PRAWA AUTORSKIE DO WŁASNEGO ŻYCIA (HILARY MANTEL: 'DUCHY ZOSTAJĄ')
A
A
A
Obecność Hilary Mantel, brytyjskiej pisarki, autorki powieści historycznych, dwukrotnej zdobywczyni Nagrody Bookera, na polskim rynku wydawniczym dopełnia właśnie zupełnie inna gatunkowo opowieść, która, jak sądzę, może znacząco poszerzyć grono jej czytelników. Przyznaję bowiem, że o ile trylogia przedstawiająca losy Thomasa Cromwella nie znajduje się na liście przeczytanych przeze mnie książek, to autobiograficzna opowieść „Duchy zostają” weszła w pole moich czytelniczych zainteresowań z dwóch powodów: chęci przyjrzenia się strategii snucia opowieści o losie kobiety-pisarki w drugiej połowie XX wieku oraz realizacji wątku choroby. Przyznaję zarazem, że opublikowane właśnie wspomnienia mogą stanowić zachętę do zrewidowania własnej niechęci do powieści historycznej jako takiej. Osobowość pisarska, precyzja językowa i spojrzenie na rzeczywistość, z jakimi mamy do czynienia w narracji autobiograficznej, nie pozwalają wszak o sobie zapomnieć.
Ramę wspomnień Mantel wyznacza sprzedaż domu i pojawiający się na jego schodach duch ojczyma, którego widmowa obecność zdradza znamienną dla książki dyspozycję pisarki: „Przywykłam do tego, że »widzę« rzeczy, których nie ma. Albo – by to ująć w sposób, który dla mnie jest bardziej do przyjęcia – do tego, że widzę rzeczy, których »nie ma«” (s. 7). Mimo że pojawia się bardziej racjonalne wytłumaczenie przywidzeń – jako efektu aury migrenowej – to właśnie ta irracjonalna wykładnia zasila wspomnienia Mantel. Są one bowiem i opowieścią o tym, co się zdarzyło, i o tym, co mogło się zdarzyć; tak samo ważna okazuje się praca pamięci, jak i wyobraźnia zasilana przez „zjawy i fantomy” (s. 21), rodzące w głowie niezrealizowany, aczkolwiek możliwy, scenariusz innego życia. „Trzymasz je w szufladzie świadomości – pisze Mantel – jak opowiadania, z którym nie wyszłaś poza kilka pierwszych zdań” (s. 21).
Tylko pozornie zatem „Duchy zostają” to konwencjonalna historia, skupiona na wiernej rekonstrukcji przeszłości. Taka materia, rzecz jasna, jest obecna w książce, ale zza opowiadanych historii co rusz przebija szczegół, konkret jak zapach czy smak. Mantel nie zważa na luki w pamięci i zarzut konfabulacji. Świadomie wybiera „moc sensoryczną” (s. 23) tkwiącą we własnych wspomnieniach z dzieciństwa, jakby próbowała dotrzeć do jego koloru, pokrytego później innymi odcieniami. Mantel rozpisuje ten okres na sceny z udziałem dziadków, ciotki, ojczyma czy matki, utrzymane często w czasie teraźniejszym, widziane jak kadry czy fotografie. Skupienie uwagi na szczegółach pozwala jej zarazem odtworzyć rodzaj pejzażu emocjonalnego, na przykład nazwać niejasne uczucia żywione wobec ojczyma. Mantel swobodnie łączy porządek dzieciństwa, gdy ojczym nieoczekiwanie pojawił się w jej życiu, z wiekiem dojrzałym, gdy z kolei była obecna przy jego śmierci. Pamięć pisarki za każdym razem opiera się na drobiazgach: ostatniej zabawie mężczyzny z kotką czy piosence śpiewanej przez matkę.
