BEZ MGŁY I KSIĘŻYCA ('WOLF MAN')
A
A
A
Universal przez lata poszukiwał odpowiedniej formuły umożliwiającej wskrzeszenie cyklu o potworach i wydawało się, że odnalazł ją w „Niewidzialnym człowieku” Leigha Whannella. Wcześniejsze próby nieskutecznie łączyły grozę, akcję i przygodę w ramach kina wysokobudżetowego. Tym razem postawiono powierzyć projekt producentowi Jasonowi Blumowi, którego średnio- i niskobudżetowe horrory wciąż cieszą się popularnością. Australijski reżyser z powodzeniem uwspółcześnił klasyczną opowieść o monstrum, zamieniając szalonego naukowca na tech-miliardera. Zaktualizowanie powieści Herberta George’a Wellsa – z której, co prawda, niewiele zostało – o podejrzane postaci z Doliny Krzemowej i wątek #MeToo było odpowiednim posunięciem. Wcześniejszy sukces zapewnił Whannellowi kolejną posadę, ale czy poradził on sobie z przeniesieniem europejskiego folkloru w XXI wiek równie dobrze, jak z klasykiem literatury fantastycznonaukowej?
Dwudziestopierwszowieczny Blake Lovell (Christopher Abbott) to niepełnoetatowy pisarz, aktualnie poświęcający się wychowaniu córki. Nagle dostaje wyczekiwaną wiadomość – organy państwowe wreszcie uznały jego dawno zaginionego ojca za zmarłego. Wyrusza z rodziną do miejsca, w którym się wychował, samotnej rezydencji położonej głęboko w zalesionych górach Oregonu. Podczas podróży niespodziewanie na drodze pojawia się postawny mężczyzna. Lovell próbuje go ominąć, traci kontrolę nad pojazdem, który zaczyna koziołkować w dół skarpy, a jego bok wbija się w korony drzew. On i jego rodzina przeżywają wypadek, jednak mężczyzna zostaje zadrapany przez tajemniczą istotę, a jego rana goi się w nietypowy sposób.
Od premiery „Niewidzialnego człowieka” minęło prawie pięć lat, a mimo to nowy film australijskiego reżysera sprawia wrażenie pospiesznie poskładanego z przypadkowych pomysłów powstałych podczas burzy mózgów. Przewodnią ideą była realizacja kameralnego horroru o rodzinie próbującej przetrwać na odludziu. Aby osiągnąć ten cel, należało najpierw przenieść bohaterów z miejskiego środowiska na wieś, gdzie lokalni mieszkańcy mogą ich straszyć! Skok narracyjny następuje gwałtownie: do Blake’a nagle dociera wiadomość o spadku i mężczyzna bez większych trudności przekonuje żonę do tymczasowej przeprowadzki. Dlaczego Charlotte tak łatwo rezygnuje z pracy w redakcji, a ich córka Ginger bez protestu porzuca szkołę i przyjaciół? Film nawet nie zadaje tych pytań, tylko między cięciami pakuje bohaterów do ciężarówki, którą wywozi ich ku niebezpiecznej północy.
Widać, że podczas realizacji mnożyły się pomysły, bo dzieło Whannella jest niepodobne do klasycznego filmu George’a Waggnera z lat 40. Z niego zaczerpnięto jedynie imię i motyw powrotu na ojcowiznę, ale na tym podobieństwa się kończą. „Wolf Man” niepodobny jest również do innych filmów o wilkołakach. Nie ma tutaj motywu pełni księżyca, srebrnych kul ani nawet jednego ujęcia na księżyc, a sama kreatura ledwo co przypomina wilka. Początkowa plansza z ekspozycją sugeruje, że „ludzie z twarzą wilka” mają coś wspólnego z folklorem rdzennych mieszkańców tych terenów, ale i ten pomysł zostaje porzucony zaraz po tym, jak go przedstawiono. Czy za lykantropią stoi magia, a może to wynik jakiejś niewydostającej się poza te lasy choroby? Film nie tyle nie odpowiada na te pytania, ile nawet nie interesuje się genezą spadającej na protagonistę klątwy.
