ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (508) / 2025

Magdalena Piekara,

ELIMINACJA KOBIETY JAKO PODMIOTU (MARCIN KOŚCIELNIAK: 'ABORCJA I DEMOKRACJA. PRZECIW-HISTORIA POLSKI 1956-1993')

A A A
Dyskurs konstruowany wokół ustawy antyaborcyjnej nie ewoluuje. Powtarza się nieustanie te same frazy, bo przecież nie argumenty, duża część z nich jest nieczytelna: np. dla pokolenia dwudziestolatków sformułowanie „kompromis aborcyjny” okazuje się całkowicie puste znaczeniowo, nie budzi żadnych skojarzeń, nie jest i nie może być z niczym łączone. Brak znaczenia charakterystyczny dla tych zwrotów i sformułowań nie ma znaczenia, nadal funkcjonują, będąc pustymi liczmanami, które nieustająco, choć z różnym natężeniem, ale natrętnie, przyzwyczajają kolejne generacje do swego istnienia. Z przykrością należy stwierdzić, że w obrębie narracji skonstruowanej wokół ustawy antyaborcyjnej nie dzieje się nic od ponad trzydziestu lat, mimo wysiłków działaczek feministycznych oraz akademików i akademiczek skupionych na kwestiach praw reprodukcyjnych. Siedzimy w okopach, jak podczas wojny pozycyjnej, nic się nie zmienia. Dlatego właśnie książkę Marcina Kościelniaka nie dość, że czytałam z wielką ciekawością, to z rosnącym ze strony na stronę entuzjazmem.

Kościelniak nie przyjmuje dotychczasowej wizji tworzenia ustawy (a później kolejnych ograniczeń), tylko kwestionuje sam jego początek – nie wiążąc go z rewolucją konserwatywną, która rozpoczęła się w 1989 roku, przesuwając ramy czasowe i wskazując na zupełnie inną, od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni, chronologię wydarzeń, a także dekonstruując wzajemne powiązania i zależności w obrębie tego procesu. Kluczowe jest, dostrzeżone przez autora, „dyskursywne przekształcenie uniwersum symbolicznego”, które dotyczy uznania – zarówno dla lewicy, jak i Kościoła – „figury »praw człowieka«,” a także „uczynienie z niej »płaszczyzny spotkania – ponad narodami i ponad wyznaniami«” (s. 115). Chrześcijaństwo staje się więc, w takim ujęciu, źródłem praw i wartości uniwersalnych. Tak postrzegane zostaje utożsamione z Kościołem, który – jako instytucja, a nie wspólnota – przejmuje odpowiedzialność za konstrukcję wizji polskiej tożsamości. Dodatkowo przyzwyczaja także społeczeństwo do bezspornego i pozornie neutralnego funkcjonowania samej tej instytucji w przestrzeni publicznej, uznawanej nie tylko za swoiste centrum obrony tradycji i wartości, czytelnych w obrębie polskiej kultury, lecz wręcz stanowiących jej podwaliny.

Tu należy zauważyć dokładną rekonstrukcję owego procesu, w którym znaczącą rolę, jak pokazuje Kościelniak, odgrywa lewica niekomunistyczna, czyli jedna z części opozycji, dokonująca – dzięki przyjęciu określonego języka i optyki – transferu pojęć konserwatywnych na swój grunt, by później uczynić je „narzędziem nadzoru i regulacji norm życia społecznego” (s. 118). Takie skonstruowanie pojęcia „wartości uniwersalnych” zaczyna się rozszerzać na zasady etyki marksistowskiej „jako różnej, ale nieodległej od katolickiej” (s. 121), i doskonale współdziałać (we wspólnocie: władza, opozycja lewicowa, opozycja centrowa i prawicowa, Kościół) właśnie w kwestii praw reprodukcyjnych. Dlatego więc nie może nas dziwić, gdy dostrzeżemy logikę procesu opisanego przez Kościelniaka, że po 1989 roku ustawa antyaborcyjna stała się tak niezwykle ważna i decyzję z nią związane zapadały tak szybko, nawet za cenę nieprzestrzegania norm świeżo uzyskanej demokracji (mam na myśli podpisy dotyczące projektu ustawy obywatelskiej, które w zadziwiający sposób „zaginęły” między kadencjami sejmu). Gdy wszystkie nitki procesu precyzyjnie przedstawionego przez Kościelniaka zostaną włączone w tkaninę ustawy, dostrzegamy, że „[s]pojrzenie na przeszłość z perspektywy praw kobiet zaciera utarte w historiografii podziały polityczne” (s. 148).

