SERCE Z KAMIONKA (MARCIN WICHA, AGNIESZKA RAYSS: 'KAMIONEK')
A
A
A
Nie ruszając się z Zagłębia i Śląska, ostatnio połowę recenzji książkowych (tak, policzyłam: z poniższą cztery na osiem) napisałam o Warszawie. Jednak trudno, by było inaczej, skoro właśnie o Warszawie, głównie prawobrzeżnej, w ciągu pół roku wydawali teksty moi ulubieni autorzy – Paweł Sołtys („Sierpień”), Jacek Świdziński („Brzask”) i Marek Bieńczyk („Rondo Wiatraczna”). I może przełamałabym tę varsavianistyczną passę, gdyby nie fakt, że właśnie ukazała się publikacja szczególna. „Kamionek”, esej Marcina Wichy ze zdjęciami Agnieszki Rayss, to praca powiązana z wystawą „Znaleźne. Przeszłość i przyszłość Kamionka” (Muzeum Warszawskiej Pragi, 9 kwietnia–28 września 2025), ale równocześnie nie katalog, tylko precyzyjny literacko i fotograficznie, nieoczywisty przewodnik po zaskakująco nieoczywistym miejscu, a równocześnie, jak celnie ujęto to w opisie, „manifest uważności”.
Książka Wichy i Rayss niewątpliwie wzbudziłaby zainteresowanie i tak, jednak jako publikacja ukazująca się kilka miesięcy po śmierci autora, obrasta znaczeniami dodatkowymi. Jeszcze do wielu z nas, nawet tych, którzy osobiście go nie znali, nie dotarło, że jeden z najwspanialszych polskich pisarzy XX wieku odszedł. Znany już wcześniej z działalności graficznej (w tym w duecie Frycz i Wicha) i opowieści dla dzieci, przebił się literacko zbiorem „Jak przestałem kochać design” (potem były jeszcze tomy „Nic drobniej nie będzie” i „Gościnne występy"), jednak w czytelniczej świadomości zapisał się przede wszystkim „Rzeczami, których nie wyrzuciłem”. To rewelacyjna książka, wcale nie zamierzam zaprzeczać po latach samej sobie (nominowałam ją do Śląskiego Wawrzynu Literackiego, potem wychwalałam na łamach „Śląskich Studiów Polonistycznych”), ale byłoby szkoda, gdybyśmy teraz, gdy dzieło się boleśnie domknęło, mieli myśleć o Wisze jako o autorze jednej genialnej książki. Był przecież także „Kierunek zwiedzania” – bardziej od „Rzeczy…” eksperymentalny, może nieco mniej przystępny, mniej nadający się do empatyzowania czy utożsamienia, ale absolutnie wyjątkowy.
A teraz – „Kamionek”, czyli w jakimś sensie też „kierunek zwiedzania”. Zwiedzania z Wichą i Rayss tytułowej przestrzeni, zasługującej wręcz na własny manifest, który książkę otwiera – na „Manifest grochologii (i kamionkografii)”, tak mocno kondensujący podejście Wichy do miejsc, rzeczy, świata po prostu. „Z pewnością grochologia i kamionkografia mają jakieś zastosowania praktyczne, jednak nie bardzo potrafią je wskazać” (s. 9) – czytamy, by w kolejnym akapicie dostrzec kolejną frazę, która mogłaby być uniwersalnym manifestem autora zajmującego się tym, co innym wydawało się nieznaczące: „[Grochologia i kamionkografia] Kierują się przekonaniem, że wszędzie jest coś i zawsze jest kiedyś” (s. 9).
