GDYBY BYŁY MĘŻCZYZNAMI, FIGUROWAŁYBY W KAŻDYM PODRĘCZNIKU (PIOTR OCZKO: 'SUKNIA I SZTALUGI. HISTORIE DAWNYCH MALAREK')
A
A
A
„Suknia i sztalugi” to pozycja od wydawnictwa Znak autorstwa Piotra Oczko – anglisty, polonisty, niderlandysty i historyka sztuki. Tłumacza, eseisty i autora dwudziestu pięciu książek. Wykładowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego, który sam o sobie pisze, że jest z urodzenia krakowianinem i podgórzaninem, a z wyboru Holendrem i amsterdamczykiem. Postanowiłam przytoczyć te kilka faktów o samym autorze, bo jego wykształcenie i zainteresowania, a nawet życie, są bardzo mocno widoczne w stylu pisania, wyborach tematycznych i przytaczanych przez niego anegdotach.
„Suknia i sztalugi” to kolejna pozycja o artystkach, świetnie wpisująca się w najnowszy trend pisania o kobietach w sztuce. Nazywam to „trendem”, ponieważ w ostatnich latach pisanie o malarkach, rzeźbiarkach i architektkach stało się jednocześnie obowiązkowe i popularne – ale w pozytywnym tych słów znaczeniu. Jednak nie można nie zadać pytania, czy książka Piotra Oczko jest potrzebna? I czy nie powstała tylko po to, aby właśnie ten trend reprezentować?
Publikacja od Znaku to zbiór kilku opowieści o, jak sam podtytuł mówi, dawnych malarkach. Jest ich trzynaście, ale autor podaje, że jeszcze kilkadziesiąt innych malarek wspomina, a także pisze o sześciu rzeźbiarkach, architektce i kilku rytowniczkach. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że dziesięć z piętnastu szkiców ukazało się wcześniej, w skróconej wersji, na łamach miesięcznika „Znak” w cyklu: „Malarki tylko przyszpilają cień”. Jeśli ktoś jest wielbicielem tej serii, to pierwszy powód, żeby sięgnął po jej książkową wersję.
Jaki jest kolejny? Zabrzmi to sztampowo, ale jest to pozycja inna niż wszystkie. Oczko, ze względu na swoje zainteresowania, skoncentrował się na artystkach dawnych i to na tych z kręgu zachodnioeuropejskiego (również z przyczyn, które wyjaśnia w ostatnim tekście dotyczącym polskich artystek dawnych). Część z nich w innych publikacjach o tej tematyce była wielokrotnie wspominana, jak chociażby Angelika Kauffmann czy Artemisia Gentileschi, ale autor „Sukni i sztalug” zrobił to w inny – swój – sposób. Oczywiście, nie mógł nie rozpocząć od przypomnienia samej Lindy Nochlin i jej kultowego, przywoływanego ostatnio dość często, eseju „Dlaczego nie było wielkich artystek?”, ale to tylko w ramach porządku w temacie. Bez wspomnienia Nochlin o artystkach przecież pisać trudno.
„Suknia i sztalugi” to nie piętnaście schematycznych (czytaj: nudnych) biopiców kobiet-artystek. I nie tylko dlatego, że takowe napisać byłoby trudno. Sam Oczko podkreśla we wstępie, że „chcąc snuć opowieść, trzeba mieć kanwę, a biografie większości twórczyń […] to często tylko jedna lub dwie wzmianki w archiwach, o ile w ogóle”. (s. 17). Opowieści autora są więc wyjątkowe, bo osobiste. To częściowo jego wrażenia i przemyślenia, ale przede wszystkim opowieść o historii i sztuce tamtych czasów. Opowieść niewyzbyta konkretów o artystkach, zbudowana z tych krótkich wzmianek wyszperanych w archiwach, ich dzieł, ale też z autoportretów. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak wiele można wyczytać z jednego obrazu. Dogłębna analiza autoportretu Cathariny van Hemessen, która jako pierwsza – nie artystka, ale osoba – przedstawiła siebie podczas pracy przy sztalugach, mówi nam wiele o jej metodach pracy, ale też o statusie społecznym i postawie artystycznej.
