WYWAŻYMY KAŻDE DRZWI (KATARZYNA WĘŻYK: 'ZUCHWAŁE. KOBIETY, KTÓRE CHCIAŁY WIĘCEJ')
A
A
A
Chuliganki, buntowniczki, niepokorne, po prostu zuchwałe. Takie właśnie bohaterki przedstawia Katarzyna Wężyk w swojej najnowszej publikacji, która niedawno trafiła do księgarń. Autorka przybliża czytelniczkom i czytelnikom trzynaście biografii kobiet działających na różnych polach – od nauki i medycy, przez media, po walkę o prawa wyborcze. Wspólnym mianownikiem tych historii jest przekonanie, że nie istnieje dziedzina, w której nie znajdziemy kobiety przeciwstawiającej się społecznej opresji i systemowej przemocy. Przemocy, poprzez którą przez wieki próbowano udowodnić, że kobieta to istota mniej rozumna, przeznaczona wyłącznie do roli żony i matki, a sprawy istotne – te kształtujące świat – powinny zostać domeną mężczyzn. Wężyk konsekwentnie ukazuje, że każda z opisanych postaci, niezależnie od obszaru, w jakim działała, w mniejszym lub większym stopniu, postulowała wolność i niezależność kobiet. Na kartach książki znajdziemy m.in. Helenę Modrzejewską, tytankę pracy, aktorkę, która dzięki niebywałej determinacji osiągnęła międzynarodowy sukces; Mary Anning, samouczkę i prekursorkę paleontologii, która pomimo niskiego pochodzenia (Anning była córką stolarza) nie zrezygnowała z badań nad prehistorią; oraz Sojourner Truth, byłą niewolnicę, która zdołała napisać własną historię, podważając społeczny porządek. To tylko wybrane przykłady kobiet, których życiorysy Wężyk przedstawia czytelniczkom i czytelnikom.
Publikacja „Zuchwałe. Kobiety, które chciały więcej” – jak przyznaje sama autorka we wstępie – „wyrosła z (…) gniewu na to, że herstoria wciąż jest mniej ważna niż historia mężczyzn, pomijana w podręcznikach, bagatelizowana” (s. 13). Źródło swojej motywacji autorka odnajduje również w działaniach swoich bohaterek. Żadna z nich nie pozostawała bierna wobec ograniczeń narzuconych przez społeczeństwo. Wszystkie próbowały dotrzeć do sfer zarezerwowanych dotąd wyłącznie dla mężczyzn. Ich wspólną cechą była determinacja w walce o (najczęściej własną) wolność i opór wobec przemocy, której doznawały. Warto jednak podkreślić, że mimo wspólnego mianownika, jakim był sprzeciw wobec patriarchatu (rzadko kiedy uświadomiony), każda z opisywanych postaci prezentuje odmienną hi(her)storię i perspektywę. Wężyk nie tworzy laurkowych portretów, wręcz przeciwnie, ukazuje bohaterki ze wszystkimi ich złożonościami i sprzecznościami. Nie chodzi jej o jednostronne przeciwstawienie „nieskazitelnych kobiet” „podłym mężczyznom”, lecz o wielowymiarowy obraz kobiet, które mimo różnic klasowych, rasowych, majątkowych i światopoglądowych łączyła potrzeba decydowania o własnym życiu oraz „zdrowa dawka egoizmu, dzięki której zrealizowały” (s. 14) swoje potrzeby.
Nie sposób nie zauważyć, że w ostatnich latach herstoria przeżywa dynamiczny rozwój. W związku z tym nasuwa się pytanie: czy „Zuchwałe” Wężyk wnoszą do tego nurtu coś nowego? Diagnoza, że źródłem opresji kobiet jest patriarchat, wydaje się dziś oczywista. Jednak, jak udowadnia autorka, nie zawsze była ona oczywista nawet dla kobiet, które walczyły o równe prawa. Autorka nie przyjmuje postawy adwokatki opisywanych postaci, przeciwnie, prezentuje ich biografie bez upiększeń, pokazując również te aspekty, które z dzisiejszej perspektywy mogą się wydawać kontrowersyjne. Przykładem może być, przytaczana przez Wężyk, Elizabeth Blackwell, która, mimo że osobiście doświadczyła dyskryminacji ze względu na płeć i została odrzucona przez dwadzieścia dziewięć uczelni medycznych, twierdziła, że problemem „nie jest patriarchat, tylko same kobiety” (s. 191).
