ROŚLINNE LONG STORY SHORT
A
A
A
[roślinne long story s h o r t ]
Byliśmy rozległą zbiorowością, aż po horyzont. W naszych trawach chowały się setki owadów i robali. Gdy te małe stworzenia umierały, gleba pobierała z ich martwych ciał pożywkę dla siebie, co pozwalało jej być lepszą dla nas.
Czasami w słoneczne dni zdarzało się nam wabić innych kwiatami – ich słodkim pyłkiem i barwnymi płatkami. Kiedy teraz o tym myślimy, cóż, chyba przyciągaliśmy do siebie zbyt mocno.
Najpierw zgniatał nas swoim ciężarem, to biegając po nas, to jedząc pikniki na ciężkich, duszących kocach. Pił i palił, zostawiając po sobie śmieci. Zostaliśmy przez niego sprzedani i kupieni. Złoty interes, dobry grunt i lokalizacja! – krzyczała reklama, przez którą nas zrównano, zabito i pogrzebano.
Każdego dnia próbowaliśmy się przebić do światła. Na marne. Blokowały nas ciężkie stosy cegieł, wyrastające na ziemi niczym wielkie pnie drzew, a trujące substancje przedostały się wszędzie, nawet do gleby. Kolejne monstra pojawiały się w zawrotnym tempie, aż powstała ich cała gromada. Po nas zostały tylko niszczejące korzonki. Nasze truchła.
Pogodziliśmy się z losem… Aż pewnego dnia stukot, łomot i szmer ucichły. Ceglane monstra zamarły. Ucieszyliśmy się, gdy razem z ciszą pojawiły się pęknięcia. Powietrze się oczyściło, zobaczyliśmy światło. Poczuliśmy siłę.
Najlepsi z nas wyruszyli w podróż do światła. Mozolnie wspinali się po murach, zakorzeniali w ścianach. Mijały mrozy i upały, a nasze pędy na nowo pokrywały utracony wcześniej teren. Zdarzały się dni, gdy ludzie wracali. W małych grupach, zazwyczaj wyprostowani i gładcy. Wróciło picie i palenie. Przyszła też hałaśliwa muzyka, a niekiedy odrywano nas od ścian.
Z tym mogliśmy walczyć. Z tym mogliśmy żyć. Szczególnie że wróciły owady. Przekazywały nam, że się spisaliśmy. Fabryka umarła. A my przejęliśmy jej szkielet, który był teraz naszą podporą. Byliśmy uradowani, tak bardzo, że niektórzy z nas przywdziali kolorowe płatki.
Nim ktokolwiek się zorientował, zostaliśmy ogrodzeni. Pojawiły się żółte tabliczki. Wróciły ciężkie, miażdżące i niszczące maszyny. Tyle lat pracy i dostosowywania się do nowych warunków… wszystko na marne.
Raz, leżąc w ciemnościach gleby, kilkoro z nas usłyszało rozmowę o szalonym zarządzie, który podobno „chciał wybudować na tej chemii i śmieciach park przyjazny rodzinom”. Robotnicy go obśmiewali. Grunt odtruwano jesienią, zimą oraz latem.
Ubijali, użyźniali i mieszali glebę, aż jej perfekcyjnie nie wyrównano. Wykorzystali stare, metalowe elementy zakładów przemysłowych do stworzenia latarni. Położyli prostą kostkę brukową i wyznaczyli tereny, gdzie zasiano świeżą trawę.
Chcieliśmy zobaczyć, jak wszystko wygląda, więc ponownie wyrośliśmy ponad powierzchnię gleby. Przekazaliśmy wciąż będącym pod ziemią, że naprawdę powstał park i znajdujemy się właśnie w otoczeniu drewnianych ławek. Opowiadaliśmy o różach pnących, tworzących wysokie łuki nad ścieżkami. Mówiliśmy o koszach na śmieci i sprzątaczach, którzy w czasach upadku fabryki mogliby być naszym wybawieniem.
Od tamtej pory w wyrazie solidarności – oraz odczuwanego zmęczenia po całej tej walce – co jakiś czas kolejny chwast wydostaje się na powierzchnię, aby robotnik go pochwycił i wyrzucił. Tym sposobem zrobiliśmy miejsce pożądanym przez ludzi roślinom.
Zdjęcie wykonał Michał Jędrzejowski.
Byliśmy rozległą zbiorowością, aż po horyzont. W naszych trawach chowały się setki owadów i robali. Gdy te małe stworzenia umierały, gleba pobierała z ich martwych ciał pożywkę dla siebie, co pozwalało jej być lepszą dla nas.
N i e p r z e r w a n y k r ą g ż y c i a .
Czasami w słoneczne dni zdarzało się nam wabić innych kwiatami – ich słodkim pyłkiem i barwnymi płatkami. Kiedy teraz o tym myślimy, cóż, chyba przyciągaliśmy do siebie zbyt mocno.