Już w tym wstępnym manifeście słychać nie tylko niezwykłą uważność Wichy, ale też jego genialne wyczucie słowa, czasem dawnego. „W świecie, gdzie uwaga stała się podstawowym płaciwem (…)” (s. 11) – buntuje się wobec takiego świata przewodnik, a ja się zastanawiam, kiedy ostatnio słyszałam słowo „płaciwo”. Takie refleksje przy tej lekturze, nieraz wprost rozwijającej temat przemijania i „blaknięcia”, będą mi towarzyszyły częściej. Słowa (i praktyki kulturowe) też blakną. Jak „metrampaż” (s. 28). Albo, każące sięgnąć pamięcią do podręczników historii, określenia użyte do opisu sytuacji Kamionka w wieku XVII: „W Kamionie nie został żaden płatnik. Nie przetrwała żadna głowa ani żaden dym” (s. 84). Stąd blisko mi już do diagnozy, że „Kamionek” to oczywiście zbiór dawnych historii i relacji z dzisiejszych miejsc, często historii i relacji bardzo ciekawych, erudycyjnych, rozwijających, ale dla mnie ta książka to przede wszystkim język.
Mogłabym cytować bez końca (chociaż to przecież zwięzła książeczka). Wicha staje się na przykład poetą lingwistycznym, przekształcając utarte formy („Nad czymś przejdziemy do nieporządku dziennego” [s. 17]) czy bawiąc się możliwościami czyhającymi w oswojonych zwrotach („Gwiaździste place znikają i gasną, zanim odnajdą swoją konstelację” [s. 20]; „stąpamy po grząskim gruncie anegdot, nieutwardzonym żadnym przypisem” [s. 47]). W kontekście muru mającego dzielić siedzibę orkiestry symfonicznej od otoczenia, co niektórzy uważają za słuszne „oddzielenie sacrum od profanum”, kpi Wicha zręcznie: „Murem za sacrum!” (s. 54). A lepszego zdania o Polsce, tak uroczo biblijno-kronikarskiego, nie czytałam dawno: „Zaraza nawiedziła kraj i kebab opustoszał” (s. 87).
Pojawia się tu zresztą więcej zabaw wysoką formą. „Pochwała Grochowskiej” brzmi miejscami jak „Hymn o miłości”, a są w „Kamionku” przecież nie tylko listy niemal apostolskie, ale i listy zwykłe, wykazy. Jak lista fabrycznych przedmiotów (alfabetycznie) w „Hymnie do Kamionka”, brzmiąca w swojej pozornej użytkowości niezwykle poetycko, zwłaszcza że nie tylko dla czytających, ale i dla piszącego za słowami nie zawsze ukrywa się znajomy desygnat, uwagę przyciąga słowo samo. „Ale naprawdę, co to jest ta »juta do muf«?” (s. 134). „Przeciągadła….. Wspaniałe słowo!.....” (s. 137). I jeszcze wyliczenie na półtorej strony odległości w wiorstach w tekście „Szosa Moskiewsko-Warszawska”, zakończone fenomenalną pointą: „A potem jeszcze szesnaście wiorst i już Moskwa. Czasem za blisko” (s. 41).
I jeszcze te porównania Wichy! Zastanawiałam się, co mnie w nich tak fascynuje, i odkryłam, że zaskoczenie wynika chyba z odwrócenia – pisarz nie tłumaczy nowego przez stare, a odwrotnie: „Trąbka, puzon, tuba i waltornie. Wszystkie są piękne jak złoty ekspres do kawy” (s. 27), „Na pomniku jest sześć płaskorzeźb umieszczonych jedna nad drugą. Razem wyglądają jak strona internetowa w mobilnej wersji” (s. 29). Nowe technologia mają w „Kamionku” też mniej poznawczą, a bardziej egzystencjalną funkcję: „Prawo pinezki powinno zostać wpisane do katalogu praw człowieka. Człowiek ma prawo wiedzieć, gdzie się znajduje” (s. 103).
