BEZ WYJŚCIA (WSPÓLNY POKÓJ)
A
A
A
Realizacji trzeciego pełnometrażowego filmu Wojciecha Jerzego Hasa towarzyszyła niezwykle wysoko zawieszona poprzeczka. Po „Pętli”, określanej często jako najlepszy debiut w historii polskiego kina, oraz co najmniej dorównujących jej „Pożegnaniach”, wyreżyserowanie filmu, który utrzyma poziom wcześniejszych produkcji, musiało jawić się jako arcytrudne zadanie. Has zdecydował się więc na wypróbowany zabieg, czyli adaptację rodzimego dzieła literackiego. Inaczej niż w przypadku „Pętli” i „Pożegnań”, sięgnął jednak po powieść pisarza już nieżyjącego, „Wspólny pokój” Zbigniewa Uniłowskiego.
Decyzja, aby oprzeć się na materiale literackim z dwudziestolecia międzywojennego, jest dość zastanawiająca w przypadku reżysera, który zarówno wcześniej, jak i później („Jak być kochaną”, „Szyfry”) intensywnie eksplorował temat traumy wojennej i jej wpływu na relacje międzyludzkie. Być może przerwa od tej tematyki była konieczna, aby powrócić do niej z nowym spojrzeniem w kolejnych filmach. W takiej optyce „Wspólny pokój” pełniłby jedynie rolę interludium, jakie zazwyczaj pojawia się w dorobku wybitnych reżyserów w drodze od jednego do drugiego arcydzieła. Wydaje się jednak, że sprowadzenie trzeciego obrazu Hasa do tak podrzędnej roli byłoby nazbyt krzywdzące. Pojawia się w nim charakterystyczna dla reżysera grupa motywów (okno, lustro), która nadaje filmowi autorską sygnaturę i świadczy o jego inherentnym symbolizmie wykraczającym poza mało atrakcyjną dosłowność.
Na najbardziej powierzchownym poziomie „Wspólny pokój” to opowieść o murgerowskim życiu bohemy. Do międzywojennej Warszawy przybywa młody i ambitny, lecz słabego zdrowia literat Lucjan Salis (Mieczysław Gajda). Z braku lepszych perspektyw znajduje miejsce w pokoju współdzielonym z kilkoma innymi lokatorami. Początkowo, mimo świadomości niekorzystnego położenia, tchnie jeszcze idealizmem i twórczym pragnieniem, jednak wraz z upływem czasu i z wejściem w środowisko literackie skupione na przesiadywaniu w kawiarniach pogrąża się w marazmie.
Zarówno dla literackiego pierwowzoru, jak i dla filmu Hasa charakterystyczne jest to, że bohemie brak tam pierwiastka życia, nęcącego uroku. Środowisko artystyczne zostaje całkowicie odidealizowane, przedstawione w niekorzystnym świetle jako grupa odstręczających indywiduów. Dla tworzącego w międzywojniu Uniłowskiego takie spojrzenie było powiązane z ideą powieści z kluczem, czy wręcz pamfletu na środowisko czasopisma „Kwadryga”. W przypadku Hasa tego rodzaju zamierzenie byłoby jednak bezcelowe, jako że krytykowana przez Uniłowskiego grupa literacka miała dość krótki żywot.
W ostateczności można uznać, że przyjęta koncepcja posłużyła Hasowi do przedstawienia w krzywym zwierciadle współczesnych mu twórców, i to nie tylko literackich, lecz także filmowych. W końcu reżyser „Sanatorium pod Klepsydrą” był zawsze artystą osobnym i nawet kiedy wpisywał się w nurt polskiej szkoły filmowej, zachowywał wobec niego częściowy dystans. Istnieją więc powody, by uważać, że we „Wspólnym pokoju” Has stworzył karykaturę środowiska artystycznego jako takiego, a poprzez postać Lucjana Salisa próbował opowiedzieć o niemożliwości znalezienia własnego głosu w większej grupie. Tytułowy wspólny pokój byłby w tym kontekście metaforą tłamszącego światka twórców, przestrzenią zbyt ciasną i zatłoczoną, aby była w stanie objawić się w niej prawdziwa indywidualność.