Wężyk zwraca uwagę na to, że niektóre bohaterki książki, walcząc o prawa dostępne dotąd wyłącznie mężczyznom, często pomijały ideę siostrzeństwa, wspierając inne kobiety wybiórczo, jedynie wtedy, gdy było to zgodne z ich własnym interesem. Blackwell nie była w swojej postawie odosobniona, podobną prezentowały m.in. Caroline Norton (rozdział 3. „Małżeństwo) czy Isabelle Bird (rozdział 8. „Kolonializm”). Choć sprzeciwiały się obowiązującemu porządkowi społecznemu, to nie zawsze dostrzegały związek między systemowymi mechanizmami opresji a ograniczeniami, które dotykały kobiety. Nie należy jednak obarczać tych postaci wyłączną odpowiedzialnością za brak szerszej perspektywy. Ich sposób myślenia często ograniczał się do własnego doświadczenia, opartego na przekonaniu: „skoro ja potrafiłam, to dlaczego inne kobiety nie?”. W rzeczywistości jednak wiele z tych kobiet miało uprzywilejowaną pozycję społeczną, dostęp do środków finansowych lub wychowywało się w liberalnym środowisku – choć nawet te okoliczności nie gwarantowały wsparcia w dążeniu do uzyskania równych praw kobiet i mężczyzn. Dobrym przykładem jest Emmeline Pankhurst (rozdział 13. „Prawa wyborcze”), wychowana w stosunkowo postępowym domu, choć nie na tyle, aby otrzymać zadowalające wykształcenie. Brak wsparcia ze strony rodziców nie powstrzymał jej jednak przed zaangażowaniem się w walkę o prawa kobiet.
Autorka „Zuchwałych” w każdym rozdziale stosuje konsekwentnie wybraną strategię narracyjną. Najpierw przedstawia tło biograficzne bohaterek – kluczowe wydarzenia z ich życia, sytuację rodzinną oraz kontekst społeczno-obyczajowy, który pozwala zrozumieć motywy ich działania. Następnie przechodzi do analizy ich postaw i kontrowersyjnych decyzji, nie stroniąc od krytyki tam, gdzie dostrzega niespójność – zwłaszcza gdy bohaterki zapominają o systemowych uwarunkowaniach, przeciwko którym przecież same występowały, a którym zarazem same podlegały. W tej „drugiej” części Katarzyna Wężyk pozwala sobie na komentarz o wyraźnie krytycznym tonie, podkreślając (a przynajmniej czytelniczki i czytelnicy mogą odnieść takie wrażenie), że nie idealizuje swoich postaci i nie zamierza przedstawiać ich w sposób bezrefleksyjny. Warto postawić (kolejne) istotne pytanie: jaką książką właściwie są „Zuchwałe”? Z pewnością nie jest to publikacja przełomowa z perspektywy badań feministycznych. Autorka nie formułuje nowych teorii ani nie proponuje innowacyjnych interpretacji. Jej celem nie jest rozwijanie myśli powstających w akademickich murach, lecz popularyzacja hi(her)storii kobiet, które przez dekady, a nawet stulecia, pozostawały na marginesie „wielkiej” historii.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wężyk opiera się głównie na oczywistych twierdzeniach takich jak to, „że [kobieta] wchodząc w związek małżeński, (…) staje się jednością z mężem, czytaj: jest ubezwłasnowolniona” (s. 365). Owszem, trudno dziś zakwestionować taką perspektywę, jednak równocześnie brakuje w książce pogłębionego zaplecza teoretycznego, które pomogłoby wyjaśnić bardziej złożone zjawiska, jak chociażby źródła niechęci niektórych bohaterek wobec innych kobiet, mimo że wszystkie funkcjonowały w ramach tego samego systemu, choć w różnym stopniu. Autorka zwraca na to uwagę m.in. w rozdziale poświęconym Sojourner Truth, wskazując, że doświadczenia białych kobiety z klasy średniej i wyższej były nieporównywalne z losem czarnych niewolnic (zob. 157). Jednak w takich fragmentach brakuje szerszego opracowania tego zagadnienia – chociażby poprzez uwzględnienie perspektywy intersekcjonalnej, która uwzględniłaby nakładające się formy opresji i ich wpływ na postawy poszczególnych kobiet.
