CZY MOŻNA ZAKOŃCZYĆ PRZEKAZYWANIE TRAUM? (MARTA HERMANOWICZ: 'KONIEC')
A
A
A
Debiutancka powieść Marty Hermanowicz „Koniec” skupia narrację na Malwinie, dziewczynce mieszkającej w latach 90. XX wieku z matką i babką w Nowej Soli, na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jej dzieciństwo w niczym nie przypomina zwykłego dorastania dziecka w tamtych czasach, jest ono bowiem splecione z dzieciństwem jej babki Lotki, która wychowywała się we wsi Chrobrowicze na Wołyniu, a po wybuchu II wojny światowej została wraz z rodziną zesłana na Syberię. To książka o dziedziczeniu traumy i życiu w cieniu wydarzeń, które miały miejsce pół wieku wcześniej. Autorka przy okazji kreśli dokładny, acz przykry i gorzki portret Polski.
„Koniec” ma 39 rozdziałów, co w sposób dość oczywisty nawiązuje do fatalnego roku wybuchu wojny. W posłowiu autorka przyznaje, że zainspirowała się historią własnej rodziny – jej bliscy zostali zesłani na Syberię. Zmyślone wydarzenia przeplatają się z prawdziwymi, a wiedzę o faktach pisarka czerpała z książek i archiwów kwartalnika „Karta” , dokumentacji wywózek na Sybir i dziejów armii Andersa.
Śni nieswoje sny
Malwina śni sny swojej babki. Zmuszona do mieszkania z nią w jednym pokoju w małym, nowosolskim mieszkaniu, niejako przez transmisję przejmuje jej wspomnienia, koszmary o przeszłości. Starsza pani cierpi na bezsenność, drzemie może godzinę, dwie przed telewizorem, a resztę nocy szura między pokojem, kuchnią a korytarzem: „Obie po swojemu zapadałyśmy w ciemność. […] W mój sen wchodziło to, o czym śniłaby babcia. Ale nie śniła. Bo nie spała. Nie spała, bo nie chciała tych snów. Dawała mi je na chwilę na przechowanie, na przemilczenie tego, co się widziało” (s. 16).
Dziewczynka w nocy konfrontuje się z przeszłością babki, w dzień musi mierzyć się z własną codziennością. Jest zamknięta w sobie i samotna. Nie ma przyjaciół, jej jedynymi kompanami są zmarli członkowie rodziny, a właściwie fragmenty ich fotografii wycięte z rodzinnego albumu i ułożone w klaserze. Ojciec, obwoźny sprzedawca krasnali ogrodowych, jest wiecznie nieobecny, zajęty raczej kobietami i alkoholem niż własną rodziną, a gdy już się pojawia, to uskutecznia dobre wychowanie przy użyciu pasa. Kobiety głównie karmią, ale nie potrafią okazać żadnej czułości. Leokadia, która w czasie zsyłki doświadczyła dotkliwego głodu, wciąż tylko kisi ogórki, smaży pomidory na przeciery, gotuje konfitury. Zapasy słoików piętrzą się w piwnicy, a z zalegających wyrobów są przygotowywane kolejne posiłki. Specjalnością babki jest zupa ogórkowa, którą wmusza we wnuczkę: „Zjedz coś, Malwinko, kotku, kotulku, skarbeńku. A mi nic nie przechodziło przez gardło, straciłam smak, czułam tylko wyrwę w języku. Nie byłam głodna” (s. 182). Gdy Lotka była na Syberii, marzyła o bułeczce drożdżowej. Dlatego na starość codziennie je drożdżówkę z serem. Upycha w szafach kromki chleba na wypadek, gdyby napadli ich Niemcy, a dziewczynka przejmuje od niej również ten nawyk.