Takie odczytanie „Wspólnego pokoju” sprowadza jednak film do wypowiedzi autotematycznej, co wydaje się niezgodne z duchem twórczości Hasa, którego zawsze bardziej interesowała tematyka losu jednostki niż idea sztuki o sztuce. Żeby dostrzec w trzecim filmie reżysera coś więcej, warto podążyć za metaforą wspólnego pokoju, jednak sytuując ją na innym planie – nie pamfletowym, lecz egzystencjalnym. Pretekstem do takiego odczytania byłby charakter wcześniejszej „Pętli”, która ujawniła powinowactwo reżysera z modną w latach 50. myślą Sartre’a czy Camusa. Tytuł debiutu Hasa to w końcu nic innego jak symbol egzystencjalnego bezwładu związanego z repetytywną aż do mdłości naturą czasu („Dzień jak co dzień, ponury dzień jak co dzień, tylko wódka zapomnienie da” – tak komentują zastygłą rzeczywistość słowa piosenki śpiewanej przez harmonistę w knajpie). O ile tematem „Pętli” byłby więc temporalny impas pokrewny analizowanemu przez „Mit Syzyfa” znużeniu, o tyle „Wspólny pokój” koncentrowałby się na drugiej z podstawowych form postrzegania – przestrzeni. W tym kontekście warto zestawić go z zaledwie kilka lat starszym filmem Jacqueline Audry. Mowa o „Przy drzwiach zamkniętych”, adaptacji słynnej jednoaktówki Sartre’a, która również oparta jest na pomyśle zamknięcia kilku osób w niewielkim pomieszczeniu.
Film Audry przedstawia egzystencjalistyczną wizję piekła, zgodnie z którą stan potępienia równa się osądzającemu spojrzeniu Innego. Trójka bohaterów „Przy drzwiach zamkniętych” trafia do hotelowego pokoju, który zdradza pokrewieństwo z Hasowskimi przestrzeniami, także dlatego, że ważnymi rekwizytami są w nim okno i lustro – obiekty symbolicznie akcentujące poczucie wyobcowania. Każda z postaci zdaje sobie sprawę, gdzie się znajduje, i spodziewa się prędkich tortur, jednak te nie nadchodzą. Zamiast tego źródłem cierpienia staje się samo towarzystwo innych i obserwowanie przez okno opuszczonego świata, w którym intencje pozostawionych przyjaciół są dalekie od przychylnych nieboszczykom. Podobny charakter relacji międzyludzkich, przesiąkniętych cynizmem, wyrachowaniem i brakiem zaufania, można zaobserwować we „Wspólnym pokoju”, zwłaszcza w pełnych obojętności reakcjach na śmierć studenta prawa (Zdzisław Maklakiewicz) i samego Lucjana Salisa. Zgromadzenie bohaterów w zbyt małym jak na ich potrzeby wnętrzu nie prowadzi do zawiązania utopijnej komuny, tylko do moralnego i twórczego obumarcia.
Umieszczając bohaterów swojej adaptacji we wspólnym pokoju, Has sam dał się jednak zamknąć, nie tylko w dusznej formie bliższej teatrowi niż kinu, lecz także w przyciężkim fatalizmie. Lucjan Salis to przykład bohatera niezdolnego, aby się przedefiniować i w efekcie uniknąć, jeśli nie dosłownej, to przynajmniej metaforycznej śmierci (podobny jest w tym do Kuby Kowalskiego z „Pętli”, jednak jego odtwórca porusza swoją grą mniej emocjonalnych strun niż Gustaw Holoubek w dwa lata wcześniejszym filmie). Natomiast najciekawsze postaci Hasa, choć wydają się skazane na ten sam los, odbijają się od dna i znajdują sposób, by funkcjonować na nowych zasadach. To Paweł z „Pożegnań”, który jako jedyny ze swojej rodziny nie trwa uparcie przy odchodzącej w zapomnienie strukturze społecznej, i Felicja z „Jak być kochaną”, której udaje się przekształcić niespełnioną miłość w aktorski sukces.
„Wspólny pokój” nie dorównuje poprzedzającym go ani następującym po nim dziełom, jednak nie jest też kompletnie nieznaczącym elementem w dorobku reżysera, zwłaszcza że później Has wielokrotnie wracał do idei zamkniętej przestrzeni (np. w rozgrywającym się w celi „Pismaku”) i przetwarzał ją na różne sposoby. Adaptacja powieści Uniłowskiego jest filmem, w którym autor „Rozstania” wyraził ten pomysł w najbardziej radykalny sposób, wyciągając z niego ostateczne konsekwencje i najprawdopodobniej zauważając wszelkie ograniczenia tego rodzaju formuły.
