ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (504) / 2024

Kamila Czaja,

MIESIĄC Z PAPIERU (PAWEŁ SOŁTYS: 'SIERPIEŃ')

A A A
Zachwycałam się poprzednimi dwiema książkami Pawła Sołtysa – także „Nieradością” (2019), przyjętą w recenzjach nieco chłodniej niż „Mikrotyki” (2017) – i nawet dawałam tym zachwytom wyraz w „Twórczości”, więc na „Sierpień” czekałam nie dość, że długo, to też intensywnie, chociaż miałam lekkie obawy, gdy okazało się, że tym razem dostajemy dłuższą (sto dwadzieścia stron) nowelę, a nie tom opowiadań. Prozie Sołtysa służy, moim zdaniem, kondensacyjna forma, zagęszczająca jego, i tak gęste, pisanie, zostawiająca czytelnika i czytelniczkę w odpowiednim miejscu z poczuciem, że chciałoby się więcej, ale równocześnie, że właśnie tak miało być.

„Sierpień” nie jest słabą książką, równocześnie będąc dla mnie jednak książką trochę rozczarowującą. Bohater tej opowieści niby robi to, co wielu bohaterów tekstów Sołtysa (też piosenkowych) robiło, i to robiło z dobrym efektem: chodzi po mieście, siedzi „na mieście”, czyta, pisze, wspomina. Rozmyśla o tym, co było: w jego życiu, w jego Warszawie, w jego lekturach. Jak zauważa autor w wywiadzie dla „Dwutygodnika”: „Ten bohater bez wątpienia jest na jakimś zakręcie życiowym. To jego chodzenie, a nie spacerowanie, jest kompulsywne. Tak samo jak zagłębianie się w lekturze absurdalnych książek. To wszystko jest rodzajem ucieczki, szukania ukojenia. On stara się znaleźć jakiś rytm w życiu, które mu się raczej nie udało” (dwutygodnik.com).

Trudno się z taką diagnozą nie zgodzić, podobnie jak z autodiagnozami samego bohatera, który twierdzi, że jest „głupcem uwięzionym w dziś” (s. 42), że tkwi w „anachronicznym dziś” (s. 92). Nie mając jednak wątpliwości, że Sołtys potrafi flaneurować po Warszawie jak mało kto, i w prozie, i w piosenkach (zob. Paczoska 2017), mam wątpliwości, czy bohater „Sierpnia”, mimo pewnych dopisanych biograficznych elementów, nie jest zbyt mocno wyłącznie strumieniem świadomości i przewodnikiem. Poza cechującą go samotnością – o której za chwilę – wydaje się bardziej „funkcją” spajającą zróżnicowane elementy, pochłaniane przez tę narrację, niż bohaterem „z krwi i kości”.

To bardziej bohater „z papieru”, trochę celowo, a trochę chyba jednak nadmiernie. Właściwie „Sierpień” cały szeleści papierem – i znów: trochę celowo, a trochę chyba jednak nadmiernie. Są tu autotematyczne frazy na miarę tych z moich ulubionych tekstów Sołtysa. Bezdomny, „jakby naczytał się Płatonowa i szedł po małą, ale nieodwołalną prawdę” (s. 10). Ludzie, którzy dawniej mieszkali na terenach, „gdzie białoruski, polski, jidysz i rosyjski mieszały się na ulicy jak bakalie w kutii” (s. 19). Pisanie ręczne to doświadczenie, „jakbym próbował wejść do wczoraj przez bramę z rozłożonych kartek” (s. 11). Czasem zresztą wczoraj próbuje przejść przez bramę od drugiej strony: „Słowem, dawne próbowało przebić się do mnie. Różne dawne. Takie, które pamiętałem, takie, które mi opowiadano, i takie, o którym nie wiedziałem zgoła nic” (s. 55) – i jakże piękna jest tu możliwość odczytania dwuznacznie słowa „słowem”, bo przecież dawne często właśnie słowami próbuje się przebić. Dużo tu „gdybania” i niepewności, co mistrzowsko łapie fraza: „Może za możem” (s. 55), a ratunku szuka się – oczywiście – w książkach, przy czym uniwersalność recepty świetnie połączono z prozaicznością kalendarza: „Następnego dnia, chyba we wtorek, zwyczajem wszystkim zrozpaczonych – czytałem” (s. 11). Także praca pamięci, czyli jeden z zasadniczych tematów „Sierpnia”, znajduje pomysłowe przedstawienie: „To było już tak dawno, że musiałem sztukować pamięć kawałkami dzisiejszego krajobrazu, by domy nie kończyły się nagle w połowie piętra, drzewa na samych koronach, a autobusy czarną, poszarpaną nagle gumą przegubu” (s. 86).

I dla takich momentów warto po „Sierpień” sięgnąć, bo przecież talentu Sołtysowi nie odmawiam – po prostu po równocześnie i misternych literacko, i trafiających czytelnika/czytelniczkę „w samo miękkie” dwóch tomach opowiadań, gdy na jeden z pierwszych stron czytam: „Usiadłem w kawiarni i myślałem o pisaniu. O starym, odręcznym pisaniu” (s. 8), to potem nieraz przy lekturze krytyczny głosik podpowiada mi, że z tej książki bije właśnie bardzo dużo „myślenia o pisaniu” (własnym i cudzym), a za mało samego pisania, mniej wykoncypowanego. Niby i ten zarzut bohater-narrator uprzedza: „I znów ten drugi głos: »Stare zdjęcia widzisz i książki, a nie świat«” (s. 109), tę samoświadomość uzupełniając jeszcze stwierdzeniem: „Na taki świat mnie stać” (s. 109). Tyle że niekoniecznie taki argument mi wystarcza. 

