NEONOWE ŚWIATŁA ('MOTEL DESTINO')
A
A
A
Jeżeli jest się gangsterem, na imprezy lepiej wychodzić po uporaniu się z brudną robotą niż przed, bo inaczej można sobie napytać sporo kłopotów. Przekonuje się o tym 21-letni Heraldo (Iago Xavier), który zostaje wystawiony do wiatru przez poznaną na zabawie kobietę. Z początku obiecujący one-night stand kończy się dla niego narkotykowym odurzeniem i kradzieżą pieniędzy, przez co bohater nie zdąża wykonać zlecenia. Niedotrzymanie słowa danego szefowej mafii okazuje się na tyle tragiczne w skutkach, że Heraldo musi czym prędzej uciekać. Z braku lepszego pomysłu kieruje się w to samo miejsce, w którym spędził feralną noc.
To tytułowy Motel Destino, przystań, z której okoliczni mieszkańcy brazylijskiej prowincji korzystają w jednym celu – żeby w dusznej i parnej atmosferze dać upust swojemu libido. Na tamtejszych korytarzach, które przemierzają w tę i we w tę pracownicy wymieniający poplamioną pościel, ciągle rozlegają się jęki przedłużanych plateau i orgazmiczne krzyki. Jeśli dodać do tego problemy z klimatyzacją, oczywiste jest, że w takich warunkach oddech staje się ciężki, ubranie, mimo że skąpe, i tak lepi się od zalewającego kark potu, a w momentach odpływu świadomości pojawiają się omamy zdradzające naturę najgłębszych pożądań i lęków.
Pozostający bez grosza przy duszy Heraldo znajduje schronienie w tym przybytku rozpusty wyłącznie dlatego, że wpada w oko Dayanie (Nataly Rocha), która sprawuje nad motelem pieczę razem ze swoim piekielnie zazdrosnym mężem Eliasem (Fábio Assunção). To typowy macho o fizjonomii sfatygowanego Brada Pitta, który lubi dobrze zjeść i wypić, rzucić sprośnym dowcipem i od czasu do czasu podbić jakieś oko. Nie dziwi więc, że Heraldo od razu wzbudza w nim lęk o przyprawienie rogów. I choć chłopak wykazuje się talentem złotej rączki, nieocenionym dla coraz bardziej szwankujących sprzętów, to Elias nie bez racji podejrzewa, że ten przybysz znikąd prędzej czy później znajdzie sposób nie tylko na rozpracowanie instalacji elektrycznej, lecz także dobranie się do jego małżonki.
Trójkąt między Heraldem, Dayaną i Eliasem zawiązuje się powoli, ale nieuchronnie. W motelu, w którym bohaterowie co rusz potykają się o pozostawione przez gości gadżety erotyczne, ryzykowne zbliżenie staje się tylko kwestią czasu. Zwłaszcza że pragnienia podsycane są przez wojerystyczny mechanizm, który umożliwia personelowi podglądanie perwersyjnych zabaw w wynajmowanych pokojach. Przygoda, która z każdym krokiem okazuje się coraz bardziej niebezpieczna, rozgrywa się w neonowych, czerwono-niebieskich barwach. Na tyle intensywnych, że przejmujących władzę nad całą przestrzenią. Jaskrawe światła anektują kolejno ściany, meble i dekoracje, a w końcu także ociekające potem ciała bohaterów.
Przywiązanie uwagi do kreowanej przez kolor i dźwięk atmosfery nie znajduje jednak dopełnienia w postaci równie dopracowanej narracji. Kluczowe wątki są ledwo zarysowane, a rozwój akcji niejednokrotnie ulega niejasnemu zawieszeniu. Sprawia to wrażenie, jakby zamiast zapowiadanego przez materiały reklamowe thrillera oglądało się kontemplacyjny film w rodzaju „Perfect Days” Wima Wendersa, tyle że opowiadający nie o czyszczeniu toalet, a o praniu przesiąkniętych zapachem seksu prześcieradeł. Również gra aktorska pozostawia niedosyt. Z całej obsady wyróżnia się jedynie Fábio Assunção, który odgrywa rolę Eliasa na tyle przekonująco, że często nie wiadomo, czym skończy się przypływ negatywnych emocji bohatera – rozładowaniem złości poprzez śmiech czy jeszcze większym wzburzeniem. Reszta aktorów jest niestety zbyt mało wyrazista, by dorównać temu występowi.
Nie przekonuje również podjęta w trzecim akcie próba nadania motelowej przygodzie quasi-filozoficznego wymiaru poprzez monolog Heralda. Pojawiające się znienacka głębokie kwestie brzmią jak wyjęte z zupełnie innego filmu. Zdecydowanie trafniejszym pomysłem okazuje się zestawienie motelowej przestrzeni z wdzierającymi się do niej egzotycznymi zwierzętami – a to kobrą, która wślizguje się przez niedomknięte drzwi, a to pierzastym ptakiem, który ląduje znienacka w otwartym basenie. Tego rodzaju zabiegi znacznie lepiej niż jakikolwiek tekst oddają drapieżność sytuacji, która dopada trójkę pierwszoplanowych bohaterów.
Nierówności filmu wygładza jednak konsekwencja wizualnego stylu, dopracowanego do tego stopnia, że w jednym z kadrów nawet barwa przejeżdżającego autobusu zgrywa się z kolorem słońca. To zewnętrzne i wewnętrzne odcienie Motelu Destino są najważniejszym medium, poprzez które Karim Aïnouz opowiada historię tego specyficznego, parującego z gorąca miejsca. Jeśli więc miałoby się wybrać jeden powód, dla którego warto byłoby obejrzeć tę pozycję, to należałoby to zrobić właśnie dla obezwładniających kolorów, które wiarygodnie przekładają na język filmowy stan rozpalenia wywołanego przez rozgorączkowaną atmosferę brazylijskiego pustkowia.