Rodzinie Lovellów udaje się przedrzeć z miejsca kraksy do odziedziczonego gospodarstwa, gdzie barykadują drzwi w oczekiwaniu na dalsze potyczki z bestią. Od tego momentu sceny ucieczki przed monstrum i powolnej przemiany Blake’a zaczynają się zapętlać. Transformacja jest bliższa tej z „Muchy” Davida Cronenberga – rozłożona w czasie, z kolejnymi drobnymi zmianami następującymi etapami, a nie nagła i spektakularna, jak u innych ekranowych wilkołaków. Metamorfoza bywa obrzydliwa i stawia na realizm, przez co nie dorównuje wizualnej atrakcyjności efektów specjalnych z lat 80. Znowu widzimy sekwencje wypadania zębów i paznokci, które stały się niemal obowiązkowym elementem każdego body horroru.
Drastyczna ingerencja w mitologię wilkołaków sama w sobie nie jest wadą. Problem polega na tym, że większość tych zmian sprawia wrażenie nieprzemyślanych i niezainteresowanych ekranową ikonografią portretowanego monstrum. Możliwe, że Whannell uznał wilkołaka za nudnego i nieatrakcyjnego jako metaforę, a koniecznie chciał nakręcić film o czymś. O toksycznej męskości i przekazywaniu jej wzorców z pokolenia na pokolenie. Jednak trudno dostrzec, w jaki sposób ten temat łączy się z treścią filmu. Blake ma być uosobieniem toksycznej męskości, choć jego największe przewinienie to podniesienie głosu na córkę – i to w sytuacji, w której jej zachowanie go przestraszyło. Jego obsesyjne stawianie się w roli obrońcy rodziny jest bardziej niepokojące, ale film nie znajduje czasu, by pokazać negatywne konsekwencje tej postawy.
Wydaje się, że bliższe trzymanie się tropów wyznaczonych przez starszych filmowców lepiej służyłoby symbolice. W „Skowycie” (reż. Joe Dante) przemocowiec ukrywa swoją wilczą naturę pod ludzką twarzą – czy to nie jest metafora bliska tej, którą próbował skonstruować Whannell? Tymczasem „Wolf Man” nie ma mglistego, baśniowego lasu, nie ma rozświetlonej pełnią księżyca nocy, nie ma dramatycznego bohatera błagającego miejskich możnych o szybką egzekucję, jak robił to zdesperowany Oliver Reed w filmie wytwórni Hammer. Brakuje mu grozy, a może nawet brakuje w nim samego wilkołaka.
Dwudziestopierwszowieczny Blake Lovell (Christopher Abbott) to niepełnoetatowy pisarz, aktualnie poświęcający się wychowaniu córki. Nagle dostaje wyczekiwaną wiadomość – organy państwowe wreszcie uznały jego dawno zaginionego ojca za zmarłego. Wyrusza z rodziną do miejsca, w którym się wychował, samotnej rezydencji położonej głęboko w zalesionych górach Oregonu. Podczas podróży niespodziewanie na drodze pojawia się postawny mężczyzna. Lovell próbuje go ominąć, traci kontrolę nad pojazdem, który zaczyna koziołkować w dół skarpy, a jego bok wbija się w korony drzew. On i jego rodzina przeżywają wypadek, jednak mężczyzna zostaje zadrapany przez tajemniczą istotę, a jego rana goi się w nietypowy sposób.
Od premiery „Niewidzialnego człowieka” minęło prawie pięć lat, a mimo to nowy film australijskiego reżysera sprawia wrażenie pospiesznie poskładanego z przypadkowych pomysłów powstałych podczas burzy mózgów. Przewodnią ideą była realizacja kameralnego horroru o rodzinie próbującej przetrwać na odludziu. Aby osiągnąć ten cel, należało najpierw przenieść bohaterów z miejskiego środowiska na wieś, gdzie lokalni mieszkańcy mogą ich straszyć! Skok narracyjny następuje gwałtownie: do Blake’a nagle dociera wiadomość o spadku i mężczyzna bez większych trudności przekonuje żonę do tymczasowej przeprowadzki. Dlaczego Charlotte tak łatwo rezygnuje z pracy w redakcji, a ich córka Ginger bez protestu porzuca szkołę i przyjaciół? Film nawet nie zadaje tych pytań, tylko między cięciami pakuje bohaterów do ciężarówki, którą wywozi ich ku niebezpiecznej północy.