Decyzja, aby oprzeć się na materiale literackim z dwudziestolecia międzywojennego, jest dość zastanawiająca w przypadku reżysera, który zarówno wcześniej, jak i później („Jak być kochaną”, „Szyfry”) intensywnie eksplorował temat traumy wojennej i jej wpływu na relacje międzyludzkie. Być może przerwa od tej tematyki była konieczna, aby powrócić do niej z nowym spojrzeniem w kolejnych filmach. W takiej optyce „Wspólny pokój” pełniłby jedynie rolę interludium, jakie zazwyczaj pojawia się w dorobku wybitnych reżyserów w drodze od jednego do drugiego arcydzieła. Wydaje się jednak, że sprowadzenie trzeciego obrazu Hasa do tak podrzędnej roli byłoby nazbyt krzywdzące. Pojawia się w nim charakterystyczna dla reżysera grupa motywów (okno, lustro), która nadaje filmowi autorską sygnaturę i świadczy o jego inherentnym symbolizmie wykraczającym poza mało atrakcyjną dosłowność.
Na najbardziej powierzchownym poziomie „Wspólny pokój” to opowieść o murgerowskim życiu bohemy. Do międzywojennej Warszawy przybywa młody i ambitny, lecz słabego zdrowia literat Lucjan Salis (Mieczysław Gajda). Z braku lepszych perspektyw znajduje miejsce w pokoju współdzielonym z kilkoma innymi lokatorami. Początkowo, mimo świadomości niekorzystnego położenia, tchnie jeszcze idealizmem i twórczym pragnieniem, jednak wraz z upływem czasu i z wejściem w środowisko literackie skupione na przesiadywaniu w kawiarniach pogrąża się w marazmie.
Zarówno dla literackiego pierwowzoru, jak i dla filmu Hasa charakterystyczne jest to, że bohemie brak tam pierwiastka życia, nęcącego uroku. Środowisko artystyczne zostaje całkowicie odidealizowane, przedstawione w niekorzystnym świetle jako grupa odstręczających indywiduów. Dla tworzącego w międzywojniu Uniłowskiego takie spojrzenie było powiązane z ideą powieści z kluczem, czy wręcz pamfletu na środowisko czasopisma „Kwadryga”. W przypadku Hasa tego rodzaju zamierzenie byłoby jednak bezcelowe, jako że krytykowana przez Uniłowskiego grupa literacka miała dość krótki żywot.
W ostateczności można uznać, że przyjęta koncepcja posłużyła Hasowi do przedstawienia w krzywym zwierciadle współczesnych mu twórców, i to nie tylko literackich, lecz także filmowych. W końcu reżyser „Sanatorium pod Klepsydrą” był zawsze artystą osobnym i nawet kiedy wpisywał się w nurt polskiej szkoły filmowej, zachowywał wobec niego częściowy dystans. Istnieją więc powody, by uważać, że we „Wspólnym pokoju” Has stworzył karykaturę środowiska artystycznego jako takiego, a poprzez postać Lucjana Salisa próbował opowiedzieć o niemożliwości znalezienia własnego głosu w większej grupie. Tytułowy wspólny pokój byłby w tym kontekście metaforą tłamszącego światka twórców, przestrzenią zbyt ciasną i zatłoczoną, aby była w stanie objawić się w niej prawdziwa indywidualność.
