BILDUNGSROMAN O LEPKOŚCI DROŻDŻÓWKI (MARTA MACIEJEWSKA: 'ROŚLINY RUDERALNE')
A
A
A
„Rośliny ruderalne” to debiutancka proza Marty Maciejewskiej opublikowana przez Wydawnictwo Brak Przypisu, równie świeże, bo mające na koncie jedynie antologię tekstów poświęconych „Światowi według Kiepskich” pt. „Nikt Nikomu Nie Tłumaczy”. Już sama okładka, kojarząca się z estetyką miesięcznika „Lampa”, przenosi odbiorców do lat 90. i 00., czyli dzieciństwa pokolenia millenialsów.
Pisarka tworzy swój bildungsroman z perspektywy wrażliwej dziewczynki Marianny, choć ten autorski, oparty przede wszystkim na językowej ekwilibrystyce eksperyment, opowiadany jest również z innych punktów widzenia. Bohaterka doświadcza świata zmysłowo, mocno, jak każde dziecko, którego ciało nie jest jeszcze odporne na brutalność rzeczywistości. Przycinanie brody zamkiem błyskawicznym, niewygodne rajstopy, swędzenie skóry, odmrożenie palców – czytane na kolejnych stronach wrażenia budują uniwersalny pejzaż dzieciństwa. Oprócz świata materialnego Marianna i jej siostra Karina muszą oswoić świat metafizyczny – przeżywany w religijnych rytuałach i w zetknięciu ze śmiercią ciotki Maliny. Kolejnym wyzwaniem jest patriarchalny system, którego przemocowego działania dziewczynki dopiero się uczą.
„Rośliny ruderalne” nieustannie kojarzyły mi się z wydaną pięć lat temu powieścią „Wdech i wydech” Dominiki Horodeckiej. Obie autorki z sukcesem odtworzyły perspektywę dziecka w opowieści o dorastaniu w Polsce czasu transformacji i raczkującego dopiero kapitalizmu. Pisarki skupiły się na zmysłowości i fragmentaryczności doświadczeń swoich bohaterek, świadome, że dzieciństwo jest serią wrażeń, a nie linearną, monolityczną historią. U Horodeckiej język dziewczynki jest równie wiarygodny i pozbawiony infantylizmu, ale Maciejewska pozwala sobie na dużo śmielsze zabawy językowe. Jej metafory i porównania natychmiast przenoszą do opisywanych czasów i oblepiają czytelnika jak lukier z ogrzanych ciepłem plecaka drożdżówek. Oczywiście sama idea sensualnego bildungsroman i narracji z perspektywy dziecka nie jest niczym odkrywczym. Natomiast każde pokolenie chce opowiedzieć własne dzieciństwo po swojemu, odwołując się do ważnych tylko w tym kręgu obrazów formacyjnych. Maciejewska posługuje się więc pełnym arsenałem symboli istotnych dla millenialsów: Dumle, tazo, „Rozmowy w toku”, Provident, mirabelki, rolety czy obiad ze stołówki z czerwonymi tartymi buraczkami i wisienką w kompocie. Zestawienie rzeczy z różnych porządków pozwala podkreślić chaos rzeczywistości, w jakiej dorastaliśmy. Warto zaznaczyć, że Kościół nie jest w „Roślinach ruderalnych” pokazany w negatywnym świetle, ale właśnie jako wspólnota, która w pewien sposób organizuje galimatias rzeczywistości.
