DWIE
A
A
A
„Dwie”
- o ojczyznach, językach, przodkach i tym wszystkim, co z tego wynika
Ewy
Pisać o Ewach. Rodziły się we mnie, przekazały mi mitochondrialną Ewę.
Jesteśmy połączone komórkowo.
Trzeba drążyć korytarze w najstarszych pokładach, dokopywać się gestów.
Może krew jest zwodnicza, pamięć wybiórcza, gorsza niż fortuna.
Pisać o językach. Rodziły mnie. Wskazywałam palcem świat, a gdy go nazwano,
zlizywałam słodkie słowa z koniuszków.
Jesteśmy połączeni umysłowo.
Trzeba drążyć korytarze w najgłębszych studniach, dopływać do rzek, które je zasilają.
Może język jest zwodniczy, słowa puste, gorsze niż myślenie.
Pisać o przestrzeniach. Rodziły mnie po raz wtóry. Matka otwiera oczy na świat,
a ojczyzna je zamyka.
Jesteśmy połączone czasoprzestrzennie.
Trzeba drążyć korytarze w przyzwyczajeniach, docierać do granicy wykorzenienia.
Może ojczyzna jest zwodnicza, patriotyzm płynny, gorszy niż romans.
Luft
Język to formatowanie. Takie dobre czy takie nie?
A jak ktoś ma jak baktrian, od urodzenia? Inaczej szmakuje woda z każdego garbu.
Wybiera tę słodką jak pstrąg, innym razem mineralną, mętną jak mgła o poranku,
aluwialnie słoną.
To takie dobre czy nie?
Jakby mieć na podorędziu (podojęziu) nie tylko langue i parole, ale więcej.
Może kiedyś był wężowy, naznaczony, ale się zrósł. I jak ktoś może mieć więcej niż jeden? Język. Ojczyznę. Pamięć.
Zamieszkałam w językach jak w domu. Wypiłam szklankę wody i rozwiesiłam pranie.
Gdy się przejęzyczam, granica pomiędzy jest zalewana wodą, zanika. To stan idealny, strefa teschengen.
Bądźcie moje, byjcie moje, jak garby, dokładnie w miejscu, gdzie krzidła, skrzydła.
Najtrudniej zrozumieć, że jest częścią, która z nas wynika. Jak poezja jest tym, co wynika. Zostaje gdzieś w lufcie i tak sobie wisi. Paruje. Czeka.
Współrzędne
Rozciągnięta pomiędzy współrzędnymi.
Bliżej tam czy tu, a gdzie najbliżej, najboleśniej?
Były dwie, są dwie.
Uśmiecham się ich uśmiechem, mrugam kształtem powiek,
porozumiewam się końską żuchwą, bystrooką gwarą, szeleszczącym językiem.
Nabierają we mnie mięsa i krwi. Ale nie do końca.
Dobrze, że mam je schowane przed sobą.
Dla siebie umiemy być najgorsi.
A może to frazes.
Przodkowie, współrzędne. Każdy tak ma.
(frazes)
Ale gdyby wiersz się rozcieńczył, zapomniał o mnie,
stałby czyimś własnym,
gdyby się odplątał jak kot kurzu
i przyczaił, niepostrzeżenie,
przed czyimś pościelonym snem?
Góry
Dal. Widać wszystko, na dotknięcie wzroku, na kilometry. Wysoki piec werku, elektrownia, drogi, pola upudrowane siatką miast i wsi. Na dole, z perspektywy ludzi, trzeba krążyć, omijać, brodzić, rozwiązywać.
Na szczycie pocałunek wiatru, szybki i gorski. Usta rozwarte jak przy zimnym otworze flaszki piwa, o którym marzą hutnicy. Wyświechtana trawa, fortusznik i babka lancetowata, zawilce. Podgardle pełne kosodrzewiny. Pachy gór porośnięte borówczokami. Drzewa wyhodowane na własnej piersi, dumne, sterczące, łapiące wiatr. Mokre włosy spływające zboczem.
Tak jak dzieci i radość - potoki nie przestają rosnąć.
