ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (506) / 2025

Kamila Czaja,

MŁODOŚĆ STULATKA (MICHAŁ CHOIŃSKI: 'THE NEW YORKER. BIOGRAFIA PISMA, KTÓRE ZMIENIŁO AMERYKĘ')

A A A
Z recenzją naukową i przypisami, ale lekko, wciągająco napisana. Z wąskim tematem, ale szerokimi kontekstami. „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę” Michała Choińskiego, amerykanisty z Uniwersytetu Jagiellońskiego, sprytnie plasuje się między publikacjami specjalistycznymi a „książką na prezent” (zwłaszcza że wydano tę pracę pięknie, w twardej oprawie gustownie zaprojektowanej przez Adama Kosika). Jeżeli więc pod koniec będę narzekać, to z zastrzeżeniem, że ogólnie pracę Choińskiego podziwiam i polecam.

***

W lutym minie sto lat od pierwszego numeru „New Yorkera”, autor zdążył więc z premierą swojego, nieamerykańskiego, ale też nienaznaczonego jakoś wyraźnie środkowoeuropejskimi sentymentami, portretu słynnego tygodnika przed jubileuszem. Wiek to kawał czasu, prace nad książką, jak dowiemy się ze wstępu, wymagały więc długiego studiowania wydań „New Yorkera”, przesiadywania w archiwach i bibliotekach, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, i przeprowadzania ponad pięćdziesięciu wywiadów z osobami zaangażowanymi w prace nad legendarną gazetą. Sam wstęp jest może trochę „sztywny”, ale gdy autor przechodzi od niezbędnych rozliczeń z pomysłu i warsztatu do realizacji zamierzeń, robi się niezwykle ciekawie. I szybko można dostrzec, że „The New Yorker” faktycznie dostaje „biografię”, a nie, bardziej typowo, „historię”. Traktowany jest niemal jak żywy organizm, a przede wszystkim – jako zjawisko stanowiące nawet nie sumę, a raczej synergiczną wartość zebranych biografii ludzi przez dekady tygodnik tworzących. 

Jednym z fundamentów są tu sylwetki redaktorów (i jednej redaktorki) naczelnych, przez sto lat decydujących o kształcie pisma. Dowiemy się, że Harold Ross „zbudował siłę magazynu na mieszance humoru i faktów, manewrując między uszczypliwym dowcipem a gorliwym fact-checkingiem” (s. 29), a za jego czasów „jakość i wiarygodność zawsze szły przed zyskiem i sensacyjnością” (s. 38) – ale nie pominie Choiński rasistowskich zapatrywań tego pierwszego szefa redakcji. William Shawn pokazany zostanie natomiast jako ten, który mocniej postawił na społeczne tematy i przez trzydzieści pięć lat na dziedzictwie Rossa budował coś wyjątkowego – ale nie potrafił w odpowiednim momencie zejść ze sceny. Robert Gottlieb, „transfer” ze świata wydawnictw książkowych, wniósł swój wkład, ale w jego ogromnym redaktorskim dorobku „New Yorker” to zaledwie pięcioletni epizod. Tina Brown doskonale czuła rynek, nie bała się drastycznych zmian i dostosowywała pismo do nadchodzącego nowego tysiąclecia, ale w 1998 roku zrezygnowała, by – tu akurat nie wykazując się intuicją – zacząć pracę u Harveya Weinsteina. Z kolei David Remnick, który ją zastąpił, stawia na „patrzenie władzy na ręce” (s. 232). 