Zgodnie z internetową definicją roślina ruderalna zasiedla przede wszystkim środowiska zmienione przez człowieka, np. budynki, torowiska, drogi, parkingi czy wysypiska odpadów. To, co przez jednych może być traktowane jako industrialne pionierstwo i podziwiane – przyroda pokazuje, że jest w stanie zaadaptować się do najtrudniejszych warunków – dla innych, szczególnie właścicieli ogródków działkowych, jest zwykłym chwastem. W jednym z rozdziałów narratorka wyznaje: „chciałabym mieć temperament chwastu. Porastać rany zadeptanych i opuszczonych miejsc. Podglądać te zamieszkane i niezauważalnie je zasłaniać” (s. 87). Autorka w niezwykle sugestywny sposób opisała dziecięce poszukiwanie własnego miejsca w świecie, połączone z jednoczesnym poczuciem nieprzystawalności, bycia obcym. Marianna jest zależna od dorosłych, od zasad narzuconych przez rodziców czy szkołę. Otoczenie formuje bohaterkę najczęściej w kolonialny sposób, próbując dopasować ją do panujących norm. W poszukiwaniu wolności Marianna jest jak pozornie słaba roślina, której siłą okazuje się umiejętność dostosowania do trudnych warunków.
To, co jest największym walorem „Roślin ruderalnych”, czyli soczysta, wiarygodna mowa, było dla mnie jednocześnie największym minusem. O ile fakt, że gęstość języka utrudnia szybką lekturę, traktuję jako dużą zaletę, o tyle mam wrażenie, że autorka czasami gubiła się we własnej wyobraźni, albo po prostu zabrakło tu dobrej korekty. Błędy w narracji dziecka są naturalne i nie budzą mojego sprzeciwu, ale np. zwroty „płyty VHS” (s. 56), czy osoba, która „z zadowoleniem zakwitła czerwonymi placami” (s. 69) często mnie dezorientowały.
W bujności „Roślin ruderalnych” można się zagubić, jednak niewątpliwie jest to proza, w której wiele osób urodzonych w latach 80. i na początku lat 90. odnajdzie okruchy własnych wspomnień. Maciejewskiej nie można odmówić językowej sprawności i przede wszystkim wrażliwości. Dziecięca perspektywa w literaturze często wiąże się z nienaturalną dojrzałością lub z irytującą naiwnością. Autorce udaje uniknąć się tych mielizn i w szczery sposób pokazać świat oczami kilkuletniej Marianny. „Rośliny ruderalne” są nie tylko nostalgiczną podróżą w czasie, ale przede wszystkim opowieścią o tworzeniu się osobowości. W miejscach do tego nieprzeznaczonych i w szczególnie dziwnych czasach.
Pisarka tworzy swój bildungsroman z perspektywy wrażliwej dziewczynki Marianny, choć ten autorski, oparty przede wszystkim na językowej ekwilibrystyce eksperyment, opowiadany jest również z innych punktów widzenia. Bohaterka doświadcza świata zmysłowo, mocno, jak każde dziecko, którego ciało nie jest jeszcze odporne na brutalność rzeczywistości. Przycinanie brody zamkiem błyskawicznym, niewygodne rajstopy, swędzenie skóry, odmrożenie palców – czytane na kolejnych stronach wrażenia budują uniwersalny pejzaż dzieciństwa. Oprócz świata materialnego Marianna i jej siostra Karina muszą oswoić świat metafizyczny – przeżywany w religijnych rytuałach i w zetknięciu ze śmiercią ciotki Maliny. Kolejnym wyzwaniem jest patriarchalny system, którego przemocowego działania dziewczynki dopiero się uczą.