Często również powraca stwierdzenie, że przez wieki społeczeństwo socjalizowało kobiety wyłącznie do roli żony i matki, powraca w niemal każdym rozdziale – nierzadko kilkukrotnie w obrębie jednego. Termin „patriarchat” pojawia się często i w wielu odmianach, co z czasem prowadzi do pewnej monotoniczności wywodu. Niekiedy też kontekst historyczny i opresyjne działania mężczyzn przyćmiewają indywidualne doświadczenia bohaterek, których determinacja zostaje sprowadzona do prostego przesłania: były gotowe zapłacić każdą cenę za swoją niezależność. Wiele z przedstawionych postaci łączy także powtarzający się motyw niechęci do instytucji małżeństwa. Jeśli bohaterki decydowały się na związek, to udawało im się oprzeć go na własnych warunkach, niekiedy z wyraźną dominacją nad partnerem, o ile w ogóle potrafili żyć wspólnie ze sobą i pod jednym dachem. Takie powielane schematy sprawiają, że niektóre z biografii tracą na sile wyrazu, przywodząc na myśl opowieści, w których wszystko musi zakończyć się pomyślnie.
Jednak należy podkreślić, że w tej publikacji nie chodzi o żadne nowatorskie ujęcie zaproponowanego tematu – cel autorki jest zupełnie inny. Wężyk pragnie przywrócić pamięć o kobietach, które „[n]ie dostały miejsca przy stole, więc przyniosły składane krzesełka” (s. 19). Oddaje tym samym sprawiedliwość tym, które zostały zapomniane, celowo wymazane ze zbiorowej pamięci lub pominięte na lekcjach historii. „Zuchwałe” to książka kwestionująca jednoznaczne definicje kobiecości. Obraz proponowany przez mężczyzn okazuje się zbyt ciasny i niewystarczający, aby pomieścić doświadczenie bohaterek przedstawionych przez Wężyk. Postawiona przez autorkę teza znajduje potwierdzenie we wszystkich przywołanych biografiach – to historie kobiet, które pragnęły wolności, realizowały własne ambicje i konsekwentnie odrzucały narzucane im ograniczenia „stopniowo, krok po kroku [przesuwając – E.K.] granice tego, co kobietom wolno i co wypada” (s. 16).
Odpowiadając na wcześniej postawione pytania: „Czy »Zuchwałe« Katarzyny Wężyk wnoszą do tego nurtu coś nowego?” oraz „Jaką książką właściwie są »Zuchwałe?«, należy stwierdzić, że publikacja nie jest przełomowa w sensie teoretycznym, ale pełni istotną funkcję popularyzatorską. Stanowi świadectwo tego, że kobiety uczestniczyły w tworzeniu historii w niemal każdej dziedzinie, mimo że ich działania często wymagały znacznie większego wysiłku, determinacji i odwagi niż w przypadku wielu mężczyzn. Autorka poprzez „Zuchwałe” dąży do przywrócenia kobietom należnego miejsca w historii oraz do upamiętnienia ich zasług. Wężyk wpisuje się tym samym w nurt herstorii, który konsekwentnie się rozwija, udowadniając, że to dopiero początek – historia kobiet wymaga dalszego pogłębiania i uzupełnienia o kolejne biografie, które miały realny wpływ na życie następnych pokoleń. Warto podkreślić – zgodnie z przesłaniem autorki – że nie każda zmiana wymaga rewolucji. Czasem wystarczy konsekwentne działanie w zgodzie z własnymi przekonaniami, aby wywołać trwały efekt. „Zuchwałe” Katarzyny Wężyk to książka, po którą warto sięgnąć, zarówno po to, aby dostrzec drugą stronę medalu, jak również po to, aby poznać pomijane historie kobiet.
Publikacja „Zuchwałe. Kobiety, które chciały więcej” – jak przyznaje sama autorka we wstępie – „wyrosła z (…) gniewu na to, że herstoria wciąż jest mniej ważna niż historia mężczyzn, pomijana w podręcznikach, bagatelizowana” (s. 13). Źródło swojej motywacji autorka odnajduje również w działaniach swoich bohaterek. Żadna z nich nie pozostawała bierna wobec ograniczeń narzuconych przez społeczeństwo. Wszystkie próbowały dotrzeć do sfer zarezerwowanych dotąd wyłącznie dla mężczyzn. Ich wspólną cechą była determinacja w walce o (najczęściej własną) wolność i opór wobec przemocy, której doznawały. Warto jednak podkreślić, że mimo wspólnego mianownika, jakim był sprzeciw wobec patriarchatu (rzadko kiedy uświadomiony), każda z opisywanych postaci prezentuje odmienną hi(her)storię i perspektywę. Wężyk nie tworzy laurkowych portretów, wręcz przeciwnie, ukazuje bohaterki ze wszystkimi ich złożonościami i sprzecznościami. Nie chodzi jej o jednostronne przeciwstawienie „nieskazitelnych kobiet” „podłym mężczyznom”, lecz o wielowymiarowy obraz kobiet, które mimo różnic klasowych, rasowych, majątkowych i światopoglądowych łączyła potrzeba decydowania o własnym życiu oraz „zdrowa dawka egoizmu, dzięki której zrealizowały” (s. 14) swoje potrzeby.
