ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (515) / 2025

Marcel Myrta,

ZIELNIK

A A A
Zielnik

          1.

         Mięśnie pieką od wysiłku, gdy wreszcie zrzucam z pleców ciało. Upada bez protestu. Otoczenie hałdy jest ciche. Tylko szum wiatru zawodzi nad szczytem, niosąc echa dawnych maszyn.

Osuwam się na kolana i zanurzam dłonie w suchej ziemi, która kruszy się pod moimi palcami jak popiół. Pozwalam ostrym kamieniom ranić miękką skórę dłoni. Chłodna tkanka poprzemysłowego grobowca nie ma zapachu. 

Dół, który powstaje, jest płytki, ledwie dostateczny, by pomieścić to, co mam pochować. Spoczywająca na dnie sylwetka zdaje się mienić w świetle księżyca. Należące kiedyś do mnie oczy, wpatrują się pusto w przestrzeń. Czuję odruch wymiotny. Mam ochotę rozdrapać brudnymi paznokciami każdy milimetr delikatnego naskórka, aby nikt nie mógł już więcej nazwać jej piękną. 

A mimo to się wzruszam. Muskam chropowatą powierzchnię jej ust, suchych od wiecznego zagryzania warg i składam na nich delikatny pocałunek. Czy tak wyobrażała sobie swoją śmierć? 

Odchodząc, jeszcze raz patrzę się za siebie. Dwa grobowce. Mój i ten większy, nasz – wznoszący się nad ziemią jak zgrubiała blizna. 

         2.

        Patrzę na porastające hałdę brzozy. Z kora białą jak bandaże, wydają się metabolizować zakopane w ziemi zawodzenia kopalni. Czuję na sobie spojrzenia ich czarnych oczu. Mam brud pod paznokciami. 

Na granicy obłędu szukam miejsca, gdzie zakopałem ciało. Pod czaszką roi mi się od myśli, lamentujących zgodnie nad zbroją kobiecości, która teraz rdzewieje, traci blask. Wraz z nimi błagam, by zimny metal znów odbierał mi oddech. I nie wiem już, czyj głos podpowiada, że przecież choć duszno, było w niej całkiem przytulnie. 

Twarde pędy rdestowca szczerzą się do mnie upiornym uśmiechem różowych łodyg, rażąc w oczy bezceremonialną witalnością. Słyszę, jak szepczą między sobą. One by się nie poddały. Jak zranione zwierzę, podkulam ogon i zakopuję się w sobie, liżąc rany, aż moja skóra staje się różowa i wilgotna, a ślina nabiera smaku krwi.

Wtedy widzę go. Otulony całunem chwastów niemal wtapia się w tło. I rozumiem, że nie należy już do mnie. Wśród rdestu i trzciny, znajduję biały kwiat jasnoty. Ładny. Zrywam go ostrożnie i wkładam do kieszeni.

          3.

          Na podłodze z brunatnej sklejki rozpalam ognisko w gniewnym rytuale. Zakładam psom przerażenia nabijane ćwiekami obroże i pozwalam pociągnąć się na przód. Szczekamy razem. Mówią, że potrzeba mi trochę więcej bezrefleksyjnej pewności siebie i mniej pokory.

Ostre promienie słońca na moim policzku głoszą samobójstwo ludzkości. Biegnąc, nie obchodzi mnie już czym jestem; kobietą, mężczyzną, ludzkim czy nieludzkim stworem. Sobą? Z brudnych od smogu płuc wypuszczam dziki skowyt wychwalający życie z całym tym bólem. Ból rodzi transformację. Wskakuję w niego na główkę, bo tylko tak otworzę czaszkę na piękno.

I tylko chłodny pocałunek księżyca szepce, aby się zatrzymać i nie zapomnieć o czułości. Moja skóra pachnie krwią i jeżynami.

          4.

       Niebo jest w kolorze sinej szarości. Odgłosy ptaków, budzących się z zimowego letargu wkradają się do zaspanej świadomości, nakazując rozprostować zesztywniałe kończyny. Okrywającą mnie błonę pokrywa puch pleśni, a ja tulę policzek do jej aksamitnego ciała. Oczy iskrzą nadzieją. Po omacku odszukuję dłonią zamek i rozpinam ostrożnie kokon. Splecione ze sobą w miękką skorupę białe nitki pragnień, mienią się słońcem poranka. Kiedy wstaję, chłodne powietrze łaskocze skórę, pozostawiając na niej gęsią skórkę. Czuję, że wracam.

Z gazet głoszących apokalipsę wyjmuję kolejne okazy: tawula biała, robinia akacjowa, żmijowiec zwyczajny. Obok rozkładam własne ciało. Moje palce wodzą powoli po kępkach ostrych włosków, smukłych łodygach, miękkich puchach. Ściegi blizn przypominają żyłki na liściach poziomek. Wszystko to wklejam ostrożnie do zielnika.

          5.

          Ziemia niczyja, spacer po sobie. Z rozkoszą wyleguję się wśród koślawych gałęzi sosen, wpychając do ust ciepłe od słońca poziomki. Fala czerwonej słodyczy wymywa ze znużonego mózgu myśli. Bezwstydnie owijam się komfortem licząc, że niepokoje zatłoczonego miasta i dusznych autobusów mnie tu nie znajdą.

Porośnięty bujną zielenią nagrobek pulsuje pod moimi plecami. Czasem próbuję jeszcze przypomnieć sobie, czyje ciało spoczywa pod miękkim całunem traw, ale gdy tylko wyciągam dłonie w stronę rozgrzanej gleby, tępe ukłucie starego bólu, każe cofnąć lepkie od słodkiego soku palce. Wzdycham lekko, wypełniając płuca wonnym oddechem roślin i szepczę im na ucho, że nawet na końcu świata można całkiem wygodnie żyć.

 

Zdjęcie wykonała Joanna Soćko.