Przy mniej sprawnym piórze i mniej sprecyzowanych ideach mogłoby to wszystko okazać się pretensjonalne, autor uprzedza zresztą podobne zarzuty: „Tak właśnie zaczniemy. Od archaicznych wołaczy. Od koślawych apostrof rzucanych na wszystkie strony. Od nadmiaru formy. Już słyszę zastrzeżenia. Ale co tam” (s. 61). Jednak w pisaniu Wichy językowy kunszt nie jest sam dla siebie, służy konkretnym sensom – za to dzięki niemu sensy te nie brzmią jak kazanie. Gdy więc atakuje autor nieprzemyślaną nową zabudowę, polemizuje z Ksawerym Pruszyńskim w sprawie Romana Dmowskiego (zob. s 116-123), przypomina o klasowym wyzysku, zwraca uwagę na niepohamowany rozwój, robi to na swój językowy sposób. A to napisze czule, że „[f]abryki są to malutkie socjalistyczne planety” (s. 143), a to przeniesie wątek przestrzenny w sferę metafizyki: „Zawsze jednak dawało się znaleźć trochę pustki. A teraz wyprztykaliśmy się z niczego. Brakuje miejsca na przyszłość” (s. 158), a to zbuduje oryginalny obraz opozycji natura–kultura (niektórym przypominający zapewne dawną reklamę o świstaku): „W XIX wieku, zanim jeszcze upowszechniły się samochody, asfalt miał być nieprzekraczalną barierą. Sreberkiem do zawijania kultury i cywilizacji, żeby nam się czasem nie ubłociły, nie skaziły naturą, nie zetknęły z płynami ustrojowymi ziemi. To nie mogło się udać” (s. 59), a to kropkami przedstawiającymi sytuację rozbroi dość standardowy wywód o tym, że kończy się piasek, pod czym doda jeszcze, niby mimochodem: „(Lodu też ubywa)” (s. 69). Nawet „opisy przyrody” wymagają skupienia, mogą bowiem wybrzmieć zaskakującymi „gatunkami”: „Słychać śpiew ptaków. Są to zapewne: bogatka zwyczajna, modraszka zwyczajna, zięba zwyczajna, szpak zwyczajny, wrona siwa, wróbel, piła, szlifierka, cykliniarka, odkurzacz i myjka Kärchera. Deweloper wykroił z parku zgrabną parcelę” (s. 92).
Gdy Wicha pisze: „Istnieją też, przykro mówić, ulice pręgi, ulice blizny, ulice złe wspomnienia oraz ulice nieszczęścia” (s. 19), wierzy się, że naprawdę mu przykro. Wprawdzie mam trudną relację z prozą Olgi Tokarczuk, ale chwytliwego „czułego narratora” pożyczę, bo moim zdaniem to właśnie Wicha jest prawdziwie czułym narratorem. Takim, który na dodatek robi to wszystko w ten sposób, który sam docenia u innego autora: „Gdzieś mimochodem wspomina o tym Joseph Roth, pisarz, który o ważnych rzeczach zawsze wspomina mimochodem” (s. 103). Tym bardziej, że właśnie tego „mimochodem” domaga się sam Kamionek: „Możliwe, że Kamionek po prostu nie lubi być obserwowany. Należy na niego patrzeć kątem oka, mimochodem, w przelocie. Najlepiej zwiedzać pod pretekstem jakichś innych, pilnych spraw. Świat pokazuje nam się wtedy, kiedy jesteśmy zajęci własnymi sprawami” (s. 166).
W opowiadaniu o zdjęciach Rayss mam mniej śmiałości niż w mówieniu o tekstach jednego z ulubionych pisarzy, bo nie dysponuję narzędziami do rzetelnej oceny fotografii. Potrafię jednak dostrzec, że świetnie korespondują one z tekstami – w takim sensie, że nie są ich oczywistą ilustracją, tylko pomysłową wariacją na temat tego, co w Kamionku ciekawe, a często ukryte przed wzrokiem lub w codzienności niezauważalne. Szczególnie w pamięć zapadły mi wyglądająca jak znak zapytania konstrukcja z dawnego Instytutu Weterynaryjnego (s. 46) i płaskorzeźba na pomniku Budowy Szosy Brzeskiej, z napisem „z głazu ubito” (który natychmiast zrymował mi się w głowie z „santo subito”). Sama fotografka – też mówiąc o wpisanej w książkę czułości – również podkreśla założoną w pracach nieoczywistość: „(…) moje fotografie nie są stricte ilustracjami do tekstu, chociaż oczywiście prowadzą z nimi dialog. Są tam rozmaite połączenia, często bardzo otwarte skojarzenia i zachęcamy czytelników, by ich poszukiwali, odnajdując być może też własną interpretację” (warszawa.tvp.pl). Zdecydowanie zgadzam się z wydawniczym opisem książki, w którym zaznaczono, że teksty i zdjęcia „[r]azem stworzyły wyjątkową opowieść nie tylko o Kamionku, lecz także o tym, jak można przyglądać się miastu”.