Sylwetki, zwłaszcza pierwszych naczelnych, są na tyle wielowymiarowe, że nie sprawiają laurkowego wrażenia, a poza tym szczęśliwie niewiele tu dygresji – życie ludzi, od których kształt „New Yorkera” zależał i zależy, konsekwentnie opowiedziane zostaje poprzez ich związek z „życiem” pisma. Wyznaczając etapy tej opowieści za pomocą kluczowych nazwisk, Choiński znajduje miejsce w książce także dla innych osób pracujących w tygodniku, nie ogranicza się do szefów. Oczywiście ciągle chce się o kimś wiedzieć więcej, niż pozwalają autorowi napisać tak wyznaczone ramy narracji – ale tym ciekawsze dalsze poszukiwania przed zaintrygowanymi czytelnikami i czytelniczkami. Zachęcam do zgłębiania różnych biografii i wątków, bo na przykład Lillian Hellman zapewne „była okropną osobą” (jak twierdzi Kevin C. Fitzpatrick [s. 51]), ale po lekturze ktoś mógłby uznać, że znaczenie jej postaci sprowadza się do opowiedzianej w książce sytuacji koszmarnego potraktowania prochów związanej z „New Yorkerem” Dorothy Parker (wobec niebycia uwzględnioną w testamencie przyjaciółki), tymczasem Hellman to także autorka wyprzedzających epokę sztuk teatralnych i scenariuszy.

***

Drugi trzon, obok „ludzkiego”, coraz wyraźniejszy w dalszych partiach książki, to biografia pisma wyznaczana przełomowymi tekstami, które się w nim ukazały. Wyliczę zaledwie kilka przykładów: „Hiroszima” Johna Herseya pokazująca skutki użycia bomby atomowej, „List z zakamarka mojego umysłu” Jamesa Baldwina kształtujący dyskurs na temat rasizmu, „Silent Spring” Rachel Carson poświęcone konsekwencjom stosowania DDT, „Loteria” Shirley Jackson (dla wielu protestujących nie do udźwignięcia w swojej wymowie), „Eichmann w Jerozolimie” Hannah Arendt (kontrowersyjny dla osób, które nie chciały przyjąć, że „zło może być trywialne i powszechne, a niekoniecznie obezwładniające czy diaboliczne” [s. 133]), porażające „Z zimną krwią” Trumana Capotego (i Harper Lee, o czym Capote wygodnie zapominał). I to wszystko w jednym czasopiśmie! (Swoją drogą, czytanie o sytuacjach, kiedy można było taki przełomowy tekst pisać przez kilka lat albo nawet całkiem bez deadline’u, może wywoływać trudne emocje u osób piszących w innych realiach).

Choiński przypomina też o nowszych tekstach, jak reportaż Ronana Farrowa o sprawie Weinsteina czy „Imperium bólu” Patricka Raddena Keefe’a o chciwości doprowadzającej do kryzysu opioidowego. Już to, ile kluczowych książek XX i XXI wieku swój początek miało właśnie na łamach „New Yorkera”, dowodzi, że mamy do czynienia z tytułem zasługującym na kolejną historię/biografię/monografię. Przy czym rozważania Choińskiego dotyczą nie tylko ludzi i tekstów, ale też rysunków i okładek, bo i o nich autor nie zapomina (książka zawiera kolorowe wkładki ze zdjęciami i ilustracjami – cenny dodatek). 

***

Taki model opowieści, snutej wokół dekad ludzkiej pracy i ważnych tekstów, pozwala Choińskiemu opowiedzieć o „New Yorkerze” na tle Stanów Zjednoczonych i świata ostatniego stulecia. Pod tym względem „The New Yorker. Biografa…” przypomina mi trochę książkę „Oscarowe wojny. Historia Hollywood pisana złotem, potem i łzami” Michaela Schulmana (https://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=483&artykul=9777). Tam opowieść o instytucji nagrodowej stała się równocześnie historią filmu i kraju, tu na podobnej zasadzie konkretny tytuł prasowy daje szansę zarysowania sytuacji mediów i państwa, oczywiście z naciskiem na Nowy Jork. Od historycznych kontekstów powstania tygodnika, który stanowił „wyraźny sygnał przynależności do pewnej wspólnoty metropolitalno-intelektualnej” (s. 31), przez diagnozę o staniu się pismem „dojrzałym i krytycznym” bo „[n]owe czasy potrzebowały nowych narracji” (s. 71), kryzys zdiagnozowany na początku lat 90. przez Toma Wolfe’a („New Yorker” jako czasopismo, które „łatwiej się chwali, niż czyta” [s. 198]), po nawiązywanie na nowo bliskiego kontaktu z rzeczywistością, cyfrową rewolucję i dzisiejsze funkcjonowanie redakcji – Choiński opowiada to wszystko z przemianami społecznym, kulturalnymi, politycznymi i technologicznymi w tle. 