Malwina jest obdarzona niezwykłą wrażliwością, co niestety czyni z niej postać kompletnie nieprzystosowaną. Jąka się i mówi ze wschodnim akcentem: „A ona nazywała mnie dzieckiem zepsutym, przeterminowanym, jakimś takim radzieckim. Dziecko, bój się Boga, ledwo zaczęłaś mówić, a już zaciągasz wschodem, przecież w rodzinie nikt tak nie mówił, prababcia pochodziła Zamościa, pradziadek z Puław, język spłaszczył się po wojnie, przejechał po nim czołg, rozstrzelał zaśpiew” (s. 9). Doświadcza przemocy słownej i fizycznej ze strony rówieśników: „jak się nie jąka, to gada jak ruska” (s. 54). Już w tak młodym wieku podejmuje kilka prób samobójczych, między innymi rzuca się pod pędzącą ciężarówkę. Jest martwa w środku, życie stanowi dla niej przykry obowiązek. Za niczym nie tęskni, nie ma żadnych celów na przyszłość. Wciąż liczy na to, że ogień strawi tę „pierdoloną Polskę”, ale nie ma na to szans, pogodynka wciąż zapowiada deszcze. Malwina wracająca w rodzinne strony w wieku 36 lat stwierdzi: „Jestem kłębkiem nerwów z niewybrednym akcentem” (s. 6).
Postpamięć a doświadczenie wojny
Ta opowieść o rodzinnej traumie, w której Malwina nie ma własnej osobowości, tylko jest zlepiona z fragmentów historii deportowanej w dzieciństwie na Syberię babki, z jej lęków, snów i koszmarów, doskonale wpisuje się w pojęcie postpamięci. Katarzyna Kaniowska wyjaśnia, że kryje się pod tym pojęciem pamięć indywidualna, która „gromadzi treści zapamiętane i tkwiące w świadomości, niepochodzące z naszego własnego doświadczenia, ale z doświadczenia naszych bliskich, którzy opowiadając o nim, przeżywali je z nami powtórnie” (Kaniewska: 2025). Postpamięć odnosi się do doświadczeń osób, które dorastały w cieniu traumatycznych opowieści sprzed ich narodzin – historii tak trudnych, że nie sposób ich w pełni pojąć czy wiernie odtworzyć. Kształtowanie jednostki w oparciu o postpamięć polega na przyswajaniu elementów tożsamości bliskich osób. Kluczową rolę odgrywa tu empatia i zdolność do wczuwania się w przeżycia członków rodziny.
Podobną, postapamięciową narrację znajdziemy w innym debiucie polskiej pisarki – w „Toń” Ishbel Szatrawskiej, sadze opowiadającej o losach trzech pokoleń rodziny na tle historii Prus Wschodnich. Autorka miesza trzy plany czasowe: II wojnę światową i upadek twierdzy Königsberg, okres powojenny i czasy współczesne. Alicja, wnuczka głównej bohaterki, prowadzi badania nad zgwałconymi uchodźczyniami z Kresów Wschodnich – Ukrainkami i Polkami, ale też autochtonkami, Niemkami. Nie mówi nikomu, że od lat dręczy ją sen, w którym jest krzywdzona w piwnicy z twarzą wciśniętą w kupę węgla. Nie może wiedzieć, że w czasie wojny jej babka została zgwałcona przez radzieckich żołnierzy, gdy leżała w stodole w sianie i tak, jak ona, nie mogła złapać oddechu. Dorastanie młodej kobiety zostało zdeterminowane przez to, co wydarzyło się bliskiej jej osobie, a jej własne przeżycia zostały wyparte przez traumatyczne, wcześniejsze historie.
