ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (514) / 2025

Magdalena Malinowska,

PRZEMOC JAKO PRAXIS (POST)KOLONIALNEGO ŚWIATA, CZYLI O WALCE, JAKĄ TOCZY(ŁA) CIERPIĄCA LUDZKOŚĆ (FRANTZ FANON: 'WYKLĘTY LUD ZIEMI')

A A A
Ostatnią zrecenzowaną przeze mnie dla „artPAPIERu” książką był „Brutalizm” kameruńskiego współczesnego filozofa Achille’a Mbembego. Zakończyłam ją stwierdzeniem, że publikacja ta pozwala czytającym zmienić swoją perspektywę na globalne problemy i pomyśleć o tej części ludzkości, której dzieje się krzywda. Kolejna recenzowana przeze mnie książka również pochyla się nad „cierpiącą ludzkością”. Wydany w 1961 roku „Wyklęty lud ziemi”, którego tytuł nawiązuje do słów „Międzynarodówki”, to drobiazgowa analiza ostatniej fazy kolonialnego świata, poszczególnych etapów walki dekolonialnej i budowania niepodległego państwa. Jej autor, Frantz Fanon, był pochodzącym z Martyniki francuskim psychiatrą, który w objętej wojną narodowowyzwoleńczą Algierii leczył skrzywdzonych przez konflikt przedstawicieli obu obozów. Wojna ta odcisnęła i na nim ogromne piętno, popychając go ku zaangażowaniu politycznemu, którego wyrazem było między innymi to „ostatnie przesłanie”, napisane tuż przed śmiercią w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. Dzieło Fanona zostało przetłumaczone na język polski przez Hannę Tygielską i wydane w 1985 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy z przedmową autorstwa Elżbiety Rekłajtis. Nowo wydana przez Karakter wersja różni się od pierwszej przedmową, tym razem autorstwa Alice Cherki z 2002 roku (w tłum. Oskara Hedemanna), komentującą życie i dzieło martynikańskiego psychiatry.

„Wyklęty lud ziemi” składa się z pięciu rozdziałów. W pierwszym z nich, zatytułowanym „Przemoc”, Fanon udziela odpowiedzi na pytanie, czym jest dekolonizacja, i stawia tezę, że może się ona powieść jedynie wtedy, gdy skolonizowany lud gotowy jest na wszystko, również na tytułową przemoc. Przemoc ta nie bierze się zresztą znikąd, a jest wpisana w samą naturę kolonialnego przedsięwzięcia, jest językiem, za pomocą którego kolonizator komunikuje się ze skolonizowanymi. Świat kolonialny to świat podzielony, a linię tego podziału stanowi to, co W.E.B. Du Bois nazwał linią koloru (the color line): z jednej strony znajduje się miasto kolonizatora, „syte i leniwe”, „miasto białych; obcych” (s. 29), w którym bycie białym i bogatym znaczy to samo; z drugiej mamy „miasto skolonizowanych, miasto tubylcze”, „miasto wygłodniałe” (s. 30), którego mieszkańcy są postrzegani przez kolonizatorów jako całkowicie amoralni, ucieleśniający absolutne zło. Te dwa światy oddzielają koszary i posterunki, stojące na straży ścisłej segregacji. Jednocześnie wykluczają się one i przenikają, przez co skolonizowani nieustannie fantazjują o zajęciu miejsca kolonizatora. Tylko zniesienie tej dychotomii umożliwi rozpad kolonialnego świata.

Fanon zauważa, że życie w tym świecie to życie w stanie ciągłego napięcia. Początkowo napięcie to wyładowuje się na pobratymcach w walkach między plemionami, grupami czy jednostkami. Innymi formami rozładowania drzemiącej w skolonizowanym agresji są taniec i inne rytuały, mające na celu wyzwolenie stłumionych popędów. W pewnym momencie jednak skolonizowany zaczyna zdawać sobie sprawę, że reprezentowane przez kolonizatora zachodnie wartości są skorumpowane, że to kolonizator jest jego prawdziwym wrogiem. Wtedy też zaczyna w nim kiełkować świadomość polityczna i chęć obalenia kolonialnego porządku, widoczna w powstających partiach politycznych. Ich członkowie wywodzą się z rodzimych elit intelektualnych i gospodarczych, głównie mieszkańców miast czerpiących korzyści z sytuacji kolonialnej, których Fanon nazywa „klasą wolnych niewolników” (s. 53). Partie te brzydzą się przemocą, wybierają „non violence”, szukają rozwiązań pokojowych i kompromisu. Ich podstawowym błędem okazuje się to, że nie kierują swego przekazu do chłopów, którzy jako jedyna grupa społeczna są naprawdę rewolucyjni. To właśnie warstwy chłopskie spontanicznie sięgają po przemoc, gdyż uświadamiają sobie, że „wolność to cel uświęcający wszystkie środki” (s. 53). To z kolei wywołuje panikę rządów kolonialnych, szczególnie że represje tylko nakręcają spiralę przemocy; gotowe są dekolonizować, byle utrzymać swoje wpływy polityczne i gospodarcze.