Bardzo ciekawe dla osób zainteresowanych przemianami w mediach mogą być choćby przeciwdziałania uzależnieniu czasopisma od algorytmów – newsletter czy, tak niedzisiejsze, pielęgnowanie wydania papierowego, o którym redaktor Daniel Zalewski mówi: „Jedną z głównych zalet wersji drukowanej tygodnika jest to, że może cię on zaskoczyć i zaprowadzić w niespodziewane obszary. Ma to kluczowe znaczenie w czasach, gdy treści w internecie są kontrolowane przez algorytmy. A te podsuwają przede wszystkim rzeczy, które już znasz” (s. 279).

***

Widać, że Choińskiemu bliski jest mit nowojorskiego magazynu jako pisma wyjątkowego, niepowtarzalnego. Autor chce wszak pokazać, „w jaki sposób »New Yorker« wpływa na szeroko pojętą kulturę” (s. 12). Chętniej skupia się więc „biograf” na wielkości tego tytułu, ale trzeba docenić, że porusza też ciemniejsze strony redakcyjnego giganta. Cytuje nieraz Bena Yagodę i jego krytyczne diagnozy na temat tygodnika, demaskuje też to, że w pierwszych dekadach istnienia czasopisma pozytywne skutki nie musiały być zawsze efektem właściwej motywacji: „»New Yorker« odrzucał więc rasizm nie dlatego, że był zły, ale dlatego, że nie był »nowojorski«” (s. 89). Wspomniałam już o uwzględnianiu w portretach nie tylko zasług, ale też uprzedzeń czy słabości naczelnych – w przypadku Shawna, poza opóźnianiem własnej emerytury, niechęć do powstania w redakcji związku zawodowego (zob. s. 159) oraz naruszenie dziennikarskiej etyki, gdy redaktor próbował w 1965 roku zablokować krytyczny artykuł o „New Yorkerze” w dodatku do „New York Herald Tribune” (zob. s 139). 

Autor słusznie porusza też kwestię dysonansu, jaki na pewnym etapie rozwoju „New Yorkera” wywoływało zamieszczanie coraz wrażliwszych społecznie tekstów obok dotychczasowych reklam dóbr luksusowych. Myślę też, że bardzo ważne, nie tylko dla tworzących media, choć głównie dla nich, są słowa: „Pod kierownictwem Rossa przyjęto strategię szeroko zakrojonej neutralności. W istocie jednak ta neutralność była stronnicza. Poprzez unikanie zaangażowania w kwestie społeczno-polityczne »New Yorker« wspierał klasowe podziały w społeczeństwie i starannie unikał wszelkich przejawów kontestacji” (s. 112). To potrzebne ostrzeżenie, zwłaszcza dziś, gdy kuszą „neutralność” i eskapizm, skoro każdy głos w sprawie praw człowieka może zostać zaatakowany jako „mieszanie się dziennikarstwa do polityki”, „ideologia” (najczęściej „woke”). Łatwo byłoby obojętność czy konformizm wytłumaczyć sobie jako obiektywizm prasy – i mieć spokój. Doświadczenie „New Yorkera”, opisane przez Choińskiego, warto zachować w pamięci. 

Autor książki wielokrotnie przypomina, że dla słynnego tygodnika kluczowy był zawsze fact-checking. I chociaż nawet przy takim wyczuleniu i poświęceniu środków na odpowiedni dział nie uniknięto „wpadek” (jak plagiat recenzji czy artykuł Janet Malcolm o dziennikarskiej etyce, sam etycznie wątpliwy), to fact-checkingowa machina „New Yorkera” opisana przez Choińskiego jest imponująca.