Malwina w „Końcu” nie tyle wczuwa się w doświadczenie babki, co przeżywa je na nowo. Lotka nie jest w stanie udźwignąć ciężaru wojennych przeżyć, dlatego mimowolnie przekazuje go wnuczce: „Wiedziałam, że znowu nie będzie spała, a ja znowu zasnę. Znowu zrzuci swoje życie w przepaść prosto na mnie” (s. 136). Pojawia się jednak pytanie, w jaki sposób dziewczynka poznała dzieje swojej rodziny? Pokolenia te są zazwyczaj wychowane w milczeniu przodków, historiach opowiadanych aluzjami, czasem żartami, najczęściej w okolicznościach zakropionych alkoholem. Czy faktycznie Malwina jest łapaczką snów i wspomnień, swoistym dybukiem oddającym głos umarłym? Hermanowicz wprowadza wątki magiczne; pojawia się postać laszacichy, wiedźmy, która podmieniła Lotkę i Malwinę. „Czekam na Boga, ale zamiast niego objawia się laszacicha. Zsuwa się z gałęzi, chwyta mnie za ramię. Chichocze prosto do ucha, widzisz, diewoczka, jak cię pięknie podmieniłam, sama nie wiesz, czyś młoda, czy stara, żywa czy umarła” (s. 190) – relacjonała Lotka wyprawę na jagody do lasu. Z kolei Malwina, przebywająca w szpitalu psychiatrycznym po wyskoczeniu z okna, mówiła: „Czasem patrzyłam na siebie w lustrze, wyglądałam jak babcia. Lotka, mówcie do mnie, Lotka, prosiłam. Lotka brzmi prawie jak latawiec, prawie jak lunatyczka. Jestem babcią, podmieniła nas laszacicha” (s. 276).
Momentami Malwina dosłownie przeistacza się w babkę, nie tylko pod względem przeżywanych emocji czy zachowania, ale też wyglądu zewnętrznego. Dziewczynka nie bawi się, nie psoci, nie śmieje się jak normalne dziecko – jej ojciec zwracał uwagę na to, że w domu panuje cisza zupełnie jakby nie było w nim kilkulatki. Rówieśnicy nazywają ją „starą-maleńką”, „dzidzią-piernik”. W jej środku mieszka mała staruszka: „Mama przebrała mnie za babcię, nałożyła sweter z tęczowym włosiem, podwinęła rękawy, przypięła metalową broszkę” (s. 151). Dorosła Malwina wciąż wozi ze sobą lisie czapy, które na zesłaniu jej prababka i pradziadek dostali w paczce od sąsiadki z Wołynia, oraz zdjęcia umarłych krewnych. „Nie potrafię porzucić staroci” (s. 114) stwierdza.
Malwina funkcjonuje jednocześnie w dwóch rzeczywistościach – wojennej zawieruchy na Kresach i w Syberii oraz Polski lat 90. Te plany czasowe mieszają się, nakładają na siebie. Autorka płynnie przeprowadza czytelnika z jednego w drugi. Przeskoki nie są oznaczone, na początku niektórych akapitów trudno odróżnić, co dzieje teraz, a co działo się podczas wojny. Wszystkie zdarzenia łączą się, a narratorka ma dziewięć lat i jest jednocześnie Lotką i Malwiną. „Jestem podzielona. Składam się z pięćdziesięciu dwóch zakątków, jeden ciemniejszy od drugiego. Nie wiem, czy jestem żywa, czy umarła, przykryjcie mnie ziemią. Miotam się między wtedy i teraz, stara dusza, niewypał z czasów wojny, dziecko relikt przeszłości” (s. 4) mówi o sobie. Liczba 52 pojawia się bardzo często – 52 metry kwadratowe ma mieszkanie na nowosolskim osiedlu „Przyszłości”, gdzie dziewczynka żyje z matką i babką. Rodzinę Lotki zesłano do obozu pracy w głębi syberyjskiej tajgi, które było nazywane „pięćdziesiątym drugim zakątkiem”. Dziewczynki łączą nawet te same choroby – Leokadia podczas zsyłki zapadła na kurzą ślepotę, u Malwiny podczas rutynowej kontroli pielęgniarka stwierdza dużą wadę wzroku. „Niewidzenie” jednak nie pomaga w zmaganiach z rzeczywistością.