Mam wrażenie, że Sołtys po prostu chwilami przedobrza. Na przykład zdanie: „Obudziłem się w spójniku nocy i dnia” (s. 28) samo jest niemal na miarę mojego ukochanego: „Cały się czuję akapit temu” (Sołtys 2019: 8). Ale właśnie samo, niepotrzebnie bowiem zaraz dostajemy objaśnienie: „W tym »i«, kiedy szarzeje mrok i przedmioty w mieszkaniu nabierają kształtów, jakby zjawiały się z niebycia” (s. 28). Z kolei gdy narrator komentuje swój sposób przetwarzania świata: „(…) wszystko łączy mi się ze wszystkim: to, co wiedziałem, i to, co opowiadał Michał, plotło mi się w ścieg z moim własnym życiem i historią mojej rodziny” (s. 32), nie mam uwag do samej metody, bo jest interesująca i pozwala Sołtysowi w jednym stosunkowo krótkim „Sierpniu” pomieścić ogromy zdarzeń i tekstów. Podczas lektury kilka razy jednak łapałam się na myśli, że tym razem przeskakiwanie od realnego do fikcyjnego, od zmysłów do zasłyszeń, od dziś do wczoraj (i przedwczoraj) nie wyszło tak płynnie. Te wszystkie „przypomniał mi się” (s. 63) i inne sygnały przejścia nie wybrzmiewają naturalnie jak w innych prozach Sołtysa – owszem, ścieg się plecie, ale szwy wydają się miejscami zbyt widoczne.

Nie przeczę: dowiedziałam się sporo o różnych sprawach, które wydawałyby się drobne lub przebrzmiałe, a w „Sierpniu” okazują się ważne i jakoś wiecznie aktualne; miejscami nawet poczułam tę „anachroniczną” melancholię – jednak książka w porównaniu z „Mikrotykami” czy „Nieradością” nie pozostawiła mnie w zachwycie, trochę przeszła obok, nie poruszyła czułych, nieintelektualnych, nieantykwarycznych strun. Wyjątkiem na tle mojej niewrażliwości na klimat „Sierpnia” byłyby fragmenty dotyczące samotności głównego bohatera, który wraca „[d]o domu. Tak naprawdę do mieszkania” (s. 81), a w radosnym tłumie nad rzeką konstatuje: „Nie miałem do kogo podejść (…)” (s. 102). Dawniej by miał, więc kontrast między przeszłością a dziś uderza, choćby przy wizycie „na rynku Nowego Miasta, gdzie przez lata przychodziliśmy na lody cassate, gdzie byliśmy rodziną, gdzie byliśmy nieśmiertelni w swoich rolach: rodziców, dzieci, niedzielnych spacerowiczów” (s. 73). Pisarstwo Sołtysa najlepsze jest wtedy, gdy gęstą skondensowaną frazą chwyta coś nie dla samego artystycznego efektu, ale dla efektu i afektu równocześnie. Jak tu: „Człowiek w ogóle żyje przecież w kręgach: rodziny, przyjaciół, współpracowników, sąsiadów. Gdy zaczynają blaknąć, coraz bardziej staje się kropką na mapie. A potem jest już tak, że stoi się pośrodku miasta, pośrodku sierpnia i wszędzie jest tak samo daleko, albo może tak samo blisko” (s. 96).

W „Sierpniu” Sołtys nawiązuje między innymi do Brunona Schulza, kilka razy przywołując jego nazwisko, ale to dość powierzchowne powinowactwa (tytułowy sierpień, Księga z dzieciństwa, wprost wskazana fascynacja tamtą twórczością), bo to jednak inna gęstość świata, odmienna zmysłowość języka, nie ta skala mityzacji… Natomiast wydawało mi się przy lekturze – a wrażenie jeszcze wzmocnione zostało okładkową rekomendacją autora „Melancholii” – że chce tu Sołtys być trochę Bieńczykiem. I jako fanka książek Bieńczyka rozumiem jakoś tę ambicję, ale pisarsko Sołtys jest naprawdę świetnym Sołtysem, nie ma powodu, żeby aspirował do bycia kimś innym. Tenże Bieńczyk stwierdza, polecając „Sierpień”: „Paweł Sołtys mnie przekonał”. Mnie akurat tą książką niekoniecznie, chociaż nie żałuję lektury, w której było sporo dobrych, kilka rewelacyjnych momentów. Po prostu w skali całości odniosłam wrażenie, że to taki trochę Sołtys „rozcieńczony”, który melancholię osiągnął tu kosztem ostrości, gęstości i czarnego humoru (którego tu też mniej). W efekcie tak jak na stronie 17 zanotowałam ołówkiem „głębia czy nie?”, tak do końca lektury nie rozstrzygnęłam dylematu.

LITERATURA:

„Kurczaki bez głowy” [rozmowa Magdaleny Czubaszek z Pawłem Sołtysem]. „Dwutygodnik” 2024, nr 11. https://www.dwutygodnik.com/artykul/11550-kurczaki-bez-glowy.html. 

Paczoska E.: „Warszawskość jako temat i forma w piosence ostatnich lat”. W: „Nowe słowa w piosence. Źródła. Rozlewiska”. Red. M. Budzyńska-Łazarewicz, K. Gajda. Poznań 2017.

Sołtys P.: „Nieradość”. Wołowiec 2019.
 

Paweł Sołtys: „Sierpień”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2024.