Odcienie zieleni i granatu, zmieszane. Nostalgia przechodząca w nadzieję. Szum przechodzący w śpiew. Brzuchy pełne beczenia łowiec, ich prostego, wełnianego szczęścia. Zmartwienia niczym kamienie, poruszone odłupują się, skrzypią i dudnią na przełęczach, gwiżdżą na stromych zejściach, turlają się bez pożegnania.
Z żyznych pachwin, czyli dolin, można patrzeć, jak są. Zwały mięsistych skał, soczystych szpeków hal. Jakby miały spaść, jakby mogły.
Każda szychta kiedyś się skończy i zug poprowadzi prostym ściegiem, ku górom.
Potok
Brzeg łagodny jak dziecięcy sen. Gładkie kamienie, obojnaki - pewne i suche, a zaraz dalej zdradzieckie i zielone. Żyje tam pokrzywa i lepiężnik ogromny jak kapelusz.
Wejście w ciało było w pospolitym, górskim potoku niewidocznym na mapie. Na Łęgu,
w miejscu podmokłym, tam, gdzie potok podaje dłoń.
Tam przyszła na świat. Umiała wyczuć wodę, jej długie palce, czyli znaleźć żyłę
wodną gałązką leszczyny. Potem, gdy nie miała już sprzymierzeńca w nogach,
to wnuczka dotykała stopą brzytwy rzeczki, ostrze wchodziło gładko i po chwili nie kłuło. Kamienie były „domkiem” w dziecięcych gonitwach, a woda nigdy się nie kończyła
i nigdy nie była ciepła.
Czułam, jak płynie we mnie, wycina korytarze, łączy, zabiera i oddaje. Plułam w wodę, rzucałam kwiaty. Tak woda uczy pożegnania. Patrząc.
Wciąż pomiędzy, chciana i niechciana, a płynie. Zawsze meandruje. Zawsze znajduje drogę.
Bajka - zwierzę
To klękała w trawie, to się podnosiła i patrzyła, może jak Alina zapatrzona
we własną bajkę.
Kluczyki pachniały pszczołami, rzeżucha łąkowa stroiła falbany.
Gynsi pympki, czyli stokrotki, patrzyły zazdrośnie, a moiczki niewzruszenie
nawigowały słońce.
Nad brzegiem zimnej jak nóż Głuchówki.
Znikąd i cicho, pojawił się. Może suka, Balladyna, może jakiś bąk złośnik.
Uciekł z kojca. Mały. Myśliwski. Przyleciał. Szczękami.
A sarna, ryjówka, czapla czy co tam w niej zobaczył, zaczęła rwać się.
Do biegu. Szczękami. Ciągnął. W dół.
Tylne kończyny stały się ciężkie, jakby rzeczywiście kopytne, lepkie i nieposłuszne.
Czy warczał? Oczy widziały korony drzew, niebo i krzyk. Krzyk jej, a obcy. Widzialny. Nabierający mięśni z każdym kolejnym “Po”. Lepszy niż w bajce, bo zapamiętany głęboko
w ciele płochego zwierzątka.
Z ratunkiem podbiegł myśliwy i ojciec, tak bywa w bajkach i tak było nad brzegiem. Spojrzenie potoka było surowe, po karnym zanurzeniu psiego ciała widziała,
jak demoniczność stopniała i skropliła się, a woda porwała ją ku Cieszynowi, w doliny.
Bajka - rany
Rany na nogach były w kształcie półksiężyców. Malinowych kapturków. Dobra babcia,
bo zawsze jest dobra babcia, wyciągnęła zielinki z piyncilitrzoków. Najpierw te w alkoholu,
musiało piec. Potem maść i smarować.
Pod jej palcami gardło stało się gardłem, bez ciała i mięśni. Stopy zapomniały ciężaru kopyt. Łydka była łydką, malina maliną. Półksiężyce zaczęły pachnieć, pęcznieć, pąsowieć i jaśnieć. Aż rozpłynęły się w cielistej mgle.
Potok zamarł w kadrze, nie umiejąc odciąć dziecięcego strachu.
Tasiemka tłuszczu na boczku. Pajęczyna drobnych zmarszczek. Siwe pasemko pamięci. Pozostał.