Pomimo tego, że na ścianach mieszkania wiszą krzyże, a babka trzyma w meblach książeczki do nabożeństwa, to nie jest religijną osobą. Wydaje się, że gdy pociąg z bydlęcymi wagonami zapuszczał się w głąb Rosji, ona oddalała się od Boga, a w pięćdziesiątym drugim zakątku towarzyszyło jej przekonanie, że Stwórca opuścił wszystkich przebywających na tym końcu świata. Może dlatego Malwina szuka pocieszenia w modlitwie, garnie się do kościelnej wspólnoty. Tak opisuje spowiedź przed Pierwszą Komunią Świętą: „Przyklęknęłam i wyznałam winę, śnię sny babki, przez całą noc i cały dzień jestem na wojnie, noszę w sobie i za sobą umarłych, pociętych, uratowanych przed wirem pralki. […] A ja mu na to, że nie wiem, czy jestem żywa, czy umarła. Czy jestem Malwiną, czy Lotką. Czy mieszkam w Nowej Soli, czy w pięćdziesiątym drugim zakątku. Ale on już odpuścił, zasłonił kratkę w konfesjonale, koniec audiencji” (s. 179-180). Dziewczynka ostatecznie przeżyła rozczarowanie, nie znalazła pocieszenia wśród wierzących.
Chociaż z pozoru okoliczności, w których dziewczynki spędzały dzieciństwo, są diametralnie różne – Malwina przecież dorasta już w wolnej Polsce po transformacji ustrojowej, to jednak czasy te nie są przedstawione w pozytywny sposób. Wręcz przeciwnie, są równie szare, posępne i trudne do życia jak okres wojenny. Często idealizowane w kulturze, kolorowe lata 90. są w prozie Hermanowicz kiczowate i groteskowe, a ludzie nieszczęśliwi, skrywający tajemnice, często targający się na własne życie. Autorka z wyczuciem kreśli bogate w szczegóły, pejzaże społeczeństw tamtych czasów.
Tragedia wojny nie kończy się wraz z podpisaniem traktatów pokojowych, ona trwa w ofiarach i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie – niechciana rodzinna pamiątka, której nie jest łatwo się pozbyć. Trauma jest dziedziczna jak kolor oczu. Malwina jest reprezentantką trzeciego pokolenia ocalałych i – wedle tego, co w swoich książkach pisał chociażby Mikołaj Grynberg – to na niej spoczywa w dużej mierze ciężar katastrofy. A co z reprezentantką drugiego pokolenia? Podczas gdy wnuczka przejmuje i przetwarza babciny życiorys, matka Urszula stanowi swego rodzaju wyrwę, przecięcie pomiędzy nimi. Kobieta stara się prowadzić zwykłe życie, zająć pracą w bibliotece, jednak również musi mierzyć się z chaosem i nieprzepracowanymi emocjami. Próbuje ustanowić porządek poprzez ciągłe, obsesyjne sprzątanie i przesuwanie mebli. Nie otrzymawszy miłości i wsparcia od zobojętniałej przez wojenne cierpienie matki, sama nie potrafiła przekazać tych wartości swojej córce. Nie radzi sobie ze sposobem bycia dziewczynki, nie wie, jak jej pomóc. Mówi jej tylko, że musi być twarda, stworzyć wokół siebie pancerz, przez który nic się nie przedostanie.
Dla Sybiraków pasażerami na gapę są wszechobecne pluskwy, wszy i inne robactwo, które chodzi po skórze i kąsa. Dla Malwiny nieproszonymi gośćmi są zmarli: „Wiecznie muszę targać coś nieswojego i martwego” (s. 132) – mówi – „Takie słabe ciało z niepasujących elementów, a tak wiele obcych dusz w sobie nosi. Razem z dymem wypuszczam małe demony, drapią w gardle, chociaż ledwo żywe, podtopione w jeziorze umarłych” (s. 131). Dziewczynka nie wie, jak się ich pozbyć. Oni wciąż powracają. Te przebłyski podświadomości doskonale oddaje pędząca, gorączkowa narracja i język szukający nowych rejestrów, pełen powtarzających się haseł i przekleństw, refrenów pieśni, fragmentów modlitw i patriotycznych wierszy. Taki sposób pisania oddaje odczucia osób cierpiących na zespół stresu pourazowego. Opowiadanie jednak nie obłaskawia świata, nie sprawia, że staje się on znośniejszy. Malwina wie, skąd pochodzi i skąd wzięły się jej traumy, ale nie wie, dokąd zmierza. Wie tylko, co było na początku. I że wraca – końca nie ma.