Do najciekawszych dla mnie opowieści należy ta o Sofonisbie Anguissoli, której „Troje dzieci z psem” zostały omyłkowo uznane za obraz pędzla Leonarda da Vinci i która została doceniona przez Michała Anioła, korespondowała z nim i wysyłała mu swoje rysunki. Jednym z nich jest „Chłopiec ugryziony przez kraba”, który mógł być nawet inspiracją dla powstania znanego dzieła Caravaggia „Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę”. Sofonisba jest również autorką jednej z pierwszych scen rodzajowych w dziejach sztuki, a mianowicie „Gry w szachy”. Co ciekawe, obraz możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a równie ciekawa jest sama historia motywu gry w szachy w malarstwie, której również przygląda się Oczko. Inny przypisywany malarce obraz należy do Muzeum Narodowego w Warszawie, a jeden z jej autoportretów znajduje się w Zamku w Łańcucie.
Natomiast jedną z moich ulubionych, choć o wybór trudno, wspomnianych tu malarek jest Judith Leyster – holenderska artystka, o której nie wiadomo zbyt wiele. Jest wyjątkowa, bo nie miała rodzinnych konotacji artystycznych, a udało jej się nie tylko dołączyć do cechu malarzy, ale nawet prowadzić własną pracownię, zatrudniać czeladników i przy okazji wnieść skargę na samego Fransa Halsa, który miał podkraść jej ucznia. Znamy czterdzieści jej obrazów, w tym połowę o pewnej atrybucji, a moimi ulubionymi są: „Ostatnia kropla”, „Chłopiec grający na flecie” i „Autoportret” z 1630 roku.
Szczególnie bliska jest mi również Maria Sibylla Merian – akwarelistka, rysowniczka i entomolożka. Była ona pionierką w dziedzinie entomologii, udało jej się między innymi obalić teorię samorództwa gąsienic i udokumentować czteroetapowy cykl rozwojowy owadów. W wieku 52 lat wraz z córką odbyła, jako pierwsza kobieta i do tego na sto lat przed Alexandrem von Humboldtem, wyprawę do Surinamu, by prowadzić badania nad tropikalnymi roślinami i owadami. Malowane przez nią z natury kwiaty i owady to prawdziwe arcydzieła. Mam wrażenie, że to jedna z tych postaci, której udało się zaistnieć poza kręgiem historyków sztuki i zainteresowanych tematem kobiet w sztuce, a nawet przejść do mainstreamu. Jej prace są bardzo często reprodukowane, dostępne w formie albumów, a nawet jedną z nich miałam okazję widzieć na koszulce z popularnej sieciówki.
Po przeczytaniu „Sukni i sztalug” największym dla mnie odkryciem jest postać i twórczość Gesiny ter Borch – artystki nieprofesjonalnej, autorki tylko dwóch obrazów olejnych, ale trzech wspaniałych szkicowników z akwarelami i kilkudziesięciu rysunków, które Oczko opisuje jako: „szczere, czułe, wolne, spontaniczne, nieskrępowane estetycznymi konwencjami epoki i warsztatu”. (s. 210) W książce znajdziemy kilkanaście jakościowych reprodukcji jej prac, które zachwycają wnikliwością obserwacji życia codziennego, precyzją w oddawaniu szczegółów, pełnią swobody i naturalnością.
Wyjątkowym dopełnieniem całości jest ostatni rozdział poświęcony polskim artystkom dawnym. Trzeba oczywiście przyznać, że są to w dużej mierze artystki nieprofesjonalne, zapewne dlatego żadnej z nich nie poświęca się czasu na zajęciach z historii sztuki (czy aby na pewno dlatego?). Ja bym jednak proponowała oddać należne miejsce w dziejach sztuki polskiej Agnieszce Piotrkowczyk, która była żoną królewskiego malarza Tomasza Dolabelli, a jej działalność bardzo mocno związana z pracownią męża, a także Annie Rajeckiej, której udało się status profesjonalistki osiągnąć. Rajecka uczyła się malarstwa u Ludwika Marteau i Marcello Bacciarellego, była stypendystką króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a także mieszkała i tworzyła w Paryżu, gdzie miała współpracować z atelier Jacques Louisa Davida i wystawiać na Salonie. Jej historia jest niezwykła, a życie bujne. Wokół niego krążyło wiele anegdot, wiązanych z obiadami czwartkowi i wulgarnymi docinkami słanymi w stronę Ignacego Krasickiego – polecam przeczytać ten szkic.