Nie sposób nie zauważyć, że w ostatnich latach herstoria przeżywa dynamiczny rozwój. W związku z tym nasuwa się pytanie: czy „Zuchwałe” Wężyk wnoszą do tego nurtu coś nowego? Diagnoza, że źródłem opresji kobiet jest patriarchat, wydaje się dziś oczywista. Jednak, jak udowadnia autorka, nie zawsze była ona oczywista nawet dla kobiet, które walczyły o równe prawa. Autorka nie przyjmuje postawy adwokatki opisywanych postaci, przeciwnie, prezentuje ich biografie bez upiększeń, pokazując również te aspekty, które z dzisiejszej perspektywy mogą się wydawać kontrowersyjne. Przykładem może być, przytaczana przez Wężyk, Elizabeth Blackwell, która, mimo że osobiście doświadczyła dyskryminacji ze względu na płeć i została odrzucona przez dwadzieścia dziewięć uczelni medycznych, twierdziła, że problemem „nie jest patriarchat, tylko same kobiety” (s. 191).
Wężyk zwraca uwagę na to, że niektóre bohaterki książki, walcząc o prawa dostępne dotąd wyłącznie mężczyznom, często pomijały ideę siostrzeństwa, wspierając inne kobiety wybiórczo, jedynie wtedy, gdy było to zgodne z ich własnym interesem. Blackwell nie była w swojej postawie odosobniona, podobną prezentowały m.in. Caroline Norton (rozdział 3. „Małżeństwo) czy Isabelle Bird (rozdział 8. „Kolonializm”). Choć sprzeciwiały się obowiązującemu porządkowi społecznemu, to nie zawsze dostrzegały związek między systemowymi mechanizmami opresji a ograniczeniami, które dotykały kobiety. Nie należy jednak obarczać tych postaci wyłączną odpowiedzialnością za brak szerszej perspektywy. Ich sposób myślenia często ograniczał się do własnego doświadczenia, opartego na przekonaniu: „skoro ja potrafiłam, to dlaczego inne kobiety nie?”. W rzeczywistości jednak wiele z tych kobiet miało uprzywilejowaną pozycję społeczną, dostęp do środków finansowych lub wychowywało się w liberalnym środowisku – choć nawet te okoliczności nie gwarantowały wsparcia w dążeniu do uzyskania równych praw kobiet i mężczyzn. Dobrym przykładem jest Emmeline Pankhurst (rozdział 13. „Prawa wyborcze”), wychowana w stosunkowo postępowym domu, choć nie na tyle, aby otrzymać zadowalające wykształcenie. Brak wsparcia ze strony rodziców nie powstrzymał jej jednak przed zaangażowaniem się w walkę o prawa kobiet.
Autorka „Zuchwałych” w każdym rozdziale stosuje konsekwentnie wybraną strategię narracyjną. Najpierw przedstawia tło biograficzne bohaterek – kluczowe wydarzenia z ich życia, sytuację rodzinną oraz kontekst społeczno-obyczajowy, który pozwala zrozumieć motywy ich działania. Następnie przechodzi do analizy ich postaw i kontrowersyjnych decyzji, nie stroniąc od krytyki tam, gdzie dostrzega niespójność – zwłaszcza gdy bohaterki zapominają o systemowych uwarunkowaniach, przeciwko którym przecież same występowały, a którym zarazem same podlegały. W tej „drugiej” części Katarzyna Wężyk pozwala sobie na komentarz o wyraźnie krytycznym tonie, podkreślając (a przynajmniej czytelniczki i czytelnicy mogą odnieść takie wrażenie), że nie idealizuje swoich postaci i nie zamierza przedstawiać ich w sposób bezrefleksyjny. Warto postawić (kolejne) istotne pytanie: jaką książką właściwie są „Zuchwałe”? Z pewnością nie jest to publikacja przełomowa z perspektywy badań feministycznych. Autorka nie formułuje nowych teorii ani nie proponuje innowacyjnych interpretacji. Jej celem nie jest rozwijanie myśli powstających w akademickich murach, lecz popularyzacja hi(her)storii kobiet, które przez dekady, a nawet stulecia, pozostawały na marginesie „wielkiej” historii.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wężyk opiera się głównie na oczywistych twierdzeniach takich jak to, „że [kobieta] wchodząc w związek małżeński, (…) staje się jednością z mężem, czytaj: jest ubezwłasnowolniona” (s. 365). Owszem, trudno dziś zakwestionować taką perspektywę, jednak równocześnie brakuje w książce pogłębionego zaplecza teoretycznego, które pomogłoby wyjaśnić bardziej złożone zjawiska, jak chociażby źródła niechęci niektórych bohaterek wobec innych kobiet, mimo że wszystkie funkcjonowały w ramach tego samego systemu, choć w różnym stopniu. Autorka zwraca na to uwagę m.in. w rozdziale poświęconym Sojourner Truth, wskazując, że doświadczenia białych kobiety z klasy średniej i wyższej były nieporównywalne z losem czarnych niewolnic (zob. 157). Jednak w takich fragmentach brakuje szerszego opracowania tego zagadnienia – chociażby poprzez uwzględnienie perspektywy intersekcjonalnej, która uwzględniłaby nakładające się formy opresji i ich wpływ na postawy poszczególnych kobiet.