Ciekawym wątkiem podejmowanym przez Fanona wydaje się rozpatrywanie dekolonizacji w kontekście zimnej wojny, a w szczególności mit panujący wśród rządów kolonialnych, jakoby ruchy narodowowyzwoleńcze były wywoływane z zewnątrz, a konkretnie z Moskwy. To interesujący trop, który mógłby być zaczątkiem wyjaśnienia, dlaczego współczesne rządy krajów afrykańskich tak bezkrytycznie popierają jawnie imperialne działania Rosji. Innym wyjaśnieniem mogłoby być rozczarowanie postawą Europy, która odwróciła się od swoich byłych kolonii po dekadach wzbogacania się w nich, korzystania z ich zasobów i wykorzystywania ich mieszkańców. Jest to o tyle istotne, że nowo powstałe państwa znajdywały się w iście opłakanym stanie: walka z nędzą i głodem, brak infrastruktury i wykwalifikowanych kadr, ucieczka zagranicznego kapitału, a nade wszystko brak rekompensaty ze strony byłych kolonii powodują ogromne rozczarowanie wśród społeczeństw byłych kolonii. „Trzeci Świat nie zamierza organizować głodowej krucjaty przeciwko Europie. Wymaga tylko od tych, którzy przez wieki utrzymywali go w niewolnictwie, żeby pomogli mu zrehabilitować człowieka (…)” (s. 108).

W rozdziale drugim, „Blaski i cienie działania spontanicznego”, Fanon zwraca uwagę na jeszcze jeden podział w świecie kolonialnym, którego uświadomienie wywiera ogromny wpływ na postrzeganie świata i walki wyzwoleńczej; chodzi o przepaść między masami a kadrami kierowniczymi. Elity tworzone przez rodzimą burżuazję, wykształcone w metropolii i wyznające kult nowoczesności, odnoszą się z rezerwą do mas chłopskich. Te, utrzymywane przez kolonializm w stanie stagnacji, rządzone przez lokalnych „feudalnych władców” (nierzadko wspieranych przez kolonialne rządy), z równie wielką nieufnością odnoszą się do powstających w mieście partii politycznych i ich przedstawicieli, którzy pojawiają się na wsiach nagle, przejmując samozwańczo dowodzenie i nie zważając na lokalne zwyczaje i historię. To raczej radykalnym członkom partii, którzy musieli zejść do podziemia i wybrać patryzantkę, udaje się dotrzeć do ludu i zmobilizować go do walki. Przy tej okazji Fanon wskazuje na konieczność upolitycznienia mas jako niezbędnego elementu walki wyzwoleńczej przede wszystkim z dwóch powodów: po pierwsze, masy, w których drzemie agresja, gotowe są wybuchnąć spontanicznie, warto więc ich energię nakierować na odpowiednie tory i wskazać im kierunek działania; po drugie zaś, w wyniku nędzy i braku odpowiedzialności, skłonne są one zmienić stronę i zacząć walczyć po stronie wroga.

Fanon szczegółowo analizuje te dwa pierwsze etapy walki: pierwszym jest niezorganizowana walka zbrojna, która ze wsi dociera do miast za sprawą lumpenproletariatu, kiedy to króluje działanie spontaniczne polegające na wyzwalaniu poszczególnych obszarów z rąk okupanta, i której towarzyszy stan powszechnej euforii. Zostaje ona przerwana przez działania ofensywne wroga i ogromne straty wynikające z nierównowagi sił; wtedy zaczyna się etap realizmu i przekształcenie buntu w uporządkowaną walkę rewolucyjną. Towarzyszy jej nie tylko zbrojna odpowiedź ze strony kolonizatora – w grę wchodzą też różnorakie działania dywersyjne, chwyty psychologiczne i ustępstwa, które mają na celu osłabienie wiary w możliwe zwycięstwo i zadowolenie się niewielkim i jedynie pozornym poprawieniem sytuacji skolonizowanych.