To tytułowy Motel Destino, przystań, z której okoliczni mieszkańcy brazylijskiej prowincji korzystają w jednym celu – żeby w dusznej i parnej atmosferze dać upust swojemu libido. Na tamtejszych korytarzach, które przemierzają w tę i we w tę pracownicy wymieniający poplamioną pościel, ciągle rozlegają się jęki przedłużanych plateau i orgazmiczne krzyki. Jeśli dodać do tego problemy z klimatyzacją, oczywiste jest, że w takich warunkach oddech staje się ciężki, ubranie, mimo że skąpe, i tak lepi się od zalewającego kark potu, a w momentach odpływu świadomości pojawiają się omamy zdradzające naturę najgłębszych pożądań i lęków.
Pozostający bez grosza przy duszy Heraldo znajduje schronienie w tym przybytku rozpusty wyłącznie dlatego, że wpada w oko Dayanie (Nataly Rocha), która sprawuje nad motelem pieczę razem ze swoim piekielnie zazdrosnym mężem Eliasem (Fábio Assunção). To typowy macho o fizjonomii sfatygowanego Brada Pitta, który lubi dobrze zjeść i wypić, rzucić sprośnym dowcipem i od czasu do czasu podbić jakieś oko. Nie dziwi więc, że Heraldo od razu wzbudza w nim lęk o przyprawienie rogów. I choć chłopak wykazuje się talentem złotej rączki, nieocenionym dla coraz bardziej szwankujących sprzętów, to Elias nie bez racji podejrzewa, że ten przybysz znikąd prędzej czy później znajdzie sposób nie tylko na rozpracowanie instalacji elektrycznej, lecz także dobranie się do jego małżonki.
Trójkąt między Heraldem, Dayaną i Eliasem zawiązuje się powoli, ale nieuchronnie. W motelu, w którym bohaterowie co rusz potykają się o pozostawione przez gości gadżety erotyczne, ryzykowne zbliżenie staje się tylko kwestią czasu. Zwłaszcza że pragnienia podsycane są przez wojerystyczny mechanizm, który umożliwia personelowi podglądanie perwersyjnych zabaw w wynajmowanych pokojach. Przygoda, która z każdym krokiem okazuje się coraz bardziej niebezpieczna, rozgrywa się w neonowych, czerwono-niebieskich barwach. Na tyle intensywnych, że przejmujących władzę nad całą przestrzenią. Jaskrawe światła anektują kolejno ściany, meble i dekoracje, a w końcu także ociekające potem ciała bohaterów.
Przywiązanie uwagi do kreowanej przez kolor i dźwięk atmosfery nie znajduje jednak dopełnienia w postaci równie dopracowanej narracji. Kluczowe wątki są ledwo zarysowane, a rozwój akcji niejednokrotnie ulega niejasnemu zawieszeniu. Sprawia to wrażenie, jakby zamiast zapowiadanego przez materiały reklamowe thrillera oglądało się kontemplacyjny film w rodzaju „Perfect Days” Wima Wendersa, tyle że opowiadający nie o czyszczeniu toalet, a o praniu przesiąkniętych zapachem seksu prześcieradeł. Również gra aktorska pozostawia niedosyt. Z całej obsady wyróżnia się jedynie Fábio Assunção, który odgrywa rolę Eliasa na tyle przekonująco, że często nie wiadomo, czym skończy się przypływ negatywnych emocji bohatera – rozładowaniem złości poprzez śmiech czy jeszcze większym wzburzeniem. Reszta aktorów jest niestety zbyt mało wyrazista, by dorównać temu występowi.
Nie przekonuje również podjęta w trzecim akcie próba nadania motelowej przygodzie quasi-filozoficznego wymiaru poprzez monolog Heralda. Pojawiające się znienacka głębokie kwestie brzmią jak wyjęte z zupełnie innego filmu. Zdecydowanie trafniejszym pomysłem okazuje się zestawienie motelowej przestrzeni z wdzierającymi się do niej egzotycznymi zwierzętami – a to kobrą, która wślizguje się przez niedomknięte drzwi, a to pierzastym ptakiem, który ląduje znienacka w otwartym basenie. Tego rodzaju zabiegi znacznie lepiej niż jakikolwiek tekst oddają drapieżność sytuacji, która dopada trójkę pierwszoplanowych bohaterów.
Nierówności filmu wygładza jednak konsekwencja wizualnego stylu, dopracowanego do tego stopnia, że w jednym z kadrów nawet barwa przejeżdżającego autobusu zgrywa się z kolorem słońca. To zewnętrzne i wewnętrzne odcienie Motelu Destino są najważniejszym medium, poprzez które Karim Aïnouz opowiada historię tego specyficznego, parującego z gorąca miejsca. Jeśli więc miałoby się wybrać jeden powód, dla którego warto byłoby obejrzeć tę pozycję, to należałoby to zrobić właśnie dla obezwładniających kolorów, które wiarygodnie przekładają na język filmowy stan rozpalenia wywołanego przez rozgorączkowaną atmosferę brazylijskiego pustkowia.
„Motel Destino”. Reżyseria: Karim Aïnouz. Scenariusz: Wislan Esmeraldo, Karim Aïnouz. Obsada: Iago Xavier, Nataly Rocha, Fábio Assunção. Gatunek: kryminał. Produkcja: Brazylia, Francja, Niemcy 2024, 112 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