Widać, że podczas realizacji mnożyły się pomysły, bo dzieło Whannella jest niepodobne do klasycznego filmu George’a Waggnera z lat 40. Z niego zaczerpnięto jedynie imię i motyw powrotu na ojcowiznę, ale na tym podobieństwa się kończą. „Wolf Man” niepodobny jest również do innych filmów o wilkołakach. Nie ma tutaj motywu pełni księżyca, srebrnych kul ani nawet jednego ujęcia na księżyc, a sama kreatura ledwo co przypomina wilka. Początkowa plansza z ekspozycją sugeruje, że „ludzie z twarzą wilka” mają coś wspólnego z folklorem rdzennych mieszkańców tych terenów, ale i ten pomysł zostaje porzucony zaraz po tym, jak go przedstawiono. Czy za lykantropią stoi magia, a może to wynik jakiejś niewydostającej się poza te lasy choroby? Film nie tyle nie odpowiada na te pytania, ile nawet nie interesuje się genezą spadającej na protagonistę klątwy.
Rodzinie Lovellów udaje się przedrzeć z miejsca kraksy do odziedziczonego gospodarstwa, gdzie barykadują drzwi w oczekiwaniu na dalsze potyczki z bestią. Od tego momentu sceny ucieczki przed monstrum i powolnej przemiany Blake’a zaczynają się zapętlać. Transformacja jest bliższa tej z „Muchy” Davida Cronenberga – rozłożona w czasie, z kolejnymi drobnymi zmianami następującymi etapami, a nie nagła i spektakularna, jak u innych ekranowych wilkołaków. Metamorfoza bywa obrzydliwa i stawia na realizm, przez co nie dorównuje wizualnej atrakcyjności efektów specjalnych z lat 80. Znowu widzimy sekwencje wypadania zębów i paznokci, które stały się niemal obowiązkowym elementem każdego body horroru.
Drastyczna ingerencja w mitologię wilkołaków sama w sobie nie jest wadą. Problem polega na tym, że większość tych zmian sprawia wrażenie nieprzemyślanych i niezainteresowanych ekranową ikonografią portretowanego monstrum. Możliwe, że Whannell uznał wilkołaka za nudnego i nieatrakcyjnego jako metaforę, a koniecznie chciał nakręcić film o czymś. O toksycznej męskości i przekazywaniu jej wzorców z pokolenia na pokolenie. Jednak trudno dostrzec, w jaki sposób ten temat łączy się z treścią filmu. Blake ma być uosobieniem toksycznej męskości, choć jego największe przewinienie to podniesienie głosu na córkę – i to w sytuacji, w której jej zachowanie go przestraszyło. Jego obsesyjne stawianie się w roli obrońcy rodziny jest bardziej niepokojące, ale film nie znajduje czasu, by pokazać negatywne konsekwencje tej postawy.
Wydaje się, że bliższe trzymanie się tropów wyznaczonych przez starszych filmowców lepiej służyłoby symbolice. W „Skowycie” (reż. Joe Dante) przemocowiec ukrywa swoją wilczą naturę pod ludzką twarzą – czy to nie jest metafora bliska tej, którą próbował skonstruować Whannell? Tymczasem „Wolf Man” nie ma mglistego, baśniowego lasu, nie ma rozświetlonej pełnią księżyca nocy, nie ma dramatycznego bohatera błagającego miejskich możnych o szybką egzekucję, jak robił to zdesperowany Oliver Reed w filmie wytwórni Hammer. Brakuje mu grozy, a może nawet brakuje w nim samego wilkołaka.
„Wolf Man”. Reżyseria: Leigh Whannell. Scenariusz: Leigh Whannell, Corbett Tuck. Obsada: Christopher Abbott, Julia Garner, Matilda Firth. Zdjęcia: Stefan Duscio. Muzyka: Benjamin Wallfisch. Stany Zjednoczone 2025, 103 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