Dlatego też tak ważne okazuje się budowanie świadomości narodowej, której Fanon poświęca trzeci rozdział. Zauważa, że walka z kolonializmem nie od razu ma charakter walki narodowowyzwoleńczej. Początkowo świadomość narodowa jest słaba, co stanowi przede wszystkim winę elit i charakteru rodzimej burżuazji, trudniącej się działaniami pośredniczącymi i pełniącej „rolę agenta handlowego zachodniej burżuazji” (s. 158), którą naśladuje we wszystkim, co najgorsze. O ile europejska burżuazja wypracowała własną ideologię i wypełniła swoją misję gromadzenia kapitału i zapewnienia krajowi dobrobytu, o tyle w (byłych) koloniach „nie ma prawdziwej burżuazji, jest tylko niewielka grupa pazernych i żarłocznych osobników” (s. 182). W momencie niepodległości, elity te domagają się nacjonalizacji tylko po to, żeby przejąć przywileje zarezerwowane do tej pory dla kolonizatorów i rozdzielić dobra między siebie, zamiast wypełnić swoją historyczną misję, jaką powinno być całkowite podporządkowanie się ludowi i przekazanie mu kapitału intelektualnego i technicznego zdobytego w metropolii. Fanon jest niezwykle krytyczny wobec rodzimej burżuazji, której zarzuca pazerność, korupcję, kierowanie się jedynie własnym interesem, wyzysk robotników, rasizm, szowinizm, kumulowanie kapitału zamiast inwestowania go w rodzimą gospodarkę. Powoduje to, że zamiast głoszonej na arenie międzynarodowej jedności afrykańskiej kontynent boryka się z regionalizmem, konfliktami religijnymi i nawrotem tendencji separatystycznych, na których korzysta jedynie kolonializm.

Rządy burżuazji mają postać systemu jednopartyjnego, który w rzeczywistości jest niczym innym jak dyktaturą. Na czele rządu stoi przywódca ludowy, bohater walki wyzwoleńczej, którego zasługi dla niepodległości legitymizują jednocześnie rządy i zamykają usta ewentualnej opozycji. Gospodarka jest w opłakanym stanie; brak kapitału, inwestycji, kadry powoduje, że kraj coraz bardziej zależy od byłej metropolii. Szerzą się korupcja i defraudacje, kwitnie czarny rynek, powiększają nierówności. Lud, nadal pogrążony w nędzy i głodzie, coraz bardziej dostrzega dobrobyt uprzywilejowanej mniejszości i zaczyna wyrażać swój sprzeciw, na który rząd odpowiada siłą. Spirala przemocy znowu się nakręca, opozycja jest szpiegowana i bezwzględnie likwidowana – władza ma coraz większe trudności z zakamuflowaniem antydemokratycznego charakteru swoich rządów. To wszystko prowadzi Fanona do wniosku, że „masy zgrupowane w partii i intelektualiści w pełni świadomi zachodzących zjawisk, uzbrojeni w zasady rewolucyjne, wspólnie powinni zagrodzić drogę burżuazji” (s. 181). Partia powinna być jak najbardziej zdecentralizowana i wyrażać wolę ludu, a „masy powinny wiedzieć, że rząd i partia pełnią wobec niej funkcję służebną” (s. 206). Fanon pisze o konieczności uświadamiania i upolityczniania ludu, w szczególności młodzieży, stwierdza: „nie wolno oszukiwać ludu, utrzymywać go w stanie emocji i zamieszania” (s. 207) – jakże aktualne jest to zdanie w kontekście tryumfujących tu i tam populizmów… Również jego stwierdzenia na temat konieczności wprowadzenia realnej równości kobiet i mężczyzn, nie tylko w zapisach prawa, ale w życiu codziennym, rodzinnym i zawodowym, nie straciły nic z aktualności.

W czwartym rozdziale zatytułowanym „O kulturze narodowej”, Fanon zastanawia się nad rolą intelektualistów w procesie dekolonizacji. Zauważa, że na pierwszym etapie walki pochłonięci są oni rewindykacją kultury narodowej i udowadnianiem jej istnienia. W tym celu sięgają do ery prekolonialnej, która nie tylko rehabilituje przeszłość, ale też działa na zasadzie odtrutki na alienację kulturową i intelektualny rasizm, w których przez dekady utrzymywani byli skolonizowani. Fanon odnosi się tu do ruchu „négritude” (murzyńskości) będącego „emocjonalną bądź logiczną antytezą obelgi, którą biały człowiek rzucał w twarz ludzkości” (s. 221) oraz przebudzenia islamu jako dwóch tendencji kulturowych obecnych na kontynencie afrykańskim. Obie one miały jednoczyć skolonizowane ludy przeciwko Europejczykom i promowanym przez nich wartościom w ramach ponadnarodowej kultury afrykańskiej czy arabskiej. Jednak za ważniejszą uważa Fanon kulturę narodową, którą rozumie jako „zespolony wysiłek intelektualny ludu, podjęty w celu opisania, potwierdzenia i wyśpiewania działalności, dzięki której lud powstał i wytrwał” (s. 244).