Mantel próbuje oddać w języku skomplikowany świat emocji dzieciństwa z wszelkimi wtajemniczeniami i porażkami wczesnych przeżyć. Szkoła, kościół, rodzeństwo, zaskakujące marzenie o „męskim życiu” i przeobrażeniu się w chłopca, pierwsza komunia, dojrzewanie, przeprowadzki – te konwencjonalne elementy, choć podszyte rozpaczą, bledną w obliczu jednego szczególnego i niejasnego wydarzenia. To spotkanie z rodzajem „dusicielskiej dłoni”, cieniem, pulsującym powietrzem, negatywną energią, która przybiera ludzki kształt, przeraża i wdziera się w ciało bezbronnej siedmiolatki (s. 83-84). Tajemnica objawiona w ogrodzie wprowadza zarazem kolejnego ducha opowieści, kolonizującego wyobraźnię pisarki. Zdaje się, że myśląc m.in. o tym niecodziennym doświadczeniu, Mantel napisała: „Historia mojego dzieciństwa jest jak zawiłe zdanie, które wciąż próbuję dokończyć – dokończyć i mieć je z głowy. Ono jednak stawia opór, częściowo dlatego, że słowa to za mało: mój świat był światem synestezji i do dziś nawiedzają mnie duchy wrażeń, powracają, gdy próbuję pisać, i drżą między wersami” (s. 23).
Lektura wspomnień Mantel dowodzi, że można zbliżyć do siebie bieguny: odtwarzać nieoczywiste i traumatyczne doświadczenia, pisać o rozpaczy, a przy tym nie epatować emocjami. Mantel zdaje się bowiem zaskakująco powściągliwa i spokojna, choć jej książka podszyta jest czerwienią, buntem, ogniem, krwią: „Wstawaj cichą nocą i nakłuwaj sobie palce, niech krew będzie atramentem – to cię nauczy niefrasobliwości” (s. 10), formułuje wstępne zalecenie pisarskie. Wspomina także dwie krewne, które zginęły w płomieniach, oraz kolor dzieciństwa – „spłowiały, przesycony deszczem karmazyn, jak stara, zeschła krew” (s. 24) – który staje się metaforyczną przesłoną praktyki odtwarzania życia.
Czerwień jest ponadto znakiem stłumionego buntu czającego się u podstawy innego ważnego wątku książki – choroby. Znaczna część wspomnień Mantel dotyczy jej historii medycznej i wciąż współcześnie zbyt rzadko opisywanej endometriozy. Elinor Cleghorn w książce „Wybrakowane. Jak leczono kobiety w świecie stworzonym przez mężczyzn” zauważyła: „Endometrioza, niewidzialna i wymykająca się rozumieniu, zawsze kryła się gdzieś za wędrującymi macicami i histerią, zapaleniem jajowodów, czającym się w miednicy szaleństwem i miesiączkowym obłędem” (Cleghorn, 2024: 301). Przerażająca jest stałość tych nienaukowych opinii, a ich siły dowodzi książka Mantel. Odtworzenie osobistej ścieżki bólu pokazuje pozycję pacjentki w drugiej połowie XX wieku i, niejako mimochodem, przekonuje o żywotności wielu mitów ciążących na endometriozie. Nie jest szczególnie zaskakujące, że właśnie endometrioza stanowi doskonały przykład zjawiska opisywanego jako „syndrom Yentl”, który oznacza „błędne diagnozowanie i niewłaściwe leczenie kobiet w sytuacji, gdy występujące u nich objawy lub schorzenia nie są tożsame z męskimi” (Criado Perez 2020: 281). Świat medycyny skrojony przez mężczyzn i pod mężczyzn pełen jest rozwiązań i zaleceń nieprzystających do atypowych – z męskiego punktu widzenia – doświadczeń kobiet, bo różnice między płciami długo nie były elementem wiedzy medycznej czy zaleceń klinicznych.
Znaczącą część książki Mantel zajmuje najpierw widmo bliżej nieokreślonego bólu wyznaczającą bieg dzieciństwa i młodości, a później zdiagnozowana choroba. Pisarka przedstawia charakterystyczną dla milionów kobiet ścieżkę niejasnego cierpienia, lekceważenia ze strony lekarzy i bardzo mozolnego procesu diagnozowania. Jest to także autobiograficzny zapis głębokiego pęknięcia: między bólem, którego nasilenie wiązało się z koniecznością interwencji lekarskiej, a otrzymaną pomocą, której nieadekwatność kazała określić Mantel początek ścieżki medycznej jako „wielki błąd” (s. 127). Rekonstruując początki choroby, Mantel zwraca uwagę na nieswoistość bólu: „Dokuczał mi ból, którego wyjaśnić nie umiałam – wędrował po całym ciele, tu szarpnął, tam ukuł, ulotny, ilekroć próbowałam go zlokalizować” (s. 119). Niejasne dolegliwości spowodowały, że do młodej Mantel przylgnął w domu przydomek „Panna Zawszecoś”; z podobnym niedowierzaniem patrzyli na nią kolejni lekarze, bo objawy nie pasowały „do żadnej znanej choroby” (s. 129). Bólowi towarzyszyły też inne symptomy – przewlekłe zmęczenie i smutek, więc w odpowiedzi na nie, niejako zastępczo, zdiagnozowano depresję i włączono do leczenia antydepresanty. Skutki uboczne ordynowanych farmaceutyków były porażające: niemal całkowita utrata widzenia, napady lęku oraz nasilająca się apatia, przy utrzymującym się, a nawet wzrastającym, natężeniu bólu: „przeszył mnie ból, po ukosie, od prawej strony żeber do lewej strony lędźwi. Był to ból dotąd nieznany – ale długo takim nie pozostał. Zabrał mi życie: zabrał mi je na dziesięć lat, a potem na kolejne dziesięć” (s. 132).