***

I tu przejdę do narzekań. Pisze autor: „Gottlieba zachwycał rozbudowany proces weryfikacji faktów w »New Yorkerze«. Wiedział, że w świecie wydawnictw książkowych często nie ma możliwości, aby skrupulatnie sprawdzać każdy szczegół – tam odpowiedzialność za dokładność spoczywała głównie na autorze” (s. 197). Ten fragment zapewne nie miał być wzięciem na siebie odpowiedzialności przez samego Choińskiego, ale trochę tak wygląda w kontekście faktu, że w książce podkreślającej wagę fact-checkingu i perfekcyjnej redakcji mniej więcej od połowy zaczyna być inaczej, niż powinno. Wspominają o tym choćby Piotr Tarczyński i Łukasz Pawłowski w „Podcaście amerykańskim”, wymieniając nieścisłość w określeniu funkcji osławionego senatora McCarthy’ego oraz literówkę w nazwisku słynnego nowojorskiego urbanisty Roberta Mosesa – który jest u Choińskiego Mossem [zob. s. 190]) (zob. Tarczyński, Pawłowski 2024). I chociaż w pierwszym odruchu nie planowałam wyliczać, co poszło nie tak, to z czasem moja dobra wola słabła. Naprawdę mam świadomość, że każdemu może się zdarzyć literówka. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie przegapił czegoś przy własnym pisaniu bądź redagowaniu cudzego tekstu, nawet po kilku czytaniach. Gorzej, jeśli to się tak nawarstwia. 

Do dwóch powyższych przykładów, bez specjalnego szukania, po prostu w wyniku zwykłej lektury, mogę dodać zbyt wiele. Czasem to sprawy drobniejsze: brak słowa („Opublikował wtedy Weinsteina o tytule »Beauty and the Beast« (…)” [s. 266]), potknięcie składniowe („Robert Gottlieb na koncie miał redakcję poczytnych kryminałów Johna le Carrégo, autobiografię Malcolma X, »Rzeźnię numer 5« Kurta Vonneguta oraz popularnych thrillerów Michaela Crichtona” [s. 188]), błąd w przypisie („All Alike” jako tekst Caleba Craina [s. 285], chociaż i z fragmentu, do którego ten przypis zrobiono, i ze strony, na którą link z przypisu odsyła, wynika jasno, że chodzi o Adama Gopnika). 

Pół biedy, jeśli potknięcie można bez znajomości tematu wychwycić, bo sam kontekst podpowiada, że coś jest nie tak – jak w informacji, że za zbrodnię z 1970 sprawcę skazano w 1970, przy jednoczesnym zaznaczeniu: „po kilku latach”; powinno być 1979 [zob. s. 171). Gorzej, jeśli nikomu nie nasunie się myśl, żeby coś sprawdzić, bo wszystko pozornie się zgadza. Na przykład stwierdzenie „W marcu 1984 na łamach »New Yorkera« ukazał się spory fragment »Nieznośnej lekkości bytu« Milana Kundery (dwa lata przed publikacją powieści po czesku) (…)” (s. 184) może być podwójnie mylący. Chyba zakłada się tu posiadanie przez czytelnika/czytelniczkę wiedzy na temat skomplikowanych losów tej napisanej w 1982 roku powieści. Choćby faktu, że publikacja po czesku nastąpiła już po wydaniu przekładzie francuskim (1984), bo bez tej świadomości ktoś czytający książką Choińskiego mógłby uznać, że „New Yorker” imponująco wyprzedził wszystkie wersje książkowe i językowe (nawiasem mówiąc, całość po angielsku też ukazała się w 1984 roku). Druga sprawa: wydanie w języku czeskim ukazało się, w Kanadzie, nie dwa lata później, tylko w roku 1985. 

Z kolei we fragmencie książki słusznie pokazującym rangę poezji w „New Yorkerze” czytamy: „Na początku XXI stulecia pojawiły się też wiersze Wisławy Szymborskiej (»Perspektyw« czy »Wszystko« w przekładzie Stanisława Barańczaka i Clare Cavanagh) oraz Zbigniewa Herberta (»W Krakowie« tłumaczony przez autora i Roberta Hassa)” (s. 325). Już nawet mniejsza o literówkę (wiersz Szymborskiej to nie „Perspektyw”, a „Perspektywa”). Przede wszystkim zaintrygowało mnie, że nie kojarzę wiersza „W Krakowie” Herberta – co jeszcze nie byłoby niczym dziwnym, tyle że nie kojarzyły go też „Wiersze zebrane”. Poza tym zdziwiło mnie, że zmarły w 1998 roku Herbert miałby tłumaczyć z Hassem swój wiersz na początku kolejnego stulecia – ale może tłumaczono wcześniej? Zmusiło mnie to do odłożenia książki i „obywatelskiego fact-checkingu” (zwłaszcza że nie podano linków ani konkretnych numerów). Tak, Herberta w „New Yorkerze” sporo (https://www.newyorker.com/contributors/zbigniew-herbert), ale nie z takim wierszem ani w takim przekładzie. Musiałam jeszcze chwilkę poszperać, by odkryć, że popełniono literackie faux pas dużego kalibru: pomylono Herberta i Czesława Miłosza (https://www.newyorker.com/magazine/2004/07/12/in-krakow). Na dodatek w Znaku, wydawcy dzieł noblisty. 

