ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (511) / 2025

Marta Bocek,

DWIE

A A A
Dwie”

- o ojczyznach, językach, przodkach i tym wszystkim, co z tego wynika



Ewy

Pisać o Ewach. Rodziły się we mnie, przekazały mi mitochondrialną Ewę.

Jesteśmy połączone komórkowo.

Trzeba drążyć korytarze w najstarszych pokładach, dokopywać się gestów.

Może krew jest zwodnicza, pamięć wybiórcza, gorsza niż fortuna. 



Pisać o językach. Rodziły mnie. Wskazywałam palcem świat, a gdy go nazwano, 

zlizywałam słodkie słowa z koniuszków.

Jesteśmy połączeni umysłowo.

Trzeba drążyć korytarze w najgłębszych studniach, dopływać do rzek, które je zasilają.

Może język jest zwodniczy, słowa puste, gorsze niż myślenie.



Pisać o przestrzeniach. Rodziły mnie po raz wtóry. Matka otwiera oczy na świat, 

a ojczyzna je zamyka.

Jesteśmy połączone czasoprzestrzennie.

Trzeba drążyć korytarze w przyzwyczajeniach, docierać do granicy wykorzenienia.

Może ojczyzna jest zwodnicza, patriotyzm płynny, gorszy niż romans.



Luft

Język to formatowanie. Takie dobre czy takie nie?

A jak ktoś ma jak baktrian, od urodzenia? Inaczej szmakuje woda z każdego garbu. 

Wybiera tę słodką jak pstrąg, innym razem mineralną, mętną jak mgła o poranku, 

aluwialnie słoną. 



To takie dobre czy nie?

Jakby mieć na podorędziu (podojęziu) nie tylko langue i parole, ale więcej.



Może kiedyś był wężowy, naznaczony, ale się zrósł. I jak ktoś może mieć więcej niż jeden? Język. Ojczyznę. Pamięć.



Zamieszkałam w językach jak w domu. Wypiłam szklankę wody i rozwiesiłam pranie.

Gdy się przejęzyczam, granica pomiędzy jest zalewana wodą, zanika. To stan idealny, strefa teschengen.



Bądźcie moje, byjcie moje, jak garby, dokładnie w miejscu, gdzie krzidła, skrzydła.



Najtrudniej zrozumieć, że jest częścią, która z nas wynika. Jak poezja jest tym, co wynika. Zostaje gdzieś w lufcie i tak sobie wisi. Paruje. Czeka.



Współrzędne

Rozciągnięta pomiędzy współrzędnymi.

Bliżej tam czy tu, a gdzie najbliżej, najboleśniej?



Były dwie, są dwie.

Uśmiecham się ich uśmiechem, mrugam kształtem powiek, 

porozumiewam się końską żuchwą, bystrooką gwarą, szeleszczącym językiem.

Nabierają we mnie mięsa i krwi. Ale nie do końca. 



Dobrze, że mam je schowane przed sobą.

Dla siebie umiemy być najgorsi.

A może to frazes.



Przodkowie, współrzędne. Każdy tak ma.

(frazes)

Ale gdyby wiersz się rozcieńczył, zapomniał o mnie,

stałby czyimś własnym,

gdyby się odplątał jak kot kurzu 

i przyczaił, niepostrzeżenie,

przed czyimś pościelonym snem?



Góry

Dal. Widać wszystko, na dotknięcie wzroku, na kilometry. Wysoki piec werku, elektrownia, drogi, pola upudrowane siatką miast i wsi. Na dole, z perspektywy ludzi, trzeba krążyć, omijać, brodzić, rozwiązywać.



Na szczycie pocałunek wiatru, szybki i gorski. Usta rozwarte jak przy zimnym otworze flaszki piwa, o którym marzą hutnicy. Wyświechtana trawa, fortusznik i babka lancetowata, zawilce. Podgardle pełne kosodrzewiny. Pachy gór porośnięte borówczokami. Drzewa wyhodowane na własnej piersi, dumne, sterczące, łapiące wiatr. Mokre włosy spływające zboczem. 

Tak jak dzieci i radość - potoki nie przestają rosnąć.



Odcienie zieleni i granatu, zmieszane. Nostalgia przechodząca w nadzieję. Szum przechodzący w śpiew. Brzuchy pełne beczenia łowiec, ich prostego, wełnianego szczęścia. Zmartwienia niczym kamienie, poruszone odłupują się, skrzypią i dudnią na przełęczach, gwiżdżą na stromych zejściach, turlają się bez pożegnania.



Z żyznych pachwin, czyli dolin, można patrzeć, jak są. Zwały mięsistych skał, soczystych szpeków hal. Jakby miały spaść, jakby mogły. 



Każda szychta kiedyś się skończy i zug poprowadzi prostym ściegiem, ku górom.



Potok

Brzeg łagodny jak dziecięcy sen. Gładkie kamienie, obojnaki - pewne i suche, a zaraz dalej zdradzieckie i zielone. Żyje tam pokrzywa i lepiężnik ogromny jak kapelusz.



Wejście w ciało było w pospolitym, górskim potoku niewidocznym na mapie. Na Łęgu, 

w miejscu podmokłym, tam, gdzie potok podaje dłoń.