W latach 70. XX wieku taki przypadek chorobowy musiał zostać uznany za objaw szwankującego umysłu. Mantel słyszała zatem, że „wszystko jest w głowie, czyli krótko mówiąc: wymyślasz. Nie masz nic lepszego do roboty. Chcesz zwrócić na siebie uwagę” (s. 132). Zasugerowano jej stres wywołany nadmierną ambicją (Mantel studiowała wówczas prawo) jako nowoczesną odpowiedź na niegdysiejszą histerię. Problem tkwił jednak w tym, że za wszelką cenę starano się zobaczyć w Mantel pacjentkę psychiatryczną. Ignorowana, lekceważona i upokorzona kobieta musiała, opierając się na podręcznikach dla chirurgów, zdiagnozować się sama. Nawet wiedza o tym, co jej w istocie dolegało, nie zmieniła postawy wielu opiekujących się nią lekarzy, którzy łączyli endometriozę z oceną moralną: choroba karierowiczek, ból jako „część brzemienia kobiecości”, który minie po urodzeniu dziecka, czy pokorne przyjmowanie cierpienia. Ostatecznie dwudziestosiedmioletnia Mantel została poddana radykalnej operacji (usunięciu macicy i jajników, a nawet części jelita), wówczas określanej jako „kobieca kastracja”. Nic dziwnego, że pod wpływem tak wartościującej nomenklatury postrzegała swą biologiczność jako „fatum”, odczuwała nieuzasadniony wstyd, a chorobę i operację widziała jako karę, choć za nieznane jej samej przewinienie.
Dodatkowym obciążeniem stały się dla Mantel utrata płodności i jej publiczne przeżywanie. Dotychczas pisarka swoje macierzyństwo postrzegała jako świadomy wybór i możliwość, rysującą się hipotetycznie w przyszłości; teraz pytała brutalnie samą siebie: „Skoro nie mogłam się rozmnożyć, to do czego się właściwie nadawałam? Kim właściwie byłam?” (s. 159). Wątpliwości Mantel co do własnej wartości świadczą o uwewnętrznieniu krzywdzącego i nieprawdziwego przekonania, że endometrioza spada na kobiety odkładające decyzję o macierzyństwie. Wieloletnie zaniedbania lekarzy prowadzące do bezpłodności skazały Mantel na fantazmatyczny ekwiwalent nienarodzonych dzieci, na przechowywanie w wyobraźni gotowego obrazu córki, Catriony, na bodaj czy nie najważniejsze tytułowe duchy – duchy dzieci, z myślą o których urządza się domy, gromadzi jedzenie, wymyśla ich alternatywne losy. Pisarka kreująca sylwetkę wymarzonej córki objawia się jak osoba w niedokończonej żałobie, świadoma, że scenariusz jest niemożliwy do spełnienia, ale trwale kolonizujący jej myślenie: „Nienarodzeni, choćby bezimienni, choćby nieuznani, często domagają się uwagi; zaznaczają swoją obecność. Żaden postęp w medycynie nie mógł doprowadzić do powstania Catriony; straciłam ją bezpowrotnie. Ale kiedy twoje biologiczne przeznaczenie odchodzi od przyjętych norm, część psychiki z opóźnieniem orientuje się w tej zmianie. Rozumiesz, co zaszło, tę medyczną katastrofę, i jakoś ją sobie tłumaczysz” (s. 173).