Wspaniała okazała się ta przygoda z Kamionkiem, niewarszawskość zupełnie mi nie przeszkodziła w zachwytach, co potwierdza zresztą trafność założenia z „Manifestu…”: „(...Grochologię i kamionkografię można praktykować wszędzie. Grochów ani Kamionek nie są do tego niezbędne)” (s. 11). Bo też i Wicha buduje opowieść, w której fakt, że chodzi właśnie o Kamionek, jakimś cudem równocześnie ma tu fundamentalne znaczenie (cały czas jesteśmy blisko kamionkowskich konkretów) i nie ma żadnego (tyle tu spraw poza konkret przestrzenny wykraczających). A przez to, że nie pochodzę stamtąd i Kamionek nie jest dla mnie oswojonym miejscem, sama nazwa, jak Wisze „przeciągadła”, brzmi mi jak poezja. „Kamionek” – twardy, ale delikatny, bo zdrobniony; coś trwałego, ale trwającego czule i dla wrażliwych. Literackość Wichy w pigułce, czy raczej – w kamyczku, kamionku.
Chciałoby się więcej. Nie tylko tak jak zawsze po świetnej książce żałuje się, że to już koniec. Wichy chciałoby się więcej, dłużej. Mogę sobie wyobrazić, że dostaniemy jeszcze jakieś zbiory rozproszonych tekstów, ale skoro mamy w rękach ostatni taki zwarty projekt, zaplanowaną przez autora książkę, trudniej czyta się w niej fragmenty wprost oswajające z odchodzeniem. Takie jak „instrukcja blaknięcia”: „(A oto krótka instrukcja blaknięcia na użytek szyldów i plakatów. Najpierw znika żółty. Pozbawione żółtego składnika, czerwienie różowieją. To osobliwy etap, zwłaszcza kiedy dotyczy obwieszczeń ruchu narodowego. Wystarczy kilka tygodni i flagi robią się biało-różowe. Potem, gdy słońce solidnie popracuje, druk staje się czarno-niebieski. Czerń pęka pierwsza. Jeszcze przez jakiś czas po ulicy plącze się bladoniebieska zjawa. W końcu i ona znika)” (s. 21). Albo jak fragment o niezłomnym winobluszczu, tak mocny, gdy ma się świadomość, co stało się tej akurat zimy: „Ale cokolwiek nas spotka tej zimy, cokolwiek zdarzy się z naszym ustrojem i cywilizacją, jednego możemy być pewni: winobluszcz zaroślowy nie odpuści. Na wiosnę zacznie od nowa” (s. 113).
Jak obuchem uderza też rzucone światu wyzwanie: „Kamionek potrzebuje przesady. Będziemy przesadzać. Co to znaczy »będziemy«? Ja będę. Mam zamiar wysławiać trawniki. Okazywać czułość podeptanym płytom chodnikowym. Betonowym nawierzchniom pokrytym bliznami od skuwaczy i skrobaków (zimą ktoś energicznie rozbijał lód). Będę się wypłakiwał w rękaw miasta. Będę wyznawał uczucie, pożyczając słowa od starych piosenek, których jeszcze nie nagrała żadna etnokapela, żaden ironiczny bard nie uświęcił nowym wykonaniem. Będę tak jeździł na gapę, dopóki ktoś nie wezwie kontrolera” (s. 61). „Kamionek” to piękna książka – ale tak trudno pogodzić się z tym, że kontroler faktycznie przyszedł, nawet niewzywany.