Kolejne rządy (już od czasów PRL-u) wraz z Kościołem, może nie zawsze wspólnie, ale zawsze idąc tą samą drogą, posługiwały i posługują się sformułowaniem „wartości uniwersalnych”, które skonstruowane zostały „wedle patriarchalnej interpretacji Kościoła” (s. 168), co powoduje, że prawa kobiet w Polsce, w tym prawa reprodukcyjne, stają się aberracją. W debacie publicznej od lat nazywane są tematem zastępczym – właśnie dlatego, że język wytworzony w celu podporządkowania kobiet, oparty na wykluczeniu, nieważności i podrzędności, przez długotrwałość procesu wydaje się neutralny, stał się normą.

Każda strona książki Kościelniaka przynosi zaskakujące informacje – jak np. projekt dotyczący powstania pomnika „dziecka nienarodzonego”, który pojawił się już na przełomie 1980 i 1981 roku w środowisku śląskiej „Solidarności”. Autor „Aborcji i demokracji” nie idzie w żadnym wypadku na skróty, powoli przedstawia dokumenty, analizuje je, porządkuje materiał, którego rozmiar i znaczenie pokazują w nowej odsłonie polską drogę do wolności, a także podwaliny III RP. Połączenie praw reprodukcyjnych z polityką oraz religią prowadzi nas do pytania o świeckość państwa, demokrację, jako formę ustroju, który ma zapewnić (między innymi) równość wobec prawa, prawa obywatelskie i prawa człowieka.

Gdyby w polskiej szkole przedmiot „edukacja zdrowotna” (który zastąpić ma „wychowanie do życia w rodzinie”) był obowiązkowy, to obowiązkowa powinna być także lektora fragmentów książki Kościelniaka. Niestety, przedmiotu tego pewnie uczyć będą te same osoby, które do tej pory wychowywały naszą młodzież „do życia w rodzinie” (warto zwrócić uwagę na brak neutralności w tej nazwie), a to oznacza, iż wiedza na temat kontekstu historycznego praw reprodukcyjnych w Polsce, a raczej ich braku, nadal nie stanie się wiedzą powszechną.

Obecnie nie przypomina się za często związanego z ustawą antyaborcyjną pojęcia słynnego „kompromisu”, który miał polegać (tu powinniśmy zadać pytanie o realizację) na zwiększeniu nakładów na profilaktykę w zakresie zdrowia kobiet, dostępności do badań ginekologicznych, a także podniesieniu standardów porodowych. Kościelniak zauważa jednak, że w wojnie o język dokonała się „symboliczna i materialna eliminacja kobiety jako podmiotu” (s. 424). Konsensus – o którym mówiło się sporo aż do 2021 roku, gdy zaostrzono ustawę – to jedynie retoryczny naddatek, zaś sednem owej umowy polityczno-religijnej jest uznanie praw płodu za nadrzędne i sprawowanie kontroli (nadzoru) nad kobietami.

Książka „Aborcja i demokracja” wedle informacji na okładce stanowi pierwszą odsłonę projektu badawczego „Kulturowa i polityczna historia aborcji w Polsce w 1956–1993”. Czekam z niecierpliwością na kolejne teksty. Przez cały czas pisania tego tekstu zastanawiałam się nad słowem „przeciw” użytym w tytule książki. Przyimek ten jest wieloznaczny – w niektórych zestawieniach dotyczy krzywdy, w innych niezgody, także współzawodnictwa czy zagrożenia. W jednej z konstrukcji, już dziś rzadko używanej, wyrażona zostaje przy jego pomocy niechęć wobec kogoś. Można więc powiedzieć, że Kościelniak już w tytule zauważa istnienie historii tworzonej na fundamencie zbudowanym z niechęci do kobiet, ich praw, a ostatecznie uznania ich za podmioty sprawcze.
Marcin Kościelniak: „Aborcja i demokracja. Przeciw-historia polski 1956–1993”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2024 [seria: Seria Historyczna].