Znalezienie lekarzy, którzy potwierdzili samodiagnozę Mantel, nie oznaczało oczywiście wyleczenia. Choroba powracała, powodując prawdziwą rewolucję ciała – od przesadnej chudości pisarka przeszła do szybkiego wzrostu wagi i buntu organizmu: wymiotów, mdłości, kolek, obrzęków, wypadania włosów; do poczucia odrealnienia i utraty więzi z własną cielesnością, która została nazywana „smutnym workiem na chorobę” (s. 164). Mantel zauważała ponadto idącą za zmianą ciała zmianę osobowości, tyleż nadawaną przez oczy innych, co mocniej przez farmakologiczne obciążenie, zmieniające jej profil hormonalny. Inaczej mówiąc – doświadczenia zapoczątkowane dekady wcześniej w szpitalu, radykalna operacja i leczenie, czyli modyfikacje ciała, odbijały się w jej myśleniu i odczuwaniu. Nie sądzę, że przeceniam wagę wątku choroby, bo można go widzieć właśnie jako główny powód zapisu autobiograficznego. Definiując własną praktykę spisywania wspomnień, Mantel wszak zauważała: „Codziennie, nieświadomie, robiłam mały krok ku chorobowej strefie mroku, zatartemu pejzażowi upokorzenia i straty” (s. 128).
Chociaż pisarka często ujawniała ambiwalentne odczucia wobec literatury dokumentu osobistego, to jednocześnie przyznawała, że pisanie wspomnień wiązało się z możliwością przechwycenia kontroli nad własną historią: „Bardzo długo się wahałam, zanim rozpoczęłam tę opowieść. Bardzo długo miałam wrażenie, że ktoś za mnie opisuje moje życie. Potrafiłam tworzyć lub interpretować fikcyjne postacie, ale nie samą siebie. Wkroczywszy w wiek średni, zaczęłam rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Książkę o mnie rzeczywiście pisali inni ludzie: moi rodzice, dziecko, którym kiedyś byłam, i moje własne nienarodzone dzieci, widmowymi palcami sięgające po pióro. Zaczęłam pisać z nadzieją na przejęcie praw autorskich do swojego życia” (s. 58). „Duchy zostają” to nie walka z widmami, a jedynie próba narzucenia im własnego tonu, usłyszenia głosu, który dotychczas drzemał za językami fikcyjnych bohaterów, członków prawdziwej rodziny czy lekceważących lekarzy.
W tym sensie karmazynowy atrament tlącego się buntu zamienia pokorną pacjentkę w dysponującą swoją biografią pisarkę. Warto jednak zaznaczyć, że w gruncie rzeczy Mantel niewiele miejsca poświęca swojej drodze pisarskiej. Jeśli ktoś spodziewa się wspomnień dotyczących zmagań twórczych, okoliczności powstawania kolejnych książek itp., może czuć się zawiedziony, bo autorka jedynie mimochodem wspomina, że w określonym, opisywanym właśnie momencie życia, była np. „w przeddzień wydania siódmej powieści” (s. 9). Chociaż nie jest to autobiografia pisarska w sensie ścisłym, to bardzo interesujące są rozsiane w całym tomie fragmenty autotematyczne. Ujawnianie swoistych szwów opowieści pokazuje Mantel jako świadomą wyzwań, jakie stoją przed pisarstwem autobiograficznym kobiet. Pozycja „Duchy zostają” ukazuje się wszak równolegle z książkami Annie Ernaux czy Agnety Pleijel, w których autorki szukają tyleż porozumienia między personą dawną i obecną, co używają strategii dystansu, przechodząc w konstruowaniu siebie między pierwszą a trzecią osobą. Mantel, choć przecież oszczędna w emocjach, na siebie nie patrzy z podobną rezerwą i chłodem; wyraźnie jednak sygnalizuje, jakim wyzwaniem jest podjęty projekt: „Pisanie o sobie przychodzi z trudem. Jakikolwiek styl obiorę za kanwę, wszystko się pruje jeszcze w pierwszym akapicie” (s. 9). Udzielając rad innym piszącym, sama przyznaje, że ich nie przestrzega: zaleca prostotę, a uprawia stylistyczne ekstrawagancje, namawia do przejrzystości, ale trzeźwo zauważa, że „najlepsi kłamcy używają prostych słów” (s. 10). Sile jej opowieści nie sposób jednak nie wierzyć, choć czai się w niej także zgoda na odkrycie własnej kruchości, wszak na początku książki Mantel wyzna: „Kiedyś uważałam autobiografie za pewien rodzaj słabości, może nadal tak myślę” (s. 10).