Tam przyszła na świat. Umiała wyczuć wodę, jej długie palce, czyli znaleźć żyłę 

wodną gałązką leszczyny. Potem, gdy nie miała już sprzymierzeńca w nogach, 

to wnuczka dotykała stopą brzytwy rzeczki, ostrze wchodziło gładko i po chwili nie kłuło. Kamienie były „domkiem” w dziecięcych gonitwach, a woda nigdy się nie kończyła 

i nigdy nie była ciepła.



Czułam, jak płynie we mnie, wycina korytarze, łączy, zabiera i oddaje. Plułam w wodę, rzucałam kwiaty. Tak woda uczy pożegnania. Patrząc.



Wciąż pomiędzy, chciana i niechciana, a płynie. Zawsze meandruje. Zawsze znajduje drogę.



Bajka - zwierzę

To klękała w trawie, to się podnosiła i patrzyła, może jak Alina zapatrzona 

we własną bajkę. 



Kluczyki pachniały pszczołami, rzeżucha łąkowa stroiła falbany.

Gynsi pympki, czyli stokrotki, patrzyły zazdrośnie, a moiczki niewzruszenie 

nawigowały słońce.

Nad brzegiem zimnej jak nóż Głuchówki.



Znikąd i cicho, pojawił się. Może suka, Balladyna, może jakiś bąk złośnik. 

Uciekł z kojca. Mały. Myśliwski. Przyleciał. Szczękami.

A sarna, ryjówka, czapla czy co tam w niej zobaczył, zaczęła rwać się. 

Do biegu. Szczękami. Ciągnął. W dół. 



Tylne kończyny stały się ciężkie, jakby rzeczywiście kopytne, lepkie i nieposłuszne. 

Czy warczał? Oczy widziały korony drzew, niebo i krzyk. Krzyk jej, a obcy. Widzialny. Nabierający mięśni z każdym kolejnym “Po”. Lepszy niż w bajce, bo zapamiętany głęboko 

w ciele płochego zwierzątka.



Z ratunkiem podbiegł myśliwy i ojciec, tak bywa w bajkach i tak było nad brzegiem. Spojrzenie potoka było surowe, po karnym zanurzeniu psiego ciała widziała, 

jak demoniczność stopniała i skropliła się, a woda porwała ją ku Cieszynowi, w doliny.



Bajka - rany

Rany na nogach były w kształcie półksiężyców. Malinowych kapturków. Dobra babcia, 

bo zawsze jest dobra babcia, wyciągnęła zielinki z piyncilitrzoków. Najpierw te w alkoholu, 

musiało piec. Potem maść i smarować. 



Pod jej palcami gardło stało się gardłem, bez ciała i mięśni. Stopy zapomniały ciężaru kopyt. Łydka była łydką, malina maliną. Półksiężyce zaczęły pachnieć, pęcznieć, pąsowieć i jaśnieć. Aż rozpłynęły się w cielistej mgle. 



Potok zamarł w kadrze, nie umiejąc odciąć dziecięcego strachu. 

Tasiemka tłuszczu na boczku. Pajęczyna drobnych zmarszczek. Siwe pasemko pamięci. Pozostał. 



Ciemna pamięć - podeszwy

Jeśli geny przechowują ciemną pamięć, mam wszystkie jego dni. Dziecko nie wiedziało, 

że jest podlewane opowieściami słyszanymi jak spod wody, bawiło się tuż obok.



Młodość przychodziła. Gdy był starcem o jasnym spojrzeniu i skupionymi wargami przebiegał po jargankach, jak niegdyś po górskich szlakach.



Gdy mówił już tylko jargankami (a nimi mówił najdłużej), otwierały się pytania, zamglone zdjęcie jego dwudziestotrzyletniego w mundurze feldgrau i z ogromną kulą szantażu u szyi, zamiast nieśmiertelnika. Podpływały opowieści o zamarzniętym wschodzie, czytaniu Biblii, 

o tyfusie i maszyngwerze, który kazali ciągnąć podczas odwrotu tego pamiętnego lipca, 

gdy umarł na piśmie i miał pogrzeb. I o zegarku, który w rękach ruskiego sanitariusza wyjednał mu łagier, a nie śmierć. O powrocie do rodzinnej wsi jako duch, bo po pogrzebie tylko tak się wraca.



By milczeć, bo może wtedy odpadną podeszwy gańby, śląskiej goryczy w kolorze feldgrau, którą rozumieli nieliczni.



Jasna pamięć - góry

Jeśli geny przechowują też jasną pamięć i jak iskra przeskakują jedno pokolenie, 

mam w sobie góry, między Czantorią a Połedną, gdzie ją zobaczył. Nie musiał zgadywać, nazywała się jak w ludowej pieśniczce pasterzy helokających do siebie sponad gróni

Helo, Helo, Helynko, jako ci sie pasie?



Podeszwy nigdy nie odpadły. Zimne od rosy, gdy kosił beskidzkie pola jeszcze po osiemdziesiątce. Zmiękczone góralską wiarą, zielinkami, ziołowymi naparami. Są. 

Strachem i gorączką, szumieniem frazy. Jak jawor. Jak osika.