LITERATURA:
Kaniewska K.: „Postpamięć”, https://cbh.pan.pl/pl/postpami%C4%99%C4%87 dostęp: 20.02.2025.
„Koniec” ma 39 rozdziałów, co w sposób dość oczywisty nawiązuje do fatalnego roku wybuchu wojny. W posłowiu autorka przyznaje, że zainspirowała się historią własnej rodziny – jej bliscy zostali zesłani na Syberię. Zmyślone wydarzenia przeplatają się z prawdziwymi, a wiedzę o faktach pisarka czerpała z książek i archiwów kwartalnika „Karta” , dokumentacji wywózek na Sybir i dziejów armii Andersa.
Śni nieswoje sny
Malwina śni sny swojej babki. Zmuszona do mieszkania z nią w jednym pokoju w małym, nowosolskim mieszkaniu, niejako przez transmisję przejmuje jej wspomnienia, koszmary o przeszłości. Starsza pani cierpi na bezsenność, drzemie może godzinę, dwie przed telewizorem, a resztę nocy szura między pokojem, kuchnią a korytarzem: „Obie po swojemu zapadałyśmy w ciemność. […] W mój sen wchodziło to, o czym śniłaby babcia. Ale nie śniła. Bo nie spała. Nie spała, bo nie chciała tych snów. Dawała mi je na chwilę na przechowanie, na przemilczenie tego, co się widziało” (s. 16).
Dziewczynka w nocy konfrontuje się z przeszłością babki, w dzień musi mierzyć się z własną codziennością. Jest zamknięta w sobie i samotna. Nie ma przyjaciół, jej jedynymi kompanami są zmarli członkowie rodziny, a właściwie fragmenty ich fotografii wycięte z rodzinnego albumu i ułożone w klaserze. Ojciec, obwoźny sprzedawca krasnali ogrodowych, jest wiecznie nieobecny, zajęty raczej kobietami i alkoholem niż własną rodziną, a gdy już się pojawia, to uskutecznia dobre wychowanie przy użyciu pasa. Kobiety głównie karmią, ale nie potrafią okazać żadnej czułości. Leokadia, która w czasie zsyłki doświadczyła dotkliwego głodu, wciąż tylko kisi ogórki, smaży pomidory na przeciery, gotuje konfitury. Zapasy słoików piętrzą się w piwnicy, a z zalegających wyrobów są przygotowywane kolejne posiłki. Specjalnością babki jest zupa ogórkowa, którą wmusza we wnuczkę: „Zjedz coś, Malwinko, kotku, kotulku, skarbeńku. A mi nic nie przechodziło przez gardło, straciłam smak, czułam tylko wyrwę w języku. Nie byłam głodna” (s. 182). Gdy Lotka była na Syberii, marzyła o bułeczce drożdżowej. Dlatego na starość codziennie je drożdżówkę z serem. Upycha w szafach kromki chleba na wypadek, gdyby napadli ich Niemcy, a dziewczynka przejmuje od niej również ten nawyk.
Malwina jest obdarzona niezwykłą wrażliwością, co niestety czyni z niej postać kompletnie nieprzystosowaną. Jąka się i mówi ze wschodnim akcentem: „A ona nazywała mnie dzieckiem zepsutym, przeterminowanym, jakimś takim radzieckim. Dziecko, bój się Boga, ledwo zaczęłaś mówić, a już zaciągasz wschodem, przecież w rodzinie nikt tak nie mówił, prababcia pochodziła Zamościa, pradziadek z Puław, język spłaszczył się po wojnie, przejechał po nim czołg, rozstrzelał zaśpiew” (s. 9). Doświadcza przemocy słownej i fizycznej ze strony rówieśników: „jak się nie jąka, to gada jak ruska” (s. 54). Już w tak młodym wieku podejmuje kilka prób samobójczych, między innymi rzuca się pod pędzącą ciężarówkę. Jest martwa w środku, życie stanowi dla niej przykry obowiązek. Za niczym nie tęskni, nie ma żadnych celów na przyszłość. Wciąż liczy na to, że ogień strawi tę „pierdoloną Polskę”, ale nie ma na to szans, pogodynka wciąż zapowiada deszcze. Malwina wracająca w rodzinne strony w wieku 36 lat stwierdzi: „Jestem kłębkiem nerwów z niewybrednym akcentem” (s. 6).