LITERATURA:
Cleghorn E.: „Wybrakowane. Jak leczono kobiety w świecie stworzonym przez mężczyzn”. Przeł. A. Stachowski i P. Surniak. Poznań 2024.
Criado Perez C.: „Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn”. Przeł. A. Sak. Kraków 2020.
Ramę wspomnień Mantel wyznacza sprzedaż domu i pojawiający się na jego schodach duch ojczyma, którego widmowa obecność zdradza znamienną dla książki dyspozycję pisarki: „Przywykłam do tego, że »widzę« rzeczy, których nie ma. Albo – by to ująć w sposób, który dla mnie jest bardziej do przyjęcia – do tego, że widzę rzeczy, których »nie ma«” (s. 7). Mimo że pojawia się bardziej racjonalne wytłumaczenie przywidzeń – jako efektu aury migrenowej – to właśnie ta irracjonalna wykładnia zasila wspomnienia Mantel. Są one bowiem i opowieścią o tym, co się zdarzyło, i o tym, co mogło się zdarzyć; tak samo ważna okazuje się praca pamięci, jak i wyobraźnia zasilana przez „zjawy i fantomy” (s. 21), rodzące w głowie niezrealizowany, aczkolwiek możliwy, scenariusz innego życia. „Trzymasz je w szufladzie świadomości – pisze Mantel – jak opowiadania, z którym nie wyszłaś poza kilka pierwszych zdań” (s. 21).
Tylko pozornie zatem „Duchy zostają” to konwencjonalna historia, skupiona na wiernej rekonstrukcji przeszłości. Taka materia, rzecz jasna, jest obecna w książce, ale zza opowiadanych historii co rusz przebija szczegół, konkret jak zapach czy smak. Mantel nie zważa na luki w pamięci i zarzut konfabulacji. Świadomie wybiera „moc sensoryczną” (s. 23) tkwiącą we własnych wspomnieniach z dzieciństwa, jakby próbowała dotrzeć do jego koloru, pokrytego później innymi odcieniami. Mantel rozpisuje ten okres na sceny z udziałem dziadków, ciotki, ojczyma czy matki, utrzymane często w czasie teraźniejszym, widziane jak kadry czy fotografie. Skupienie uwagi na szczegółach pozwala jej zarazem odtworzyć rodzaj pejzażu emocjonalnego, na przykład nazwać niejasne uczucia żywione wobec ojczyma. Mantel swobodnie łączy porządek dzieciństwa, gdy ojczym nieoczekiwanie pojawił się w jej życiu, z wiekiem dojrzałym, gdy z kolei była obecna przy jego śmierci. Pamięć pisarki za każdym razem opiera się na drobiazgach: ostatniej zabawie mężczyzny z kotką czy piosence śpiewanej przez matkę.
Mantel próbuje oddać w języku skomplikowany świat emocji dzieciństwa z wszelkimi wtajemniczeniami i porażkami wczesnych przeżyć. Szkoła, kościół, rodzeństwo, zaskakujące marzenie o „męskim życiu” i przeobrażeniu się w chłopca, pierwsza komunia, dojrzewanie, przeprowadzki – te konwencjonalne elementy, choć podszyte rozpaczą, bledną w obliczu jednego szczególnego i niejasnego wydarzenia. To spotkanie z rodzajem „dusicielskiej dłoni”, cieniem, pulsującym powietrzem, negatywną energią, która przybiera ludzki kształt, przeraża i wdziera się w ciało bezbronnej siedmiolatki (s. 83-84). Tajemnica objawiona w ogrodzie wprowadza zarazem kolejnego ducha opowieści, kolonizującego wyobraźnię pisarki. Zdaje się, że myśląc m.in. o tym niecodziennym doświadczeniu, Mantel napisała: „Historia mojego dzieciństwa jest jak zawiłe zdanie, które wciąż próbuję dokończyć – dokończyć i mieć je z głowy. Ono jednak stawia opór, częściowo dlatego, że słowa to za mało: mój świat był światem synestezji i do dziś nawiedzają mnie duchy wrażeń, powracają, gdy próbuję pisać, i drżą między wersami” (s. 23).