P r z y s z e d ł c z ł o w i e k .
Najpierw zgniatał nas swoim ciężarem, to biegając po nas, to jedząc pikniki na ciężkich, duszących kocach. Pił i palił, zostawiając po sobie śmieci. Zostaliśmy przez niego sprzedani i kupieni. Złoty interes, dobry grunt i lokalizacja! – krzyczała reklama, przez którą nas zrównano, zabito i pogrzebano.
C z u l i ś m y j e ż d ż ą c e m a s z y n y o r a z g r u b e p o d e s z w y .
Każdego dnia próbowaliśmy się przebić do światła. Na marne. Blokowały nas ciężkie stosy cegieł, wyrastające na ziemi niczym wielkie pnie drzew, a trujące substancje przedostały się wszędzie, nawet do gleby. Kolejne monstra pojawiały się w zawrotnym tempie, aż powstała ich cała gromada. Po nas zostały tylko niszczejące korzonki. Nasze truchła.
Z a g o s p o d a r o w a n o n a s .
Pogodziliśmy się z losem… Aż pewnego dnia stukot, łomot i szmer ucichły. Ceglane monstra zamarły. Ucieszyliśmy się, gdy razem z ciszą pojawiły się pęknięcia. Powietrze się oczyściło, zobaczyliśmy światło. Poczuliśmy siłę.
W a l k a s i ę r o z p o c z ę ł a .
Najlepsi z nas wyruszyli w podróż do światła. Mozolnie wspinali się po murach, zakorzeniali w ścianach. Mijały mrozy i upały, a nasze pędy na nowo pokrywały utracony wcześniej teren. Zdarzały się dni, gdy ludzie wracali. W małych grupach, zazwyczaj wyprostowani i gładcy. Wróciło picie i palenie. Przyszła też hałaśliwa muzyka, a niekiedy odrywano nas od ścian.
Z n o w u p o n a s d e p t a l i , a l e b y l i ś m y u o d p o r n i e n i .
Z tym mogliśmy walczyć. Z tym mogliśmy żyć. Szczególnie że wróciły owady. Przekazywały nam, że się spisaliśmy. Fabryka umarła. A my przejęliśmy jej szkielet, który był teraz naszą podporą. Byliśmy uradowani, tak bardzo, że niektórzy z nas przywdziali kolorowe płatki.
… i t o b y ł n a s z b ł ą d .
Nim ktokolwiek się zorientował, zostaliśmy ogrodzeni. Pojawiły się żółte tabliczki. Wróciły ciężkie, miażdżące i niszczące maszyny. Tyle lat pracy i dostosowywania się do nowych warunków… wszystko na marne.
P o n o w n i e n a s p o g r z e b a n o , t y m r a z e m z g r u z a m i b u d y n k ó w .
Raz, leżąc w ciemnościach gleby, kilkoro z nas usłyszało rozmowę o szalonym zarządzie, który podobno „chciał wybudować na tej chemii i śmieciach park przyjazny rodzinom”. Robotnicy go obśmiewali. Grunt odtruwano jesienią, zimą oraz latem.
M i e l i ś m y n a d z i e j ę , ż e z b l i ż a s i ę k o n i e c i l u d z i e o d e j d ą .
A l e o n i r o z p o c z ę l i b u d o w ę. K o l e j n ą .
A l e o n i r o z p o c z ę l i b u d o w ę. K o l e j n ą .
Ubijali, użyźniali i mieszali glebę, aż jej perfekcyjnie nie wyrównano. Wykorzystali stare, metalowe elementy zakładów przemysłowych do stworzenia latarni. Położyli prostą kostkę brukową i wyznaczyli tereny, gdzie zasiano świeżą trawę.
Z a s k o c z y l i n a s .
Chcieliśmy zobaczyć, jak wszystko wygląda, więc ponownie wyrośliśmy ponad powierzchnię gleby. Przekazaliśmy wciąż będącym pod ziemią, że naprawdę powstał park i znajdujemy się właśnie w otoczeniu drewnianych ławek. Opowiadaliśmy o różach pnących, tworzących wysokie łuki nad ścieżkami. Mówiliśmy o koszach na śmieci i sprzątaczach, którzy w czasach upadku fabryki mogliby być naszym wybawieniem.
A ż n a g l e z o s t a l i ś m y w y r w a n i z k o r z e n i a m i i n a z w a n i c h w a s t a m i .
Od tamtej pory w wyrazie solidarności – oraz odczuwanego zmęczenia po całej tej walce – co jakiś czas kolejny chwast wydostaje się na powierzchnię, aby robotnik go pochwycił i wyrzucił. Tym sposobem zrobiliśmy miejsce pożądanym przez ludzi roślinom.
U m a r l i ś m y p o r a z o s t a t n i .
Zdjęcie wykonał Michał Jędrzejowski.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