Ciemna pamięć - podeszwy
Jeśli geny przechowują ciemną pamięć, mam wszystkie jego dni. Dziecko nie wiedziało,
że jest podlewane opowieściami słyszanymi jak spod wody, bawiło się tuż obok.
Młodość przychodziła. Gdy był starcem o jasnym spojrzeniu i skupionymi wargami przebiegał po jargankach, jak niegdyś po górskich szlakach.
Gdy mówił już tylko jargankami (a nimi mówił najdłużej), otwierały się pytania, zamglone zdjęcie jego dwudziestotrzyletniego w mundurze feldgrau i z ogromną kulą szantażu u szyi, zamiast nieśmiertelnika. Podpływały opowieści o zamarzniętym wschodzie, czytaniu Biblii,
o tyfusie i maszyngwerze, który kazali ciągnąć podczas odwrotu tego pamiętnego lipca,
gdy umarł na piśmie i miał pogrzeb. I o zegarku, który w rękach ruskiego sanitariusza wyjednał mu łagier, a nie śmierć. O powrocie do rodzinnej wsi jako duch, bo po pogrzebie tylko tak się wraca.
By milczeć, bo może wtedy odpadną podeszwy gańby, śląskiej goryczy w kolorze feldgrau, którą rozumieli nieliczni.
Jasna pamięć - góry
Jeśli geny przechowują też jasną pamięć i jak iskra przeskakują jedno pokolenie,
mam w sobie góry, między Czantorią a Połedną, gdzie ją zobaczył. Nie musiał zgadywać, nazywała się jak w ludowej pieśniczce pasterzy helokających do siebie sponad gróni:
Helo, Helo, Helynko, jako ci sie pasie?
Podeszwy nigdy nie odpadły. Zimne od rosy, gdy kosił beskidzkie pola jeszcze po osiemdziesiątce. Zmiękczone góralską wiarą, zielinkami, ziołowymi naparami. Są.
Strachem i gorączką, szumieniem frazy. Jak jawor. Jak osika.
- o ojczyznach, językach, przodkach i tym wszystkim, co z tego wynika
Ewy
Pisać o Ewach. Rodziły się we mnie, przekazały mi mitochondrialną Ewę.
Jesteśmy połączone komórkowo.
Trzeba drążyć korytarze w najstarszych pokładach, dokopywać się gestów.
Może krew jest zwodnicza, pamięć wybiórcza, gorsza niż fortuna.
Pisać o językach. Rodziły mnie. Wskazywałam palcem świat, a gdy go nazwano,
zlizywałam słodkie słowa z koniuszków.
Jesteśmy połączeni umysłowo.
Trzeba drążyć korytarze w najgłębszych studniach, dopływać do rzek, które je zasilają.
Może język jest zwodniczy, słowa puste, gorsze niż myślenie.
Pisać o przestrzeniach. Rodziły mnie po raz wtóry. Matka otwiera oczy na świat,
a ojczyzna je zamyka.
Jesteśmy połączone czasoprzestrzennie.
Trzeba drążyć korytarze w przyzwyczajeniach, docierać do granicy wykorzenienia.
Może ojczyzna jest zwodnicza, patriotyzm płynny, gorszy niż romans.
Luft
Język to formatowanie. Takie dobre czy takie nie?
A jak ktoś ma jak baktrian, od urodzenia? Inaczej szmakuje woda z każdego garbu.
Wybiera tę słodką jak pstrąg, innym razem mineralną, mętną jak mgła o poranku,
aluwialnie słoną.
To takie dobre czy nie?
Jakby mieć na podorędziu (podojęziu) nie tylko langue i parole, ale więcej.
Może kiedyś był wężowy, naznaczony, ale się zrósł. I jak ktoś może mieć więcej niż jeden? Język. Ojczyznę. Pamięć.
Zamieszkałam w językach jak w domu. Wypiłam szklankę wody i rozwiesiłam pranie.
Gdy się przejęzyczam, granica pomiędzy jest zalewana wodą, zanika. To stan idealny, strefa teschengen.