Lektura wspomnień Mantel dowodzi, że można zbliżyć do siebie bieguny: odtwarzać nieoczywiste i traumatyczne doświadczenia, pisać o rozpaczy, a przy tym nie epatować emocjami. Mantel zdaje się bowiem zaskakująco powściągliwa i spokojna, choć jej książka podszyta jest czerwienią, buntem, ogniem, krwią: „Wstawaj cichą nocą i nakłuwaj sobie palce, niech krew będzie atramentem – to cię nauczy niefrasobliwości” (s. 10), formułuje wstępne zalecenie pisarskie. Wspomina także dwie krewne, które zginęły w płomieniach, oraz kolor dzieciństwa – „spłowiały, przesycony deszczem karmazyn, jak stara, zeschła krew” (s. 24) – który staje się metaforyczną przesłoną praktyki odtwarzania życia.
Czerwień jest ponadto znakiem stłumionego buntu czającego się u podstawy innego ważnego wątku książki – choroby. Znaczna część wspomnień Mantel dotyczy jej historii medycznej i wciąż współcześnie zbyt rzadko opisywanej endometriozy. Elinor Cleghorn w książce „Wybrakowane. Jak leczono kobiety w świecie stworzonym przez mężczyzn” zauważyła: „Endometrioza, niewidzialna i wymykająca się rozumieniu, zawsze kryła się gdzieś za wędrującymi macicami i histerią, zapaleniem jajowodów, czającym się w miednicy szaleństwem i miesiączkowym obłędem” (Cleghorn, 2024: 301). Przerażająca jest stałość tych nienaukowych opinii, a ich siły dowodzi książka Mantel. Odtworzenie osobistej ścieżki bólu pokazuje pozycję pacjentki w drugiej połowie XX wieku i, niejako mimochodem, przekonuje o żywotności wielu mitów ciążących na endometriozie. Nie jest szczególnie zaskakujące, że właśnie endometrioza stanowi doskonały przykład zjawiska opisywanego jako „syndrom Yentl”, który oznacza „błędne diagnozowanie i niewłaściwe leczenie kobiet w sytuacji, gdy występujące u nich objawy lub schorzenia nie są tożsame z męskimi” (Criado Perez 2020: 281). Świat medycyny skrojony przez mężczyzn i pod mężczyzn pełen jest rozwiązań i zaleceń nieprzystających do atypowych – z męskiego punktu widzenia – doświadczeń kobiet, bo różnice między płciami długo nie były elementem wiedzy medycznej czy zaleceń klinicznych.
Znaczącą część książki Mantel zajmuje najpierw widmo bliżej nieokreślonego bólu wyznaczającą bieg dzieciństwa i młodości, a później zdiagnozowana choroba. Pisarka przedstawia charakterystyczną dla milionów kobiet ścieżkę niejasnego cierpienia, lekceważenia ze strony lekarzy i bardzo mozolnego procesu diagnozowania. Jest to także autobiograficzny zapis głębokiego pęknięcia: między bólem, którego nasilenie wiązało się z koniecznością interwencji lekarskiej, a otrzymaną pomocą, której nieadekwatność kazała określić Mantel początek ścieżki medycznej jako „wielki błąd” (s. 127). Rekonstruując początki choroby, Mantel zwraca uwagę na nieswoistość bólu: „Dokuczał mi ból, którego wyjaśnić nie umiałam – wędrował po całym ciele, tu szarpnął, tam ukuł, ulotny, ilekroć próbowałam go zlokalizować” (s. 119). Niejasne dolegliwości spowodowały, że do młodej Mantel przylgnął w domu przydomek „Panna Zawszecoś”; z podobnym niedowierzaniem patrzyli na nią kolejni lekarze, bo objawy nie pasowały „do żadnej znanej choroby” (s. 129). Bólowi towarzyszyły też inne symptomy – przewlekłe zmęczenie i smutek, więc w odpowiedzi na nie, niejako zastępczo, zdiagnozowano depresję i włączono do leczenia antydepresanty. Skutki uboczne ordynowanych farmaceutyków były porażające: niemal całkowita utrata widzenia, napady lęku oraz nasilająca się apatia, przy utrzymującym się, a nawet wzrastającym, natężeniu bólu: „przeszył mnie ból, po ukosie, od prawej strony żeber do lewej strony lędźwi. Był to ból dotąd nieznany – ale długo takim nie pozostał. Zabrał mi życie: zabrał mi je na dziesięć lat, a potem na kolejne dziesięć” (s. 132).