Postpamięć a doświadczenie wojny
Ta opowieść o rodzinnej traumie, w której Malwina nie ma własnej osobowości, tylko jest zlepiona z fragmentów historii deportowanej w dzieciństwie na Syberię babki, z jej lęków, snów i koszmarów, doskonale wpisuje się w pojęcie postpamięci. Katarzyna Kaniowska wyjaśnia, że kryje się pod tym pojęciem pamięć indywidualna, która „gromadzi treści zapamiętane i tkwiące w świadomości, niepochodzące z naszego własnego doświadczenia, ale z doświadczenia naszych bliskich, którzy opowiadając o nim, przeżywali je z nami powtórnie” (Kaniewska: 2025). Postpamięć odnosi się do doświadczeń osób, które dorastały w cieniu traumatycznych opowieści sprzed ich narodzin – historii tak trudnych, że nie sposób ich w pełni pojąć czy wiernie odtworzyć. Kształtowanie jednostki w oparciu o postpamięć polega na przyswajaniu elementów tożsamości bliskich osób. Kluczową rolę odgrywa tu empatia i zdolność do wczuwania się w przeżycia członków rodziny.
Podobną, postapamięciową narrację znajdziemy w innym debiucie polskiej pisarki – w „Toń” Ishbel Szatrawskiej, sadze opowiadającej o losach trzech pokoleń rodziny na tle historii Prus Wschodnich. Autorka miesza trzy plany czasowe: II wojnę światową i upadek twierdzy Königsberg, okres powojenny i czasy współczesne. Alicja, wnuczka głównej bohaterki, prowadzi badania nad zgwałconymi uchodźczyniami z Kresów Wschodnich – Ukrainkami i Polkami, ale też autochtonkami, Niemkami. Nie mówi nikomu, że od lat dręczy ją sen, w którym jest krzywdzona w piwnicy z twarzą wciśniętą w kupę węgla. Nie może wiedzieć, że w czasie wojny jej babka została zgwałcona przez radzieckich żołnierzy, gdy leżała w stodole w sianie i tak, jak ona, nie mogła złapać oddechu. Dorastanie młodej kobiety zostało zdeterminowane przez to, co wydarzyło się bliskiej jej osobie, a jej własne przeżycia zostały wyparte przez traumatyczne, wcześniejsze historie.
Malwina w „Końcu” nie tyle wczuwa się w doświadczenie babki, co przeżywa je na nowo. Lotka nie jest w stanie udźwignąć ciężaru wojennych przeżyć, dlatego mimowolnie przekazuje go wnuczce: „Wiedziałam, że znowu nie będzie spała, a ja znowu zasnę. Znowu zrzuci swoje życie w przepaść prosto na mnie” (s. 136). Pojawia się jednak pytanie, w jaki sposób dziewczynka poznała dzieje swojej rodziny? Pokolenia te są zazwyczaj wychowane w milczeniu przodków, historiach opowiadanych aluzjami, czasem żartami, najczęściej w okolicznościach zakropionych alkoholem. Czy faktycznie Malwina jest łapaczką snów i wspomnień, swoistym dybukiem oddającym głos umarłym? Hermanowicz wprowadza wątki magiczne; pojawia się postać laszacichy, wiedźmy, która podmieniła Lotkę i Malwinę. „Czekam na Boga, ale zamiast niego objawia się laszacicha. Zsuwa się z gałęzi, chwyta mnie za ramię. Chichocze prosto do ucha, widzisz, diewoczka, jak cię pięknie podmieniłam, sama nie wiesz, czyś młoda, czy stara, żywa czy umarła” (s. 190) – relacjonała Lotka wyprawę na jagody do lasu. Z kolei Malwina, przebywająca w szpitalu psychiatrycznym po wyskoczeniu z okna, mówiła: „Czasem patrzyłam na siebie w lustrze, wyglądałam jak babcia. Lotka, mówcie do mnie, Lotka, prosiłam. Lotka brzmi prawie jak latawiec, prawie jak lunatyczka. Jestem babcią, podmieniła nas laszacicha” (s. 276).