Bądźcie moje, byjcie moje, jak garby, dokładnie w miejscu, gdzie krzidła, skrzydła.
Najtrudniej zrozumieć, że jest częścią, która z nas wynika. Jak poezja jest tym, co wynika. Zostaje gdzieś w lufcie i tak sobie wisi. Paruje. Czeka.
Współrzędne
Rozciągnięta pomiędzy współrzędnymi.
Bliżej tam czy tu, a gdzie najbliżej, najboleśniej?
Były dwie, są dwie.
Uśmiecham się ich uśmiechem, mrugam kształtem powiek,
porozumiewam się końską żuchwą, bystrooką gwarą, szeleszczącym językiem.
Nabierają we mnie mięsa i krwi. Ale nie do końca.
Dobrze, że mam je schowane przed sobą.
Dla siebie umiemy być najgorsi.
A może to frazes.
Przodkowie, współrzędne. Każdy tak ma.
(frazes)
Ale gdyby wiersz się rozcieńczył, zapomniał o mnie,
stałby czyimś własnym,
gdyby się odplątał jak kot kurzu
i przyczaił, niepostrzeżenie,
przed czyimś pościelonym snem?
Góry
Dal. Widać wszystko, na dotknięcie wzroku, na kilometry. Wysoki piec werku, elektrownia, drogi, pola upudrowane siatką miast i wsi. Na dole, z perspektywy ludzi, trzeba krążyć, omijać, brodzić, rozwiązywać.
Na szczycie pocałunek wiatru, szybki i gorski. Usta rozwarte jak przy zimnym otworze flaszki piwa, o którym marzą hutnicy. Wyświechtana trawa, fortusznik i babka lancetowata, zawilce. Podgardle pełne kosodrzewiny. Pachy gór porośnięte borówczokami. Drzewa wyhodowane na własnej piersi, dumne, sterczące, łapiące wiatr. Mokre włosy spływające zboczem.
Tak jak dzieci i radość - potoki nie przestają rosnąć.
Odcienie zieleni i granatu, zmieszane. Nostalgia przechodząca w nadzieję. Szum przechodzący w śpiew. Brzuchy pełne beczenia łowiec, ich prostego, wełnianego szczęścia. Zmartwienia niczym kamienie, poruszone odłupują się, skrzypią i dudnią na przełęczach, gwiżdżą na stromych zejściach, turlają się bez pożegnania.
Z żyznych pachwin, czyli dolin, można patrzeć, jak są. Zwały mięsistych skał, soczystych szpeków hal. Jakby miały spaść, jakby mogły.
Każda szychta kiedyś się skończy i zug poprowadzi prostym ściegiem, ku górom.
Potok
Brzeg łagodny jak dziecięcy sen. Gładkie kamienie, obojnaki - pewne i suche, a zaraz dalej zdradzieckie i zielone. Żyje tam pokrzywa i lepiężnik ogromny jak kapelusz.
Wejście w ciało było w pospolitym, górskim potoku niewidocznym na mapie. Na Łęgu,
w miejscu podmokłym, tam, gdzie potok podaje dłoń.
Tam przyszła na świat. Umiała wyczuć wodę, jej długie palce, czyli znaleźć żyłę
wodną gałązką leszczyny. Potem, gdy nie miała już sprzymierzeńca w nogach,
to wnuczka dotykała stopą brzytwy rzeczki, ostrze wchodziło gładko i po chwili nie kłuło. Kamienie były „domkiem” w dziecięcych gonitwach, a woda nigdy się nie kończyła
i nigdy nie była ciepła.
Czułam, jak płynie we mnie, wycina korytarze, łączy, zabiera i oddaje. Plułam w wodę, rzucałam kwiaty. Tak woda uczy pożegnania. Patrząc.
Wciąż pomiędzy, chciana i niechciana, a płynie. Zawsze meandruje. Zawsze znajduje drogę.
Bajka - zwierzę
To klękała w trawie, to się podnosiła i patrzyła, może jak Alina zapatrzona
we własną bajkę.
Kluczyki pachniały pszczołami, rzeżucha łąkowa stroiła falbany.