W latach 70. XX wieku taki przypadek chorobowy musiał zostać uznany za objaw szwankującego umysłu. Mantel słyszała zatem, że „wszystko jest w głowie, czyli krótko mówiąc: wymyślasz. Nie masz nic lepszego do roboty. Chcesz zwrócić na siebie uwagę” (s. 132). Zasugerowano jej stres wywołany nadmierną ambicją (Mantel studiowała wówczas prawo) jako nowoczesną odpowiedź na niegdysiejszą histerię. Problem tkwił jednak w tym, że za wszelką cenę starano się zobaczyć w Mantel pacjentkę psychiatryczną. Ignorowana, lekceważona i upokorzona kobieta musiała, opierając się na podręcznikach dla chirurgów, zdiagnozować się sama. Nawet wiedza o tym, co jej w istocie dolegało, nie zmieniła postawy wielu opiekujących się nią lekarzy, którzy łączyli endometriozę z oceną moralną: choroba karierowiczek, ból jako „część brzemienia kobiecości”, który minie po urodzeniu dziecka, czy pokorne przyjmowanie cierpienia. Ostatecznie dwudziestosiedmioletnia Mantel została poddana radykalnej operacji (usunięciu macicy i jajników, a nawet części jelita), wówczas określanej jako „kobieca kastracja”. Nic dziwnego, że pod wpływem tak wartościującej nomenklatury postrzegała swą biologiczność jako „fatum”, odczuwała nieuzasadniony wstyd, a chorobę i operację widziała jako karę, choć za nieznane jej samej przewinienie.
Dodatkowym obciążeniem stały się dla Mantel utrata płodności i jej publiczne przeżywanie. Dotychczas pisarka swoje macierzyństwo postrzegała jako świadomy wybór i możliwość, rysującą się hipotetycznie w przyszłości; teraz pytała brutalnie samą siebie: „Skoro nie mogłam się rozmnożyć, to do czego się właściwie nadawałam? Kim właściwie byłam?” (s. 159). Wątpliwości Mantel co do własnej wartości świadczą o uwewnętrznieniu krzywdzącego i nieprawdziwego przekonania, że endometrioza spada na kobiety odkładające decyzję o macierzyństwie. Wieloletnie zaniedbania lekarzy prowadzące do bezpłodności skazały Mantel na fantazmatyczny ekwiwalent nienarodzonych dzieci, na przechowywanie w wyobraźni gotowego obrazu córki, Catriony, na bodaj czy nie najważniejsze tytułowe duchy – duchy dzieci, z myślą o których urządza się domy, gromadzi jedzenie, wymyśla ich alternatywne losy. Pisarka kreująca sylwetkę wymarzonej córki objawia się jak osoba w niedokończonej żałobie, świadoma, że scenariusz jest niemożliwy do spełnienia, ale trwale kolonizujący jej myślenie: „Nienarodzeni, choćby bezimienni, choćby nieuznani, często domagają się uwagi; zaznaczają swoją obecność. Żaden postęp w medycynie nie mógł doprowadzić do powstania Catriony; straciłam ją bezpowrotnie. Ale kiedy twoje biologiczne przeznaczenie odchodzi od przyjętych norm, część psychiki z opóźnieniem orientuje się w tej zmianie. Rozumiesz, co zaszło, tę medyczną katastrofę, i jakoś ją sobie tłumaczysz” (s. 173).
Znalezienie lekarzy, którzy potwierdzili samodiagnozę Mantel, nie oznaczało oczywiście wyleczenia. Choroba powracała, powodując prawdziwą rewolucję ciała – od przesadnej chudości pisarka przeszła do szybkiego wzrostu wagi i buntu organizmu: wymiotów, mdłości, kolek, obrzęków, wypadania włosów; do poczucia odrealnienia i utraty więzi z własną cielesnością, która została nazywana „smutnym workiem na chorobę” (s. 164). Mantel zauważała ponadto idącą za zmianą ciała zmianę osobowości, tyleż nadawaną przez oczy innych, co mocniej przez farmakologiczne obciążenie, zmieniające jej profil hormonalny. Inaczej mówiąc – doświadczenia zapoczątkowane dekady wcześniej w szpitalu, radykalna operacja i leczenie, czyli modyfikacje ciała, odbijały się w jej myśleniu i odczuwaniu. Nie sądzę, że przeceniam wagę wątku choroby, bo można go widzieć właśnie jako główny powód zapisu autobiograficznego. Definiując własną praktykę spisywania wspomnień, Mantel wszak zauważała: „Codziennie, nieświadomie, robiłam mały krok ku chorobowej strefie mroku, zatartemu pejzażowi upokorzenia i straty” (s. 128).
