ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (515) / 2025

Aleksandra Krysińska,

ODPUSZCZANIE KORZENI

A A A
Odpuszczanie korzeni

Wgłębienie między jej kciukiem a palcem wskazującym pachnie starą osobą, która dosiadła się do mnie dzisiaj w tramwaju. Straciła już płeć, siłę w rękach, ruchomość stawów. Obłożyła się szeleszczącymi siatami w kratkę, czuć było z nich marynatę na bazie octu. Odwróciłam wtedy twarz w stronę okna, żeby móc oddychać czymś bardziej przejrzystym. Skończyło się na sierści splecionej z poliestrowymi włóknami mojej kurtki. Zapach dalej gęsty, ale wciąż lepszy niż to. Na przystanek prawie wybiegłam, potykając się o ucho torby w kratę.

Teraz, kiedy wyczuwam starczą nutę w dłoni, jej dłoni, wciskam nos w pobrużdżoną korę, próbując zrozumieć. Im mocniej się zaciągam, tym woń staje się bardziej neutralna. Znikają nuty kul na mole, kurzu, potu, geranium, szarego mydła i wszystkiego, co gnije w rogu kuchni.

Znalazłam ją leżącą na zarośniętym nasypie kolejowym. Zwinięta jest w kłębek. Kora biała, niczym łuszcząca się farba szkolnego korytarza, pęka poziomymi, ciemnymi bliznami. Ślad po ostrzu żyletki, oczko w rajstopach, rzaz na krwawiącym żywicą pniu. Giętkie pędy wyrastają z jej łydek i ramion, próbują zakotwiczyć się w sypkiej glebie. Z pleców staczają się grudki ziemi. Wypuszcza korzenie, czy je odpuszcza? Zarasta? Drewnieje? Ktoś ją wykopał, siłą wyrwał ziemi. Stąd ta bladość i bezlistność – nie przywykła do słońca. Wydaje się młoda, a wcale taka nie jest. Długo była schowana – pewnie stąd ten zapach.

Na balkonie mam dużą donicę po krzaku borówki amerykańskiej. Tego lata pozbyłam się pnia, wydłubałam korzenie. Nie wypuściła prawie żadnych owoców w tym roku, a w poprzednim i tak ptaki mnie ubiegły. Szukałam rośliny, którą mogłabym tam zagrzebać i dałaby mi więcej niż nietutejszy krzew owocowy. Podważam więc siwe palce i zalążki korzenia. Tu i tak by uschła. U mnie będzie jej lepiej.

Nie dam rady unieść jej całej, więc szukam naturalnych złączeń, kolanek, łokietków, innych stawów. Nie potrzeba dużo siły, by rozeszły się pod naciskiem dłoni, wypuszczając jedynie odrobinę oskoły. Słodki zapach przyciąga muchy. Zamiast je odgonić, pozwalam im przysiąść na plamach soku, przywrzeć do rany, udusić się lepkim smakiem. W domu wydrapię truchełka pęsetą. Teraz najważniejsze jest zmieścić wszystko w torbach i przenieść.

Układam w jednej siatce same kończyny, starając się nie uszkodzić młodziutkich pędów. W drugiej ledwo mieszczę tułów. Głowę trzymam pod pachą. Spod przymkniętych powiek wypływa gęsta, bursztynowa kropla i zaraz zastyga. Później złożę wszystko w całość, gdzie trzeba, dam podpórkę, kupię dobry nawóz – taki droższy, z kwiaciarni, a nie rozcieńczany z marketu. Będę ją podlewać. Wychowam jak swoją. Zamiast kulić się przy ziemi, będzie rosnąć wzwyż.

Mija czas.

– Tego nie wyrzucaj. Przecież to krwawnik. Damy do sałatki.

– Jest jadalny?

– Do tego użyteczny. Działa rozkurczowo, pomaga na żołądek. To żaden śmieć.

– A to?

– Glistnik jaskółcze ziele. Samo dobro. Zostaw, wiosną będziemy zbierać.

– Tego też nie znam. Jak się nazywa?

– Nie wiem. Można spalić.

Potem długo milczy. Wiem, że to nie koniec pytań, ale skupiam się na zbiorach. Ona, zamiast przeszukiwać wzrokiem działkę, chodzić pochylona, wzbija wzrok w zarośnięty nasyp, na którym ją znalazłam.

– A mnie dlaczego nie spaliłaś?

– Co to za pytanie.

– Jak się nazywam?

– Za dużo w tobie metali ciężkich. Pochodzenia nie wymażesz. Udusiłabyś mnie, gdybym spróbowała podłożyć ogień.

Nie dopytuje więcej. Ja unikam jej wzroku. Nie chcę patrzeć na krzywo zrośnięte z tułowiem pnie ud, łodygowe ścięgna. Porusza się z trudem, przy każdym ruchu połyskująca wydzielina spływa z karbowanych zrostów. Widzę jak jej białe betuliną stopy wypuszczają nieśmiałe pędy przy każdym zetknięciu z ziemią. Każdy krok jest bólem, rozdarciem tych jej części, które potrzebują gruntu pod nogami. To nie moja wina, powtarzam sobie ciągle. Ona już taka była, ja tylko dałam jej cel. Kto wie, co by się stało, gdybym ją zostawiła samą, skuloną, leżącą na zimnej ziemi. Brzoza to drzewo cmentarne, tak mi mówiła babcia.

 

Zdjęcie wykonała Barbara Kubska.