Ta sytuacja przelała czarę goryczy, skłaniając mnie do tego, by w recenzji, jak najbardziej doceniając całość, jednak takie uchybienia wyliczyć. Skoro ja w ramach zainteresowania literaturą widzę taki błąd, Tarczyński i Pawłowski od strony znajomości Stanów Zjednoczonych widzą inne – to jakie jeszcze potknięcia mogą znaleźć osoby pasjonujące się innymi dziedzinami? Ktoś uzna, że to drobiazgi, ja jednak stoję na stanowisku, że nawet niewielkie uchybienia w fact-checkingu mogą podważyć zaufanie do całości, bo nigdy nie będzie się wiedzieć, ilu pomyłek się nie zauważyło, a może tam są. I jeśli nawet reszta okazałaby się po pełnym „prześwietleniu” bezbłędna, to kto miałby tego „prześwietlenia” dokonać? A wątpliwości zostały już zasiane. 

***

O tym, jak wciągająca jest publikacja Choińskiego, niech więc świadczy fakt, że nawet pomylenie Herberta i Miłosza mnie do niej nie zniechęca. Autorzy „Podcastu amerykańskiego”, polecając książkę, stwierdzili, że wskazane błędy nie obniżają jej wartości. Tak daleko bym nie poszła – ale jeśli nawet trochę obniżają, to startuje autor z na tyle wysokich pułapów, że nadal jest bardzo dobrze. 

Chciałabym podzielać optymizm Michała Choińskiego, który wskazując na kryzys zaufania i kurczenie się rynku prasy (zob. s. 338), wierzy, że „New Yorker” da sobie radę: „Siła »New Yorkera« tkwi w ludziach, którzy tworzą dla niego treści – to oni dostarczają czytelnikom przyjemności z lektury, pobudzają ich wyobraźnię i budują legendę magazynu. Biografia tygodnika to w istocie ich biografia. To właśnie zaangażowanie tych osób, wrażliwość i determinacja stanowią najlepsza gwarancję przyszłości magazynu” (s. 342-343). Dla mnie, podobnie jak dla Łukasza Najdera, opowieść o imponującym współczesnym „New Yorkerze” „brzmi niczym relacja z innej planety” (Najder 2024) i – mając na dodatek w głowie na świeżo to, co się dzieje choćby z „The Washington Post” – podzielam wątpliwości, czy taki projekt może się dziś wciąż udawać: „Być może »New Yorker« będzie więc w przyszłości wyspą szlachetnych pośród oceanu fejków i kłamstw, ale, kto wie, może na powrót będzie pismem dla elity i tych, co do bycia elitą aspirują, niezainteresowanych resztą amerykańskiego społeczeństwa” (tamże). Cóż, życzmy mu z okazji nadchodzących setnych urodzin, by trwało jak najdłużej i w kształcie jak najwłaściwszym. 

LITERATURA:

Najder Ł.: „Światowiec, nowojorczyk”. https://www.dwutygodnik.com/artykul/11649-swiatowiec-nowojorczyk.html.

Tarczyński P., Pawłowski Ł.: „Podcast Amerykański. 214. Odcinek świąteczny, czyli co nas zaciekawiło w mijającym roku i co polecamy pod choinkę”. 21.12.2024. https://www.youtube.com/watch?v=6yJ_loeF5FM.
 

Michał Choiński: „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”. Miesięcznik Znak. Kraków 2024.