LITERATURA:
„O Kamionku z czułością. Spuścizna wyjątkowej części Warszawy piórem Wichy i obiektywem Rayss”. https://warszawa.tvp.pl/86075461/warszawa-nowa-ksiazka-o-kamionku-niedawno-zmarlego-pisarza-marcina-wichy-opatrzona-fotografiami-agnieszki-rayss.
Książka Wichy i Rayss niewątpliwie wzbudziłaby zainteresowanie i tak, jednak jako publikacja ukazująca się kilka miesięcy po śmierci autora, obrasta znaczeniami dodatkowymi. Jeszcze do wielu z nas, nawet tych, którzy osobiście go nie znali, nie dotarło, że jeden z najwspanialszych polskich pisarzy XX wieku odszedł. Znany już wcześniej z działalności graficznej (w tym w duecie Frycz i Wicha) i opowieści dla dzieci, przebił się literacko zbiorem „Jak przestałem kochać design” (potem były jeszcze tomy „Nic drobniej nie będzie” i „Gościnne występy"), jednak w czytelniczej świadomości zapisał się przede wszystkim „Rzeczami, których nie wyrzuciłem”. To rewelacyjna książka, wcale nie zamierzam zaprzeczać po latach samej sobie (nominowałam ją do Śląskiego Wawrzynu Literackiego, potem wychwalałam na łamach „Śląskich Studiów Polonistycznych”), ale byłoby szkoda, gdybyśmy teraz, gdy dzieło się boleśnie domknęło, mieli myśleć o Wisze jako o autorze jednej genialnej książki. Był przecież także „Kierunek zwiedzania” – bardziej od „Rzeczy…” eksperymentalny, może nieco mniej przystępny, mniej nadający się do empatyzowania czy utożsamienia, ale absolutnie wyjątkowy.
A teraz – „Kamionek”, czyli w jakimś sensie też „kierunek zwiedzania”. Zwiedzania z Wichą i Rayss tytułowej przestrzeni, zasługującej wręcz na własny manifest, który książkę otwiera – na „Manifest grochologii (i kamionkografii)”, tak mocno kondensujący podejście Wichy do miejsc, rzeczy, świata po prostu. „Z pewnością grochologia i kamionkografia mają jakieś zastosowania praktyczne, jednak nie bardzo potrafią je wskazać” (s. 9) – czytamy, by w kolejnym akapicie dostrzec kolejną frazę, która mogłaby być uniwersalnym manifestem autora zajmującego się tym, co innym wydawało się nieznaczące: „[Grochologia i kamionkografia] Kierują się przekonaniem, że wszędzie jest coś i zawsze jest kiedyś” (s. 9).
Już w tym wstępnym manifeście słychać nie tylko niezwykłą uważność Wichy, ale też jego genialne wyczucie słowa, czasem dawnego. „W świecie, gdzie uwaga stała się podstawowym płaciwem (…)” (s. 11) – buntuje się wobec takiego świata przewodnik, a ja się zastanawiam, kiedy ostatnio słyszałam słowo „płaciwo”. Takie refleksje przy tej lekturze, nieraz wprost rozwijającej temat przemijania i „blaknięcia”, będą mi towarzyszyły częściej. Słowa (i praktyki kulturowe) też blakną. Jak „metrampaż” (s. 28). Albo, każące sięgnąć pamięcią do podręczników historii, określenia użyte do opisu sytuacji Kamionka w wieku XVII: „W Kamionie nie został żaden płatnik. Nie przetrwała żadna głowa ani żaden dym” (s. 84). Stąd blisko mi już do diagnozy, że „Kamionek” to oczywiście zbiór dawnych historii i relacji z dzisiejszych miejsc, często historii i relacji bardzo ciekawych, erudycyjnych, rozwijających, ale dla mnie ta książka to przede wszystkim język.