Takie odczytanie „Wspólnego pokoju” sprowadza jednak film do wypowiedzi autotematycznej, co wydaje się niezgodne z duchem twórczości Hasa, którego zawsze bardziej interesowała tematyka losu jednostki niż idea sztuki o sztuce. Żeby dostrzec w trzecim filmie reżysera coś więcej, warto podążyć za metaforą wspólnego pokoju, jednak sytuując ją na innym planie – nie pamfletowym, lecz egzystencjalnym. Pretekstem do takiego odczytania byłby charakter wcześniejszej „Pętli”, która ujawniła powinowactwo reżysera z modną w latach 50. myślą Sartre’a czy Camusa. Tytuł debiutu Hasa to w końcu nic innego jak symbol egzystencjalnego bezwładu związanego z repetytywną aż do mdłości naturą czasu („Dzień jak co dzień, ponury dzień jak co dzień, tylko wódka zapomnienie da” – tak komentują zastygłą rzeczywistość słowa piosenki śpiewanej przez harmonistę w knajpie). O ile tematem „Pętli” byłby więc temporalny impas pokrewny analizowanemu przez „Mit Syzyfa” znużeniu, o tyle „Wspólny pokój” koncentrowałby się na drugiej z podstawowych form postrzegania – przestrzeni. W tym kontekście warto zestawić go z zaledwie kilka lat starszym filmem Jacqueline Audry. Mowa o „Przy drzwiach zamkniętych”, adaptacji słynnej jednoaktówki Sartre’a, która również oparta jest na pomyśle zamknięcia kilku osób w niewielkim pomieszczeniu.
Film Audry przedstawia egzystencjalistyczną wizję piekła, zgodnie z którą stan potępienia równa się osądzającemu spojrzeniu Innego. Trójka bohaterów „Przy drzwiach zamkniętych” trafia do hotelowego pokoju, który zdradza pokrewieństwo z Hasowskimi przestrzeniami, także dlatego, że ważnymi rekwizytami są w nim okno i lustro – obiekty symbolicznie akcentujące poczucie wyobcowania. Każda z postaci zdaje sobie sprawę, gdzie się znajduje, i spodziewa się prędkich tortur, jednak te nie nadchodzą. Zamiast tego źródłem cierpienia staje się samo towarzystwo innych i obserwowanie przez okno opuszczonego świata, w którym intencje pozostawionych przyjaciół są dalekie od przychylnych nieboszczykom. Podobny charakter relacji międzyludzkich, przesiąkniętych cynizmem, wyrachowaniem i brakiem zaufania, można zaobserwować we „Wspólnym pokoju”, zwłaszcza w pełnych obojętności reakcjach na śmierć studenta prawa (Zdzisław Maklakiewicz) i samego Lucjana Salisa. Zgromadzenie bohaterów w zbyt małym jak na ich potrzeby wnętrzu nie prowadzi do zawiązania utopijnej komuny, tylko do moralnego i twórczego obumarcia.
Umieszczając bohaterów swojej adaptacji we wspólnym pokoju, Has sam dał się jednak zamknąć, nie tylko w dusznej formie bliższej teatrowi niż kinu, lecz także w przyciężkim fatalizmie. Lucjan Salis to przykład bohatera niezdolnego, aby się przedefiniować i w efekcie uniknąć, jeśli nie dosłownej, to przynajmniej metaforycznej śmierci (podobny jest w tym do Kuby Kowalskiego z „Pętli”, jednak jego odtwórca porusza swoją grą mniej emocjonalnych strun niż Gustaw Holoubek w dwa lata wcześniejszym filmie). Natomiast najciekawsze postaci Hasa, choć wydają się skazane na ten sam los, odbijają się od dna i znajdują sposób, by funkcjonować na nowych zasadach. To Paweł z „Pożegnań”, który jako jedyny ze swojej rodziny nie trwa uparcie przy odchodzącej w zapomnienie strukturze społecznej, i Felicja z „Jak być kochaną”, której udaje się przekształcić niespełnioną miłość w aktorski sukces.
„Wspólny pokój” nie dorównuje poprzedzającym go ani następującym po nim dziełom, jednak nie jest też kompletnie nieznaczącym elementem w dorobku reżysera, zwłaszcza że później Has wielokrotnie wracał do idei zamkniętej przestrzeni (np. w rozgrywającym się w celi „Pismaku”) i przetwarzał ją na różne sposoby. Adaptacja powieści Uniłowskiego jest filmem, w którym autor „Rozstania” wyraził ten pomysł w najbardziej radykalny sposób, wyciągając z niego ostateczne konsekwencje i najprawdopodobniej zauważając wszelkie ograniczenia tego rodzaju formuły.
„Wspólny pokój”. Reżyseria: Wojciech Jerzy Has. Scenariusz: Wojciech Jerzy Has. Obsada: Mieczysław Gajda, Gustaw Holoubek, Adam Pawlikowski, Anna Łubieńska, Beata Tyszkiewicz, Zdzisław Maklakiewicz. Gatunek: film obyczajowy. Produkcja: Polska 1959, 92 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

