ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (508) / 2025

Wojciech Rusinek,

OBSZARY ZAWIESZENIA (RADOSŁAW KOBIERSKI: 'NA WULKANIE')

A A A
Trudno uwierzyć, że takie książki pojawiają się wciąż w polskiej prozie, a jeszcze trudniej – że są wydawnictwa (w tym wypadku Wydawnictwo Drzazgi), które decydują się je wydać. „Na wulkanie” Radosława Kobierskiego jest wszak zbiorem opowiadań tak bardzo pozbawionych literackiego efekciarstwa, tak dalekich od wszelkich nośnych tematów (czyli od kolejnych „medialnych wzmożeń”), tak – w dobrym sensie – tradycjonalistycznych, że nawet trudno mi sobie wyobrazić, jak można by je dobrze zareklamować. Trudność tę odzwierciedlają także blurby przygotowane przez Marka Bieńczyka i wydawców. Blurby bardzo niejasne, mało precyzyjnie sugerujące obecność w zbiorze głębokich, lecz trudno uchwytnych tematów, wskazujące na piękno języka i jednocześnie zanurzenie w codzienności. „Sejsmika emocji, tektonika relacji, miejsca styku, w których nachodzą i wpływają na siebie sprawy przemilczane i wyparte”; „ta bardzo realistyczna proza tchnie zarazem aurą, która nas unosi i niepokoi, to rozszerza oddech, to kłuje w serce”. Niewiele, przyznajmy, z tego wynika, obawiam się jednak, że sam skazany będę za chwilę na podobnie karkołomne próby uchwycenia sedna tych subtelnych, prostych formalnie i zarazem bogatych psychologicznie opowieści, a ta spodziewana bezradność paradoksalnie przemawia na korzyść prozy Kobierskiego. Jeśli do opisywanych tu kwestii dodamy jeszcze fakt, że wcześniejszą książkę prozatorską autor wydał aż czternaście (!) lat temu (a była to monumentalna, nieco przemilczana „Ziemia Nod”), to publikacja „Na wulkanie” nabiera cech dość zaskakującego literackiego zdarzenia. A byłoby wielką stratą dla polskiej prozy, gdyby zbiór nie ujrzał światła dziennego. 

Od pierwszych stron „Na wulkanie” towarzyszyło mi wrażenie, że opowiadaniom tym patronują (choć nie wiem, na ile intencjonalnie) dwa dwa oddalone w czasie projekty pisarskie: Jarosława Iwaszkiewicza i Ingi Iwasiów. Z autorem „Panien z Wilka” łączy Kobierskiego sposób budowania historii, zaczynających się często od przypadkowej sytuacji (jakbyśmy mimowolnie stawali się świadkami już trwającego życia), a potem meandrycznie, powoli, bez ułatwiających wyjaśnień ze strony powściągliwego narratora przybliżających psychologiczne zawiłości, a nawet tragizm życia zwykłych ludzi. Z autorką „Bambino” z kolei dzieli Kobierski zamiłowanie do „małego realizmu”, dowartościowującego zwyczajność, obywającego się bez przesadnie atrakcyjnych schematów fabularnych, wreszcie podobna jest u obojga pedantyczna przejrzystość języka. Kobierski pisze stylem wycyzelowanym, oczyszczonym z poetyckości, w ścisłym sensie realistycznym, zwykle posługując się narracją trzecioosobową, językiem bardzo ostrożnie przesuwającym się w stronę alegorii czy paraboli. Fenomenalne wydaje mi się przy tym, że styl opowiadań nie nudzi, przeciwnie, brzmienie tej prozy jest bardzo naturalne. W „Na wulkanie” udało się więc autorowi uniknąć jednej z największych wad nowej polskiej prozy: przesadnie wystudiowanej i dalekiej od żywej mowy literackości (nie piszę o prozie świadomie lingwistycznej, lecz o tej, która zgłasza akces do poetyki realistycznej). Tak dobrany rejestr stylistyczny koreluje przy tym z tematyką opowiadań, a przede wszystkim z nakreślonymi przez Kobierskiego sylwetkami bohaterów i bohaterek: ludzi całkowicie zwyczajnych, choć przez różne życiowe okoliczności nagle wyrzuconych poza rutynę.

Pomieszczone w zbiorze opowiadania łączy temat końca wypracowanej przez lata formy życia i wyjścia poza dotychczasowe ramy, czy to życia rodzinnego, czy społecznego, czy w końcu poza ramy samowiedzy, budowanego przez dekady obrazu siebie. „Tożsamość bierze się z rozpadu” – czytamy w pierwszym tekście zbioru „Niebo było w przeciwnym kierunku”. – „Chodziło o miejsca, do których nie ma już powrotu, ponieważ zmieniły się przekształciły, oddaliły od nas. Pozostał wyłącznie ich obraz w pamięci, powidok ukryty po drugiej stronie powiek. A człowiek tka siebie właśnie z tego, co przepadło, z pustki, która w nim została” (s. 23). I tak w otwierającym zbiór opowiadaniu Bernard, człowiek odnoszący sukcesy w handlu nieruchomościami, podejmuje nudną pracę obserwatora wieży strażackiej w lasach wokół aglomeracji śląskiej. Bohater tytułowego tekstu „Na wulkanie”, Zygmunt, starszy robotnik z Bytomia, powraca w latach 90. XX wieku do rodzinnego Kłodzka, by znów spotkać się z zatartą przez życie w PRL-u niemiecką tożsamością. Mieszkająca w Polsce Belgijka Jill z „Odpływów” podczas podróży służbowej odkrywa wypartą seksualność. Poważny wypadek ojca uruchamia w Elizie proces refleksji nad własnym życiem i relacjami rodzinnymi („Druga linia”). Z kolei Stanisław z najdłuższego, najlepszego tekstu zbioru („Na końcu światła jest tunel”), po kilkunastu latach odwiedza w Szkocji przyjaciela, z którym łączy go nie tylko „górna i durna młodość”, ale też widmowa przeszłość pełna przemilczeń, zdrad i poczucia winy. 