Mogłabym cytować bez końca (chociaż to przecież zwięzła książeczka). Wicha staje się na przykład poetą lingwistycznym, przekształcając utarte formy („Nad czymś przejdziemy do nieporządku dziennego” [s. 17]) czy bawiąc się możliwościami czyhającymi w oswojonych zwrotach („Gwiaździste place znikają i gasną, zanim odnajdą swoją konstelację” [s. 20]; „stąpamy po grząskim gruncie anegdot, nieutwardzonym żadnym przypisem” [s. 47]). W kontekście muru mającego dzielić siedzibę orkiestry symfonicznej od otoczenia, co niektórzy uważają za słuszne „oddzielenie sacrum od profanum”, kpi Wicha zręcznie: „Murem za sacrum!” (s. 54). A lepszego zdania o Polsce, tak uroczo biblijno-kronikarskiego, nie czytałam dawno: „Zaraza nawiedziła kraj i kebab opustoszał” (s. 87).
Pojawia się tu zresztą więcej zabaw wysoką formą. „Pochwała Grochowskiej” brzmi miejscami jak „Hymn o miłości”, a są w „Kamionku” przecież nie tylko listy niemal apostolskie, ale i listy zwykłe, wykazy. Jak lista fabrycznych przedmiotów (alfabetycznie) w „Hymnie do Kamionka”, brzmiąca w swojej pozornej użytkowości niezwykle poetycko, zwłaszcza że nie tylko dla czytających, ale i dla piszącego za słowami nie zawsze ukrywa się znajomy desygnat, uwagę przyciąga słowo samo. „Ale naprawdę, co to jest ta »juta do muf«?” (s. 134). „Przeciągadła….. Wspaniałe słowo!.....” (s. 137). I jeszcze wyliczenie na półtorej strony odległości w wiorstach w tekście „Szosa Moskiewsko-Warszawska”, zakończone fenomenalną pointą: „A potem jeszcze szesnaście wiorst i już Moskwa. Czasem za blisko” (s. 41).
I jeszcze te porównania Wichy! Zastanawiałam się, co mnie w nich tak fascynuje, i odkryłam, że zaskoczenie wynika chyba z odwrócenia – pisarz nie tłumaczy nowego przez stare, a odwrotnie: „Trąbka, puzon, tuba i waltornie. Wszystkie są piękne jak złoty ekspres do kawy” (s. 27), „Na pomniku jest sześć płaskorzeźb umieszczonych jedna nad drugą. Razem wyglądają jak strona internetowa w mobilnej wersji” (s. 29). Nowe technologia mają w „Kamionku” też mniej poznawczą, a bardziej egzystencjalną funkcję: „Prawo pinezki powinno zostać wpisane do katalogu praw człowieka. Człowiek ma prawo wiedzieć, gdzie się znajduje” (s. 103).