Na koniec chyba nie muszę dodatkowo podkreślać, że po książkę Piotra Oczko warto sięgnąć. Poza piętnastoma interesującymi szkicami o artystkach jest ona bogata w liczne, bardzo dobrej jakości reprodukcje. Każda z opowieści jest zamkniętą całością, więc książkę można sobie dawkować lub czytać wybiórczo. Ja już wiem, że do niektórych szkiców na pewno będę często wracać.
„Suknia i sztalugi” to kolejna pozycja o artystkach, świetnie wpisująca się w najnowszy trend pisania o kobietach w sztuce. Nazywam to „trendem”, ponieważ w ostatnich latach pisanie o malarkach, rzeźbiarkach i architektkach stało się jednocześnie obowiązkowe i popularne – ale w pozytywnym tych słów znaczeniu. Jednak nie można nie zadać pytania, czy książka Piotra Oczko jest potrzebna? I czy nie powstała tylko po to, aby właśnie ten trend reprezentować?
Publikacja od Znaku to zbiór kilku opowieści o, jak sam podtytuł mówi, dawnych malarkach. Jest ich trzynaście, ale autor podaje, że jeszcze kilkadziesiąt innych malarek wspomina, a także pisze o sześciu rzeźbiarkach, architektce i kilku rytowniczkach. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że dziesięć z piętnastu szkiców ukazało się wcześniej, w skróconej wersji, na łamach miesięcznika „Znak” w cyklu: „Malarki tylko przyszpilają cień”. Jeśli ktoś jest wielbicielem tej serii, to pierwszy powód, żeby sięgnął po jej książkową wersję.
Jaki jest kolejny? Zabrzmi to sztampowo, ale jest to pozycja inna niż wszystkie. Oczko, ze względu na swoje zainteresowania, skoncentrował się na artystkach dawnych i to na tych z kręgu zachodnioeuropejskiego (również z przyczyn, które wyjaśnia w ostatnim tekście dotyczącym polskich artystek dawnych). Część z nich w innych publikacjach o tej tematyce była wielokrotnie wspominana, jak chociażby Angelika Kauffmann czy Artemisia Gentileschi, ale autor „Sukni i sztalug” zrobił to w inny – swój – sposób. Oczywiście, nie mógł nie rozpocząć od przypomnienia samej Lindy Nochlin i jej kultowego, przywoływanego ostatnio dość często, eseju „Dlaczego nie było wielkich artystek?”, ale to tylko w ramach porządku w temacie. Bez wspomnienia Nochlin o artystkach przecież pisać trudno.
„Suknia i sztalugi” to nie piętnaście schematycznych (czytaj: nudnych) biopiców kobiet-artystek. I nie tylko dlatego, że takowe napisać byłoby trudno. Sam Oczko podkreśla we wstępie, że „chcąc snuć opowieść, trzeba mieć kanwę, a biografie większości twórczyń […] to często tylko jedna lub dwie wzmianki w archiwach, o ile w ogóle”. (s. 17). Opowieści autora są więc wyjątkowe, bo osobiste. To częściowo jego wrażenia i przemyślenia, ale przede wszystkim opowieść o historii i sztuce tamtych czasów. Opowieść niewyzbyta konkretów o artystkach, zbudowana z tych krótkich wzmianek wyszperanych w archiwach, ich dzieł, ale też z autoportretów. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak wiele można wyczytać z jednego obrazu. Dogłębna analiza autoportretu Cathariny van Hemessen, która jako pierwsza – nie artystka, ale osoba – przedstawiła siebie podczas pracy przy sztalugach, mówi nam wiele o jej metodach pracy, ale też o statusie społecznym i postawie artystycznej.
Do najciekawszych dla mnie opowieści należy ta o Sofonisbie Anguissoli, której „Troje dzieci z psem” zostały omyłkowo uznane za obraz pędzla Leonarda da Vinci i która została doceniona przez Michała Anioła, korespondowała z nim i wysyłała mu swoje rysunki. Jednym z nich jest „Chłopiec ugryziony przez kraba”, który mógł być nawet inspiracją dla powstania znanego dzieła Caravaggia „Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę”. Sofonisba jest również autorką jednej z pierwszych scen rodzajowych w dziejach sztuki, a mianowicie „Gry w szachy”. Co ciekawe, obraz możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a równie ciekawa jest sama historia motywu gry w szachy w malarstwie, której również przygląda się Oczko. Inny przypisywany malarce obraz należy do Muzeum Narodowego w Warszawie, a jeden z jej autoportretów znajduje się w Zamku w Łańcucie.