Momentami Malwina dosłownie przeistacza się w babkę, nie tylko pod względem przeżywanych emocji czy zachowania, ale też wyglądu zewnętrznego. Dziewczynka nie bawi się, nie psoci, nie śmieje się jak normalne dziecko – jej ojciec zwracał uwagę na to, że w domu panuje cisza zupełnie jakby nie było w nim kilkulatki. Rówieśnicy nazywają ją „starą-maleńką”, „dzidzią-piernik”. W jej środku mieszka mała staruszka: „Mama przebrała mnie za babcię, nałożyła sweter z tęczowym włosiem, podwinęła rękawy, przypięła metalową broszkę” (s. 151). Dorosła Malwina wciąż wozi ze sobą lisie czapy, które na zesłaniu jej prababka i pradziadek dostali w paczce od sąsiadki z Wołynia, oraz zdjęcia umarłych krewnych. „Nie potrafię porzucić staroci” (s. 114) stwierdza.
Malwina funkcjonuje jednocześnie w dwóch rzeczywistościach – wojennej zawieruchy na Kresach i w Syberii oraz Polski lat 90. Te plany czasowe mieszają się, nakładają na siebie. Autorka płynnie przeprowadza czytelnika z jednego w drugi. Przeskoki nie są oznaczone, na początku niektórych akapitów trudno odróżnić, co dzieje teraz, a co działo się podczas wojny. Wszystkie zdarzenia łączą się, a narratorka ma dziewięć lat i jest jednocześnie Lotką i Malwiną. „Jestem podzielona. Składam się z pięćdziesięciu dwóch zakątków, jeden ciemniejszy od drugiego. Nie wiem, czy jestem żywa, czy umarła, przykryjcie mnie ziemią. Miotam się między wtedy i teraz, stara dusza, niewypał z czasów wojny, dziecko relikt przeszłości” (s. 4) mówi o sobie. Liczba 52 pojawia się bardzo często – 52 metry kwadratowe ma mieszkanie na nowosolskim osiedlu „Przyszłości”, gdzie dziewczynka żyje z matką i babką. Rodzinę Lotki zesłano do obozu pracy w głębi syberyjskiej tajgi, które było nazywane „pięćdziesiątym drugim zakątkiem”. Dziewczynki łączą nawet te same choroby – Leokadia podczas zsyłki zapadła na kurzą ślepotę, u Malwiny podczas rutynowej kontroli pielęgniarka stwierdza dużą wadę wzroku. „Niewidzenie” jednak nie pomaga w zmaganiach z rzeczywistością.
Pomimo tego, że na ścianach mieszkania wiszą krzyże, a babka trzyma w meblach książeczki do nabożeństwa, to nie jest religijną osobą. Wydaje się, że gdy pociąg z bydlęcymi wagonami zapuszczał się w głąb Rosji, ona oddalała się od Boga, a w pięćdziesiątym drugim zakątku towarzyszyło jej przekonanie, że Stwórca opuścił wszystkich przebywających na tym końcu świata. Może dlatego Malwina szuka pocieszenia w modlitwie, garnie się do kościelnej wspólnoty. Tak opisuje spowiedź przed Pierwszą Komunią Świętą: „Przyklęknęłam i wyznałam winę, śnię sny babki, przez całą noc i cały dzień jestem na wojnie, noszę w sobie i za sobą umarłych, pociętych, uratowanych przed wirem pralki. […] A ja mu na to, że nie wiem, czy jestem żywa, czy umarła. Czy jestem Malwiną, czy Lotką. Czy mieszkam w Nowej Soli, czy w pięćdziesiątym drugim zakątku. Ale on już odpuścił, zasłonił kratkę w konfesjonale, koniec audiencji” (s. 179-180). Dziewczynka ostatecznie przeżyła rozczarowanie, nie znalazła pocieszenia wśród wierzących.