„Rośliny ruderalne” nieustannie kojarzyły mi się z wydaną pięć lat temu powieścią „Wdech i wydech” Dominiki Horodeckiej. Obie autorki z sukcesem odtworzyły perspektywę dziecka w opowieści o dorastaniu w Polsce czasu transformacji i raczkującego dopiero kapitalizmu. Pisarki skupiły się na zmysłowości i fragmentaryczności doświadczeń swoich bohaterek, świadome, że dzieciństwo jest serią wrażeń, a nie linearną, monolityczną historią. U Horodeckiej język dziewczynki jest równie wiarygodny i pozbawiony infantylizmu, ale Maciejewska pozwala sobie na dużo śmielsze zabawy językowe. Jej metafory i porównania natychmiast przenoszą do opisywanych czasów i oblepiają czytelnika jak lukier z ogrzanych ciepłem plecaka drożdżówek. Oczywiście sama idea sensualnego bildungsroman i narracji z perspektywy dziecka nie jest niczym odkrywczym. Natomiast każde pokolenie chce opowiedzieć własne dzieciństwo po swojemu, odwołując się do ważnych tylko w tym kręgu obrazów formacyjnych. Maciejewska posługuje się więc pełnym arsenałem symboli istotnych dla millenialsów: Dumle, tazo, „Rozmowy w toku”, Provident, mirabelki, rolety czy obiad ze stołówki z czerwonymi tartymi buraczkami i wisienką w kompocie. Zestawienie rzeczy z różnych porządków pozwala podkreślić chaos rzeczywistości, w jakiej dorastaliśmy. Warto zaznaczyć, że Kościół nie jest w „Roślinach ruderalnych” pokazany w negatywnym świetle, ale właśnie jako wspólnota, która w pewien sposób organizuje galimatias rzeczywistości.
Zgodnie z internetową definicją roślina ruderalna zasiedla przede wszystkim środowiska zmienione przez człowieka, np. budynki, torowiska, drogi, parkingi czy wysypiska odpadów. To, co przez jednych może być traktowane jako industrialne pionierstwo i podziwiane – przyroda pokazuje, że jest w stanie zaadaptować się do najtrudniejszych warunków – dla innych, szczególnie właścicieli ogródków działkowych, jest zwykłym chwastem. W jednym z rozdziałów narratorka wyznaje: „chciałabym mieć temperament chwastu. Porastać rany zadeptanych i opuszczonych miejsc. Podglądać te zamieszkane i niezauważalnie je zasłaniać” (s. 87). Autorka w niezwykle sugestywny sposób opisała dziecięce poszukiwanie własnego miejsca w świecie, połączone z jednoczesnym poczuciem nieprzystawalności, bycia obcym. Marianna jest zależna od dorosłych, od zasad narzuconych przez rodziców czy szkołę. Otoczenie formuje bohaterkę najczęściej w kolonialny sposób, próbując dopasować ją do panujących norm. W poszukiwaniu wolności Marianna jest jak pozornie słaba roślina, której siłą okazuje się umiejętność dostosowania do trudnych warunków.
To, co jest największym walorem „Roślin ruderalnych”, czyli soczysta, wiarygodna mowa, było dla mnie jednocześnie największym minusem. O ile fakt, że gęstość języka utrudnia szybką lekturę, traktuję jako dużą zaletę, o tyle mam wrażenie, że autorka czasami gubiła się we własnej wyobraźni, albo po prostu zabrakło tu dobrej korekty. Błędy w narracji dziecka są naturalne i nie budzą mojego sprzeciwu, ale np. zwroty „płyty VHS” (s. 56), czy osoba, która „z zadowoleniem zakwitła czerwonymi placami” (s. 69) często mnie dezorientowały.
W bujności „Roślin ruderalnych” można się zagubić, jednak niewątpliwie jest to proza, w której wiele osób urodzonych w latach 80. i na początku lat 90. odnajdzie okruchy własnych wspomnień. Maciejewskiej nie można odmówić językowej sprawności i przede wszystkim wrażliwości. Dziecięca perspektywa w literaturze często wiąże się z nienaturalną dojrzałością lub z irytującą naiwnością. Autorce udaje uniknąć się tych mielizn i w szczery sposób pokazać świat oczami kilkuletniej Marianny. „Rośliny ruderalne” są nie tylko nostalgiczną podróżą w czasie, ale przede wszystkim opowieścią o tworzeniu się osobowości. W miejscach do tego nieprzeznaczonych i w szczególnie dziwnych czasach.
Marta Maciejewska: „Rośliny ruderalne”. Wydawnictwo Brak Przypisu. Kraków 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