Przy mniej sprawnym piórze i mniej sprecyzowanych ideach mogłoby to wszystko okazać się pretensjonalne, autor uprzedza zresztą podobne zarzuty: „Tak właśnie zaczniemy. Od archaicznych wołaczy. Od koślawych apostrof rzucanych na wszystkie strony. Od nadmiaru formy. Już słyszę zastrzeżenia. Ale co tam” (s. 61). Jednak w pisaniu Wichy językowy kunszt nie jest sam dla siebie, służy konkretnym sensom – za to dzięki niemu sensy te nie brzmią jak kazanie. Gdy więc atakuje autor nieprzemyślaną nową zabudowę, polemizuje z Ksawerym Pruszyńskim w sprawie Romana Dmowskiego (zob. s 116-123), przypomina o klasowym wyzysku, zwraca uwagę na niepohamowany rozwój, robi to na swój językowy sposób. A to napisze czule, że „[f]abryki są to malutkie socjalistyczne planety” (s. 143), a to przeniesie wątek przestrzenny w sferę metafizyki: „Zawsze jednak dawało się znaleźć trochę pustki. A teraz wyprztykaliśmy się z niczego. Brakuje miejsca na przyszłość” (s. 158), a to zbuduje oryginalny obraz opozycji natura–kultura (niektórym przypominający zapewne dawną reklamę o świstaku): „W XIX wieku, zanim jeszcze upowszechniły się samochody, asfalt miał być nieprzekraczalną barierą. Sreberkiem do zawijania kultury i cywilizacji, żeby nam się czasem nie ubłociły, nie skaziły naturą, nie zetknęły z płynami ustrojowymi ziemi. To nie mogło się udać” (s. 59), a to kropkami przedstawiającymi sytuację rozbroi dość standardowy wywód o tym, że kończy się piasek, pod czym doda jeszcze, niby mimochodem: „(Lodu też ubywa)” (s. 69). Nawet „opisy przyrody” wymagają skupienia, mogą bowiem wybrzmieć zaskakującymi „gatunkami”: „Słychać śpiew ptaków. Są to zapewne: bogatka zwyczajna, modraszka zwyczajna, zięba zwyczajna, szpak zwyczajny, wrona siwa, wróbel, piła, szlifierka, cykliniarka, odkurzacz i myjka Kärchera. Deweloper wykroił z parku zgrabną parcelę” (s. 92).
Gdy Wicha pisze: „Istnieją też, przykro mówić, ulice pręgi, ulice blizny, ulice złe wspomnienia oraz ulice nieszczęścia” (s. 19), wierzy się, że naprawdę mu przykro. Wprawdzie mam trudną relację z prozą Olgi Tokarczuk, ale chwytliwego „czułego narratora” pożyczę, bo moim zdaniem to właśnie Wicha jest prawdziwie czułym narratorem. Takim, który na dodatek robi to wszystko w ten sposób, który sam docenia u innego autora: „Gdzieś mimochodem wspomina o tym Joseph Roth, pisarz, który o ważnych rzeczach zawsze wspomina mimochodem” (s. 103). Tym bardziej, że właśnie tego „mimochodem” domaga się sam Kamionek: „Możliwe, że Kamionek po prostu nie lubi być obserwowany. Należy na niego patrzeć kątem oka, mimochodem, w przelocie. Najlepiej zwiedzać pod pretekstem jakichś innych, pilnych spraw. Świat pokazuje nam się wtedy, kiedy jesteśmy zajęci własnymi sprawami” (s. 166).
W opowiadaniu o zdjęciach Rayss mam mniej śmiałości niż w mówieniu o tekstach jednego z ulubionych pisarzy, bo nie dysponuję narzędziami do rzetelnej oceny fotografii. Potrafię jednak dostrzec, że świetnie korespondują one z tekstami – w takim sensie, że nie są ich oczywistą ilustracją, tylko pomysłową wariacją na temat tego, co w Kamionku ciekawe, a często ukryte przed wzrokiem lub w codzienności niezauważalne. Szczególnie w pamięć zapadły mi wyglądająca jak znak zapytania konstrukcja z dawnego Instytutu Weterynaryjnego (s. 46) i płaskorzeźba na pomniku Budowy Szosy Brzeskiej, z napisem „z głazu ubito” (który natychmiast zrymował mi się w głowie z „santo subito”). Sama fotografka – też mówiąc o wpisanej w książkę czułości – również podkreśla założoną w pracach nieoczywistość: „(…) moje fotografie nie są stricte ilustracjami do tekstu, chociaż oczywiście prowadzą z nimi dialog. Są tam rozmaite połączenia, często bardzo otwarte skojarzenia i zachęcamy czytelników, by ich poszukiwali, odnajdując być może też własną interpretację” (warszawa.tvp.pl). Zdecydowanie zgadzam się z wydawniczym opisem książki, w którym zaznaczono, że teksty i zdjęcia „[r]azem stworzyły wyjątkową opowieść nie tylko o Kamionku, lecz także o tym, jak można przyglądać się miastu”.