Chociaż pisarka często ujawniała ambiwalentne odczucia wobec literatury dokumentu osobistego, to jednocześnie przyznawała, że pisanie wspomnień wiązało się z możliwością przechwycenia kontroli nad własną historią: „Bardzo długo się wahałam, zanim rozpoczęłam tę opowieść. Bardzo długo miałam wrażenie, że ktoś za mnie opisuje moje życie. Potrafiłam tworzyć lub interpretować fikcyjne postacie, ale nie samą siebie. Wkroczywszy w wiek średni, zaczęłam rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Książkę o mnie rzeczywiście pisali inni ludzie: moi rodzice, dziecko, którym kiedyś byłam, i moje własne nienarodzone dzieci, widmowymi palcami sięgające po pióro. Zaczęłam pisać z nadzieją na przejęcie praw autorskich do swojego życia” (s. 58). „Duchy zostają” to nie walka z widmami, a jedynie próba narzucenia im własnego tonu, usłyszenia głosu, który dotychczas drzemał za językami fikcyjnych bohaterów, członków prawdziwej rodziny czy lekceważących lekarzy.
W tym sensie karmazynowy atrament tlącego się buntu zamienia pokorną pacjentkę w dysponującą swoją biografią pisarkę. Warto jednak zaznaczyć, że w gruncie rzeczy Mantel niewiele miejsca poświęca swojej drodze pisarskiej. Jeśli ktoś spodziewa się wspomnień dotyczących zmagań twórczych, okoliczności powstawania kolejnych książek itp., może czuć się zawiedziony, bo autorka jedynie mimochodem wspomina, że w określonym, opisywanym właśnie momencie życia, była np. „w przeddzień wydania siódmej powieści” (s. 9). Chociaż nie jest to autobiografia pisarska w sensie ścisłym, to bardzo interesujące są rozsiane w całym tomie fragmenty autotematyczne. Ujawnianie swoistych szwów opowieści pokazuje Mantel jako świadomą wyzwań, jakie stoją przed pisarstwem autobiograficznym kobiet. Pozycja „Duchy zostają” ukazuje się wszak równolegle z książkami Annie Ernaux czy Agnety Pleijel, w których autorki szukają tyleż porozumienia między personą dawną i obecną, co używają strategii dystansu, przechodząc w konstruowaniu siebie między pierwszą a trzecią osobą. Mantel, choć przecież oszczędna w emocjach, na siebie nie patrzy z podobną rezerwą i chłodem; wyraźnie jednak sygnalizuje, jakim wyzwaniem jest podjęty projekt: „Pisanie o sobie przychodzi z trudem. Jakikolwiek styl obiorę za kanwę, wszystko się pruje jeszcze w pierwszym akapicie” (s. 9). Udzielając rad innym piszącym, sama przyznaje, że ich nie przestrzega: zaleca prostotę, a uprawia stylistyczne ekstrawagancje, namawia do przejrzystości, ale trzeźwo zauważa, że „najlepsi kłamcy używają prostych słów” (s. 10). Sile jej opowieści nie sposób jednak nie wierzyć, choć czai się w niej także zgoda na odkrycie własnej kruchości, wszak na początku książki Mantel wyzna: „Kiedyś uważałam autobiografie za pewien rodzaj słabości, może nadal tak myślę” (s. 10).
LITERATURA:
Cleghorn E.: „Wybrakowane. Jak leczono kobiety w świecie stworzonym przez mężczyzn”. Przeł. A. Stachowski i P. Surniak. Poznań 2024.
Criado Perez C.: „Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn”. Przeł. A. Sak. Kraków 2020.
Hilary Mantel: „Duchy zostają”. Przeł. Martyna Tomczak. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