Zapisałem te zdania, chcąc nieco przybliżyć kanwę fabularną opowiadań Kobierskiego, ale jednak nie sposób sprowadzić ich tylko do przeżycia momentów krytycznych, po których losy bohaterów i bohaterek „wypadają” poza zwyczajowe koleiny. Kobierski zadbał o to, by przedstawione historie nie ogniskowały się wyraźnie wokół jakichś kluczowych wydarzeń, te „dramatyczne finały” czy momenty uzyskiwania samowiedzy najczęściej nie są wyeksponowane, nie prowadzi do nich klasycznie rozumiane napięcie dramatyczne. Rytm tych tekstów odzwierciedla raczej to, jak przeżywamy życie, czyli w wielu kierunkach jednocześnie, w sieci powiązań społecznych, w zmaganiu z kilkoma problemami naraz, w niewiedzy, który moment jest naprawdę kluczowy, która decyzja naprawdę znacząca z perspektywy dalszych lat. Może dlatego teksty te zdają się zaczynać w środku historii i kończyć bez wyraźnych rozstrzygnięć, a momenty dramatyczne słabo uwyraźniają się na tle codzienności?

Kobierskiemu udało się nakreślić w książce bardzo bogate biografie bohaterów i bohaterek. Nie wiem, może to ascetyczność stylu, ostrożne dozowanie stylistycznych ozdobników pozwoliło autorowi upakować w zdaniach tak wiele informacji? „Na wulkanie” domaga się lektury uważnej, skupionej na szczególe, czasem – ponownego przekartkowania już przeczytanych stron. Narracja raczej nie wyjaśnia związków między przywołanymi historiami z przeszłości a teraźniejszością; czytając, musimy poskładać sobie każdą historię ucieczek, zwątpień i zranień. Ta bogata tkanka anegdot, oddająca złożoność życia, nawet tego najnudniejszego, jest jednak tylko otoczką spraw ważniejszych. I tu docieramy do wspomnianej na początku trudności pisania o opowiadaniach Kobierskiego. Bo te „ważniejsze sprawy” funkcjonują w „Na wulkanie” na zasadzie nie do końca dopowiedzianego, nieokreślonego przeżycia emocjonalnego, indeksowego odsyłacza do czegoś – przeczucia, decyzji, wrażenia zmysłowego, śladu przeszłości – co sprawia, że bohaterki i bohaterowie trafiają w specyficzne, symboliczne obszary zawieszenia (będą to kolejno wieża pod chmurami, ciemna studnia w ogrodzie starego domu, kres Europy na wybrzeżu Szkocji, kamienny dom na Krecie czy szpitalna komora hiperbaryczna). Źródła ich decyzji (np. wiedza o tym, dlaczego Bernard porzuca dostatnie życie człowieka biznesu i jak Szymon Słupnik wchodzi na wieżę obserwacyjną? Albo dlaczego Stanisław zapomniał o złu, które uczynił kobiecie dwie dekady wcześniej?) pozostają nieuchwytne i dla nich, i dla nas jako czytelników i czytelniczek. W postaciach cały czas rezonują wspomnienia, zranienia z przeszłości, ciemne obszary pamięci, powidoki, które zagadkowo łączą się z teraźniejszymi udrękami. Być może wielu emocji czy decyzji po prostu nie da się wyjaśnić, a wiedza o sensie życia tych postaci przepadła na zawsze w nieaktywnych obszarach sieci neuronowej (jak wyobraża to sobie Bernard).

Tak, nad opowiadaniami Kobierskiego unosi się bardzo mocny duch melancholii. Ludzie wprowadzeni na karty „Na wulkanie”, choć zupełnie zwyczajni, doświadczają życia niezwykle intensywnie, ale w poczuciu dramatycznego niedosytu. Przekonuje mnie to, że autor nie obdarzył ich nadmierną samoświadomością, kazał raczej w ciszy, w braku słów, w niepełnych dialogach z bliskimi odkrywać widmową „smugę cienia”, a powód ich smutku pozostaje często nieokreślony. To znakomity zabieg, pozwala z jednej strony uniknąć moralizowania (na temat ich wyborów życiowych), z drugiej strony biografie te nie są prostą ilustracją jakiejś odgórnie założonej koncepcji psychologicznej czy filozoficznej. Czytając „Na wulkanie”, możemy zatem dać się przekonać – a tak powinno być w dobrej prozie realistycznej czy psychologicznej – że podglądamy prawdziwe, pełne życie. Szacunek dla cudzego dramatu wymaga czasem milczenia, czasem słów oszczędnych, języka dalekiego od pysznego założenia, że wszystko w ludzkim wnętrzu da się opisać, nazwać, skategoryzować. A to pokorne uznanie granic w opisie ludzkiej psychiki dodajmy do listy kilku mocnych powodów, dla których „Na wulkanie” uznać można za książkę wyjątkową i ważną.
 

Radosław Kobierski: „Na wulkanie”. Wydawnictwo Drzazgi. Okoniny 2025.