Chociaż z pozoru okoliczności, w których dziewczynki spędzały dzieciństwo, są diametralnie różne – Malwina przecież dorasta już w wolnej Polsce po transformacji ustrojowej, to jednak czasy te nie są przedstawione w pozytywny sposób. Wręcz przeciwnie, są równie szare, posępne i trudne do życia jak okres wojenny. Często idealizowane w kulturze, kolorowe lata 90. są w prozie Hermanowicz kiczowate i groteskowe, a ludzie nieszczęśliwi, skrywający tajemnice, często targający się na własne życie. Autorka z wyczuciem kreśli bogate w szczegóły, pejzaże społeczeństw tamtych czasów.
Tragedia wojny nie kończy się wraz z podpisaniem traktatów pokojowych, ona trwa w ofiarach i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie – niechciana rodzinna pamiątka, której nie jest łatwo się pozbyć. Trauma jest dziedziczna jak kolor oczu. Malwina jest reprezentantką trzeciego pokolenia ocalałych i – wedle tego, co w swoich książkach pisał chociażby Mikołaj Grynberg – to na niej spoczywa w dużej mierze ciężar katastrofy. A co z reprezentantką drugiego pokolenia? Podczas gdy wnuczka przejmuje i przetwarza babciny życiorys, matka Urszula stanowi swego rodzaju wyrwę, przecięcie pomiędzy nimi. Kobieta stara się prowadzić zwykłe życie, zająć pracą w bibliotece, jednak również musi mierzyć się z chaosem i nieprzepracowanymi emocjami. Próbuje ustanowić porządek poprzez ciągłe, obsesyjne sprzątanie i przesuwanie mebli. Nie otrzymawszy miłości i wsparcia od zobojętniałej przez wojenne cierpienie matki, sama nie potrafiła przekazać tych wartości swojej córce. Nie radzi sobie ze sposobem bycia dziewczynki, nie wie, jak jej pomóc. Mówi jej tylko, że musi być twarda, stworzyć wokół siebie pancerz, przez który nic się nie przedostanie.
Dla Sybiraków pasażerami na gapę są wszechobecne pluskwy, wszy i inne robactwo, które chodzi po skórze i kąsa. Dla Malwiny nieproszonymi gośćmi są zmarli: „Wiecznie muszę targać coś nieswojego i martwego” (s. 132) – mówi – „Takie słabe ciało z niepasujących elementów, a tak wiele obcych dusz w sobie nosi. Razem z dymem wypuszczam małe demony, drapią w gardle, chociaż ledwo żywe, podtopione w jeziorze umarłych” (s. 131). Dziewczynka nie wie, jak się ich pozbyć. Oni wciąż powracają. Te przebłyski podświadomości doskonale oddaje pędząca, gorączkowa narracja i język szukający nowych rejestrów, pełen powtarzających się haseł i przekleństw, refrenów pieśni, fragmentów modlitw i patriotycznych wierszy. Taki sposób pisania oddaje odczucia osób cierpiących na zespół stresu pourazowego. Opowiadanie jednak nie obłaskawia świata, nie sprawia, że staje się on znośniejszy. Malwina wie, skąd pochodzi i skąd wzięły się jej traumy, ale nie wie, dokąd zmierza. Wie tylko, co było na początku. I że wraca – końca nie ma.
LITERATURA:
Kaniewska K.: „Postpamięć”, https://cbh.pan.pl/pl/postpami%C4%99%C4%87 dostęp: 20.02.2025.
Marta Hermanowicz: „Koniec”. ArtRage. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