Fanon wyróżnia trzy fazy ewolucji twórczości pisarzy z kolonii: fazę asymilacji, czyli doskonałej znajomości kultury okupanta, fazę zgłębiania przeszłości, w tym także własnych wspomnień, oraz fazę budzenia ludu do walki, kiedy to zaczyna powstawać literatura rewolucyjna, narodowa. By wejść w tę finalną fazę, intelektualista (podobnie artysta czy poeta), który język i techniki przejął od kolonizatora, musi nauczy się zwracać do własnego narodu. Wtedy następuje powrót do tradycji, krystalizuje się tematyka, odżywa tradycja oralna. Te same zmiany zachodzą nie tylko w literaturze, ale też rzemiośle, muzyce, tańcach, rytuałach itp. Co ważne, te przemiany pociągają za sobą otwarcie na kultury innych narodów. „W wyniku walki znikają (…) nie tylko kolonializm, lecz również człowiek skolonizowany”, to zaś „musi zrodzić nowy humanizm” (s. 258).

Ostatni rozdział, „Wojna kolonialna a zaburzenia psychiczne”, jest najtrudniejszy w odbiorze, gdyż w nim Fanon pokazuje się przede wszystkim jako psychiatra. Opisuje przypadki swoich pacjentów i ich zaburzeń psychicznych powstałych w wyniku algierskiej wojny o niepodległość. „Kolonializm jako systematyczna negacja drugiego człowieka, jako nieustanne pozbawianie go podstawowych atrybutów człowieczeństwa, zmusza naród do postawienia sobie pytania: »Kim właściwie jestem?«” (s. 262). Nieustanna przemoc, którą zadają i której doświadczają obie strony konfliktu, wyrządza niewyobrażalne szkody w psychice i wywołuje liczne patologie. Sama lektura – pełnych gwałtów, mordów, tortur – historii pacjentów uzmysławia ogrom przemocy, do jakiej doszło nie tylko w Algierii, ale też w innych krajach, które stanęły do walki z kolonizatorem.

W rozdziale tym Fanon rozprawia się też z przekonaniem o prymitywizmie tubylców promowanym przez algierską szkołę psychiatrii (stworzoną rzecz jasna przez kolonizatorów, czyli Francuzów). Na ów prymitywizm składa się cały wachlarz przywar, od próżniactwa i kłamstwa po skłonność do przestępstw. Fanon zwraca uwagę, że problem ten należy rozpatrywać na tle historii kolonializmu: w okresie kolonialnym przestępczość Algierczyków dotyczyła tylko ich pobratymców; od momentu rozpoczęcia walk wyzwoleńczych liczba przestępstw kryminalnych spada, co może świadczyć o tym, że walka zbrojna dała upust napięciom, które wcześniej objawiały się właśnie w formie przemocy wybuchającej wewnątrz własnej grupy, często z błahych powodów. Tym samym owa skłonność do przestępstw, agresja czy porywczość nie są rysem charakterologicznym Algierczyka czy wynikiem odmiennej budowy jego układu nerwowego, a bezpośrednim rezultatem sytuacji kolonialnej.

Całość zamyka konkluzja, mająca formę odezwy do „braci”, czyli wszystkich skolonizowanych, uciskanych i cierpiących. Odezwa ta wzywa do odwrócenia wzroku od byłych kolonii i szukania nowych rozwiązań, historii, opowieści, nowego człowieka poza Europą.

W oryginale „Wyklęty lud ziemi” poprzedzony był przedmową autorstwa Jean-Paula Sartre’a. Sartre, zagorzały komunista i przyjaciel wielu dekolonialnych intelektualistów, nie do końca zrozumiał tekst Fanona, gdyż uznał go za usprawiedliwienie przemocy, podczas gdy Fanon jedynie analizował tę przemoc jako niezbędny element walki narodowowyzwoleńczej, nie zaś cel sam w sobie. Z tego powodu w obu polskich wydaniach omówienie Sartre’a zamieszczono na końcu książki.

Można się zastanawiać nad zasadnością wracania do dzieł sprzed ponad sześciu dekad. W końcu Fanon pisał w i o konkretnym momencie historycznym, jakim była dekolonizacja. Cherki w swojej przedmowie rozwiewa te wątpliwości: „Jak wiemy, ta rzeczywistość, w tym także przemoc, nie wyraża się już w kategoriach ucisku kolonialnego lub przyszłości Trzeciego Świata, ale w kategoriach narastających nierówności, pogłębiającej się przepaści między Północą a Południem, w kategoriach wykluczenia i uprzedmiotowienia ludzi” (Chereki 2025: 17). Diagnoza ta, postawiona ponad 20 lat temu, nie straciła nic na trafności i aktualności i dowodzi, że Fanona nadal warto czytać.

LITERATURA:

Chereki A.: „Przedmowa do wydania z 2002 roku”. Przeł. O. Hedemann. W: F. Fanon: „Wyklęty lud ziemi” Przeł. z j. francuskiego Hanna Tygielska. Kraków 2025.
Frantz Fanon: „Wyklęty lud ziemi” Przeł. z j. francuskiego Hanna Tygielska. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2025.