Często również powraca stwierdzenie, że przez wieki społeczeństwo socjalizowało kobiety wyłącznie do roli żony i matki, powraca w niemal każdym rozdziale – nierzadko kilkukrotnie w obrębie jednego. Termin „patriarchat” pojawia się często i w wielu odmianach, co z czasem prowadzi do pewnej monotoniczności wywodu. Niekiedy też kontekst historyczny i opresyjne działania mężczyzn przyćmiewają indywidualne doświadczenia bohaterek, których determinacja zostaje sprowadzona do prostego przesłania: były gotowe zapłacić każdą cenę za swoją niezależność. Wiele z przedstawionych postaci łączy także powtarzający się motyw niechęci do instytucji małżeństwa. Jeśli bohaterki decydowały się na związek, to udawało im się oprzeć go na własnych warunkach, niekiedy z wyraźną dominacją nad partnerem, o ile w ogóle potrafili żyć wspólnie ze sobą i pod jednym dachem. Takie powielane schematy sprawiają, że niektóre z biografii tracą na sile wyrazu, przywodząc na myśl opowieści, w których wszystko musi zakończyć się pomyślnie.
Jednak należy podkreślić, że w tej publikacji nie chodzi o żadne nowatorskie ujęcie zaproponowanego tematu – cel autorki jest zupełnie inny. Wężyk pragnie przywrócić pamięć o kobietach, które „[n]ie dostały miejsca przy stole, więc przyniosły składane krzesełka” (s. 19). Oddaje tym samym sprawiedliwość tym, które zostały zapomniane, celowo wymazane ze zbiorowej pamięci lub pominięte na lekcjach historii. „Zuchwałe” to książka kwestionująca jednoznaczne definicje kobiecości. Obraz proponowany przez mężczyzn okazuje się zbyt ciasny i niewystarczający, aby pomieścić doświadczenie bohaterek przedstawionych przez Wężyk. Postawiona przez autorkę teza znajduje potwierdzenie we wszystkich przywołanych biografiach – to historie kobiet, które pragnęły wolności, realizowały własne ambicje i konsekwentnie odrzucały narzucane im ograniczenia „stopniowo, krok po kroku [przesuwając – E.K.] granice tego, co kobietom wolno i co wypada” (s. 16).
Odpowiadając na wcześniej postawione pytania: „Czy »Zuchwałe« Katarzyny Wężyk wnoszą do tego nurtu coś nowego?” oraz „Jaką książką właściwie są »Zuchwałe?«, należy stwierdzić, że publikacja nie jest przełomowa w sensie teoretycznym, ale pełni istotną funkcję popularyzatorską. Stanowi świadectwo tego, że kobiety uczestniczyły w tworzeniu historii w niemal każdej dziedzinie, mimo że ich działania często wymagały znacznie większego wysiłku, determinacji i odwagi niż w przypadku wielu mężczyzn. Autorka poprzez „Zuchwałe” dąży do przywrócenia kobietom należnego miejsca w historii oraz do upamiętnienia ich zasług. Wężyk wpisuje się tym samym w nurt herstorii, który konsekwentnie się rozwija, udowadniając, że to dopiero początek – historia kobiet wymaga dalszego pogłębiania i uzupełnienia o kolejne biografie, które miały realny wpływ na życie następnych pokoleń. Warto podkreślić – zgodnie z przesłaniem autorki – że nie każda zmiana wymaga rewolucji. Czasem wystarczy konsekwentne działanie w zgodzie z własnymi przekonaniami, aby wywołać trwały efekt. „Zuchwałe” Katarzyny Wężyk to książka, po którą warto sięgnąć, zarówno po to, aby dostrzec drugą stronę medalu, jak również po to, aby poznać pomijane historie kobiet.
Katarzyna Wężyk: „Zuchwałe. Kobiety, które chciały więcej”. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