Natomiast jedną z moich ulubionych, choć o wybór trudno, wspomnianych tu malarek jest Judith Leyster – holenderska artystka, o której nie wiadomo zbyt wiele. Jest wyjątkowa, bo nie miała rodzinnych konotacji artystycznych, a udało jej się nie tylko dołączyć do cechu malarzy, ale nawet prowadzić własną pracownię, zatrudniać czeladników i przy okazji wnieść skargę na samego Fransa Halsa, który miał podkraść jej ucznia. Znamy czterdzieści jej obrazów, w tym połowę o pewnej atrybucji, a moimi ulubionymi są: „Ostatnia kropla”, „Chłopiec grający na flecie” i „Autoportret” z 1630 roku.
Szczególnie bliska jest mi również Maria Sibylla Merian – akwarelistka, rysowniczka i entomolożka. Była ona pionierką w dziedzinie entomologii, udało jej się między innymi obalić teorię samorództwa gąsienic i udokumentować czteroetapowy cykl rozwojowy owadów. W wieku 52 lat wraz z córką odbyła, jako pierwsza kobieta i do tego na sto lat przed Alexandrem von Humboldtem, wyprawę do Surinamu, by prowadzić badania nad tropikalnymi roślinami i owadami. Malowane przez nią z natury kwiaty i owady to prawdziwe arcydzieła. Mam wrażenie, że to jedna z tych postaci, której udało się zaistnieć poza kręgiem historyków sztuki i zainteresowanych tematem kobiet w sztuce, a nawet przejść do mainstreamu. Jej prace są bardzo często reprodukowane, dostępne w formie albumów, a nawet jedną z nich miałam okazję widzieć na koszulce z popularnej sieciówki.
Po przeczytaniu „Sukni i sztalug” największym dla mnie odkryciem jest postać i twórczość Gesiny ter Borch – artystki nieprofesjonalnej, autorki tylko dwóch obrazów olejnych, ale trzech wspaniałych szkicowników z akwarelami i kilkudziesięciu rysunków, które Oczko opisuje jako: „szczere, czułe, wolne, spontaniczne, nieskrępowane estetycznymi konwencjami epoki i warsztatu”. (s. 210) W książce znajdziemy kilkanaście jakościowych reprodukcji jej prac, które zachwycają wnikliwością obserwacji życia codziennego, precyzją w oddawaniu szczegółów, pełnią swobody i naturalnością.
Wyjątkowym dopełnieniem całości jest ostatni rozdział poświęcony polskim artystkom dawnym. Trzeba oczywiście przyznać, że są to w dużej mierze artystki nieprofesjonalne, zapewne dlatego żadnej z nich nie poświęca się czasu na zajęciach z historii sztuki (czy aby na pewno dlatego?). Ja bym jednak proponowała oddać należne miejsce w dziejach sztuki polskiej Agnieszce Piotrkowczyk, która była żoną królewskiego malarza Tomasza Dolabelli, a jej działalność bardzo mocno związana z pracownią męża, a także Annie Rajeckiej, której udało się status profesjonalistki osiągnąć. Rajecka uczyła się malarstwa u Ludwika Marteau i Marcello Bacciarellego, była stypendystką króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a także mieszkała i tworzyła w Paryżu, gdzie miała współpracować z atelier Jacques Louisa Davida i wystawiać na Salonie. Jej historia jest niezwykła, a życie bujne. Wokół niego krążyło wiele anegdot, wiązanych z obiadami czwartkowi i wulgarnymi docinkami słanymi w stronę Ignacego Krasickiego – polecam przeczytać ten szkic.
Na koniec chyba nie muszę dodatkowo podkreślać, że po książkę Piotra Oczko warto sięgnąć. Poza piętnastoma interesującymi szkicami o artystkach jest ona bogata w liczne, bardzo dobrej jakości reprodukcje. Każda z opowieści jest zamkniętą całością, więc książkę można sobie dawkować lub czytać wybiórczo. Ja już wiem, że do niektórych szkiców na pewno będę często wracać.
Piotr Oczko: „Suknia i sztalugi. Historie dawnych malarek”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

