną poczytalność… Może faktycznie w kamieniołomie zdarzył się cud wskrzeszenia? Albo to duchy? Czy kosmici? Wszak lokatorka ma powody przypuszczać, że teraz, po czterdziestu latach, nocą coś jej chodzi po suficie… Ale nawet jeśli – jak to powiązać z zagadkową przeszłością? A czytelnik/czytelniczka gubi się razem z Agnieszką, szukając wsparcia i niepodważalnych faktów w partiach książki oznaczonych „Strzelin, rok 1985”, pokazujących perspektywę rodziców młodzieży z kamieniołomu. Ale czy tej narracji można ufać bardziej niż głównej? Wszak często to, co odkrywamy z Agnieszką, przeczy tamtej wersji (nawet w drobiazgach – raz Agnieszka jest córką wychowywaną tylko przez matkę, raz czytamy, że wiedziała w dzieciństwie, ile zarabiają jej rodzice).
Podoba mi się to, że Kańtoch tak świadomie bawi się schematami. Tyle tu psychologicznej grozy i rozpadającego się świata, w którym „Agnieszka wciągała w płuca ciemność i wydychała strach” (s. 100), a równocześnie kobieta, gdy lata temu kupowała dom na uboczu, chciała czegoś zwyczajnego: „Żadnych mrocznych lasów, tajemniczych skał czy zrujnowanych pałaców, w których mogłyby się lęgnąć cienie i opowieści, żadnych atrakcji przyciągających turystów” (s. 8). Nierealność nie wynika w „Czeluści” z tak konwencjonalnych chwytów. Opisy przestrzeni eksponują codzienność i właśnie namacalność. Tym ciekawiej staje się, gdy coś się w tym zakresie zmienia, gdy rozpad subtelnie zaczyna obejmować i czas, i przestrzeń. Zresztą w tej powieści z pogranicza realnego i nierealnego dużo jest też zupełnie realistycznych, trzeźwych diagnoz dotyczących ludzi. Moje dwie ulubione to ta o Andrzeju, jednym z licealnych przyjaciół Agnieszki: „Nauczono go jednak w dzieciństwie, że biedaków należy traktować ze szczególną uprzejmością – być może dlatego, że okazywanie pogardy, którą naprawdę się czuje, jest gorsze niż okazywanie tej, którą się tylko udaje” (s. 69) i ta o dziewczynie z recepcji hotelu: „Była bardzo młoda, warstwa jej profesjonalizmu zdawała się tak cieniutka, że wystarczyło lekko ją zarysować, by wydobyć na światło dzienne nastolatkę, która jeszcze niedawno w ostatniej ławce dzieliła się z koleżankami filmikami z TikToka” (s. 93).
Nieustające podważanie rzeczywistości przy dużym talencie do realistycznych charakterystyk i opisów to zaleta „Czeluści” i innych „pogranicznych” powieści Kańtoch. Podobnie jak sięganie po różne konwencje (miejscami miałam wrażenie, że to coś rodem z kina fantastycznego lat 80., czasem – współczesna powieść grozy, inny razem – klasyczna powieść psychologiczna), a następnie wywracanie stolika i pokazywanie, że to jeszcze coś zupełnie innego. Też resztą nawiązującego do pewnych konwencji i przywodzącego na myśl konkretne tytuły dzieł opartych na podobnych konceptach – ale znów nie mogę powiedzieć nic więcej poza tym, że rozwiązanie mnie przekonało i finalnie nawet pewne fragmenty, które przy lekturze wydawały mi się zbędne, okazały się potrzebne w świetle odkrytej tajemnicy. Powieść nie jest zresztą szczególnie przegadana, ma mniej niż dwieście stron.
Moja największa wątpliwość wiąże się czymś spoza samej książki. Z egzemplarzem recenzenckim dostałam kopertę. Bez obaw, nie z łapówką za zachwyty. Tyle że wśród tradycyjnych materiałów na temat publikacji była mniejsza koperta – do sprawdzenia rozwiązania po lekturze. Oczywiście z zastrzeżeniem: „jeśli chcesz sprawdzić rozwiązanie zagadki” – ale kto się oprze? I chociaż miałam satysfakcję, że chyba „zrozumiałam” „Czeluść”, skoro moje diagnozy w dużej mierze pokrywały się z przysłaną odpowiedzią, to była to satysfakcja z gatunku tych, które towarzyszyły mi przy sprawdzaniu zamieszczonych na końcu zbioru rozwiązań zadań z fizyki. Owszem, miałam przez moment myśl: „No fajnie, ale gdzie moja zaległa kopertka do trudniejszej interpretacyjnie »Niepełni«?”. Bardziej serio jednak, to zajrzałam właśnie do tamtej recenzji (https://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=337&artykul=6519) i najwyraźniej narzekałam tam, że okładka nadmiernie ukierunkowuje interpretacje. To co powiedzieć o marketingowym zagraniu usuwającym wszelką niepewność? Mam przeświadczenie, że jak recenzent czy recenzentka „nie zrozumie”, to niech czyta drugi raz albo wręcz niech właśnie o tym niezrozumieniu, oporze napisze. Niech zaproponuje inną (sensowną) interpretację książki.
Niejednoznaczność tej prozy, prowokowanie do namysłu i różnych odczytań to zaleta. Tak, pewnie istnieje odpowiedź, która broni się najlepiej, zapewne zgodna z „co autor miał na myśli”. Ale dodawanie tej odpowiedzi do książki, nawet jeśli dotyczy tylko wąskiego grona piszących o niej (może to pierwszy krok do kopertek w każdej trudniejszej książce?) i nawet jeśli zapewnia chwilę satysfakcji lub szoku, boleśnie uderza w moją wiarę w to, czym jest literatura. Także ta gatunkowa; tym bardziej ta gatunkowo niedająca się przyszpilić, jeszcze w wydaniu pisarki tak dobrej jak Kańtoch. Nie chcę przyjąć, że jest mającym jeden konkretny wynik zadaniem z fizyki dla klasy humanistycznej LO.
Anna Kańtoch: „Czeluść”. Wydawnictwo Powergraph. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