Gynsi pympki, czyli stokrotki, patrzyły zazdrośnie, a moiczki niewzruszenie
nawigowały słońce.
Nad brzegiem zimnej jak nóż Głuchówki.
Znikąd i cicho, pojawił się. Może suka, Balladyna, może jakiś bąk złośnik.
Uciekł z kojca. Mały. Myśliwski. Przyleciał. Szczękami.
A sarna, ryjówka, czapla czy co tam w niej zobaczył, zaczęła rwać się.
Do biegu. Szczękami. Ciągnął. W dół.
Tylne kończyny stały się ciężkie, jakby rzeczywiście kopytne, lepkie i nieposłuszne.
Czy warczał? Oczy widziały korony drzew, niebo i krzyk. Krzyk jej, a obcy. Widzialny. Nabierający mięśni z każdym kolejnym “Po”. Lepszy niż w bajce, bo zapamiętany głęboko
w ciele płochego zwierzątka.
Z ratunkiem podbiegł myśliwy i ojciec, tak bywa w bajkach i tak było nad brzegiem. Spojrzenie potoka było surowe, po karnym zanurzeniu psiego ciała widziała,
jak demoniczność stopniała i skropliła się, a woda porwała ją ku Cieszynowi, w doliny.
Bajka - rany
Rany na nogach były w kształcie półksiężyców. Malinowych kapturków. Dobra babcia,
bo zawsze jest dobra babcia, wyciągnęła zielinki z piyncilitrzoków. Najpierw te w alkoholu,
musiało piec. Potem maść i smarować.
Pod jej palcami gardło stało się gardłem, bez ciała i mięśni. Stopy zapomniały ciężaru kopyt. Łydka była łydką, malina maliną. Półksiężyce zaczęły pachnieć, pęcznieć, pąsowieć i jaśnieć. Aż rozpłynęły się w cielistej mgle.
Potok zamarł w kadrze, nie umiejąc odciąć dziecięcego strachu.
Tasiemka tłuszczu na boczku. Pajęczyna drobnych zmarszczek. Siwe pasemko pamięci. Pozostał.
Ciemna pamięć - podeszwy
Jeśli geny przechowują ciemną pamięć, mam wszystkie jego dni. Dziecko nie wiedziało,
że jest podlewane opowieściami słyszanymi jak spod wody, bawiło się tuż obok.
Młodość przychodziła. Gdy był starcem o jasnym spojrzeniu i skupionymi wargami przebiegał po jargankach, jak niegdyś po górskich szlakach.
Gdy mówił już tylko jargankami (a nimi mówił najdłużej), otwierały się pytania, zamglone zdjęcie jego dwudziestotrzyletniego w mundurze feldgrau i z ogromną kulą szantażu u szyi, zamiast nieśmiertelnika. Podpływały opowieści o zamarzniętym wschodzie, czytaniu Biblii,
o tyfusie i maszyngwerze, który kazali ciągnąć podczas odwrotu tego pamiętnego lipca,
gdy umarł na piśmie i miał pogrzeb. I o zegarku, który w rękach ruskiego sanitariusza wyjednał mu łagier, a nie śmierć. O powrocie do rodzinnej wsi jako duch, bo po pogrzebie tylko tak się wraca.
By milczeć, bo może wtedy odpadną podeszwy gańby, śląskiej goryczy w kolorze feldgrau, którą rozumieli nieliczni.
Jasna pamięć - góry
Jeśli geny przechowują też jasną pamięć i jak iskra przeskakują jedno pokolenie,
mam w sobie góry, między Czantorią a Połedną, gdzie ją zobaczył. Nie musiał zgadywać, nazywała się jak w ludowej pieśniczce pasterzy helokających do siebie sponad gróni:
Helo, Helo, Helynko, jako ci sie pasie?
Podeszwy nigdy nie odpadły. Zimne od rosy, gdy kosił beskidzkie pola jeszcze po osiemdziesiątce. Zmiękczone góralską wiarą, zielinkami, ziołowymi naparami. Są.
Strachem i gorączką, szumieniem frazy. Jak jawor. Jak osika.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