Wspaniała okazała się ta przygoda z Kamionkiem, niewarszawskość zupełnie mi nie przeszkodziła w zachwytach, co potwierdza zresztą trafność założenia z „Manifestu…”: „(...Grochologię i kamionkografię można praktykować wszędzie. Grochów ani Kamionek nie są do tego niezbędne)” (s. 11). Bo też i Wicha buduje opowieść, w której fakt, że chodzi właśnie o Kamionek, jakimś cudem równocześnie ma tu fundamentalne znaczenie (cały czas jesteśmy blisko kamionkowskich konkretów) i nie ma żadnego (tyle tu spraw poza konkret przestrzenny wykraczających). A przez to, że nie pochodzę stamtąd i Kamionek nie jest dla mnie oswojonym miejscem, sama nazwa, jak Wisze „przeciągadła”, brzmi mi jak poezja. „Kamionek” – twardy, ale delikatny, bo zdrobniony; coś trwałego, ale trwającego czule i dla wrażliwych. Literackość Wichy w pigułce, czy raczej – w kamyczku, kamionku.
Chciałoby się więcej. Nie tylko tak jak zawsze po świetnej książce żałuje się, że to już koniec. Wichy chciałoby się więcej, dłużej. Mogę sobie wyobrazić, że dostaniemy jeszcze jakieś zbiory rozproszonych tekstów, ale skoro mamy w rękach ostatni taki zwarty projekt, zaplanowaną przez autora książkę, trudniej czyta się w niej fragmenty wprost oswajające z odchodzeniem. Takie jak „instrukcja blaknięcia”: „(A oto krótka instrukcja blaknięcia na użytek szyldów i plakatów. Najpierw znika żółty. Pozbawione żółtego składnika, czerwienie różowieją. To osobliwy etap, zwłaszcza kiedy dotyczy obwieszczeń ruchu narodowego. Wystarczy kilka tygodni i flagi robią się biało-różowe. Potem, gdy słońce solidnie popracuje, druk staje się czarno-niebieski. Czerń pęka pierwsza. Jeszcze przez jakiś czas po ulicy plącze się bladoniebieska zjawa. W końcu i ona znika)” (s. 21). Albo jak fragment o niezłomnym winobluszczu, tak mocny, gdy ma się świadomość, co stało się tej akurat zimy: „Ale cokolwiek nas spotka tej zimy, cokolwiek zdarzy się z naszym ustrojem i cywilizacją, jednego możemy być pewni: winobluszcz zaroślowy nie odpuści. Na wiosnę zacznie od nowa” (s. 113).
Jak obuchem uderza też rzucone światu wyzwanie: „Kamionek potrzebuje przesady. Będziemy przesadzać. Co to znaczy »będziemy«? Ja będę. Mam zamiar wysławiać trawniki. Okazywać czułość podeptanym płytom chodnikowym. Betonowym nawierzchniom pokrytym bliznami od skuwaczy i skrobaków (zimą ktoś energicznie rozbijał lód). Będę się wypłakiwał w rękaw miasta. Będę wyznawał uczucie, pożyczając słowa od starych piosenek, których jeszcze nie nagrała żadna etnokapela, żaden ironiczny bard nie uświęcił nowym wykonaniem. Będę tak jeździł na gapę, dopóki ktoś nie wezwie kontrolera” (s. 61). „Kamionek” to piękna książka – ale tak trudno pogodzić się z tym, że kontroler faktycznie przyszedł, nawet niewzywany.
LITERATURA:
„O Kamionku z czułością. Spuścizna wyjątkowej części Warszawy piórem Wichy i obiektywem Rayss”. https://warszawa.tvp.pl/86075461/warszawa-nowa-ksiazka-o-kamionku-niedawno-zmarlego-pisarza-marcina-wichy-opatrzona-fotografiami-agnieszki-rayss.
Marcin Wicha [tekst], Agnieszka Rayss [zdjęcia]: „Kamionek”. Muzeum Warszawy. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

