AUGMENTACJA ŻYWICOBIEGU
A
A
A
Augmentacja żywicobiegu
Mą żywicę toczy rdza. Płynie przez nasz żywicobieg, charata go, szarpie, drzazga żyły. Przenika ona kręgi, plami listowie, kora chropowieje. Nie ma mnie, jesteśmy my. Korzenie nasze wątłe, zbutwiały, a z nimi wspomnienia. Me ciało nie jest moje, jest nasze. Nasze. Nie ma go, jesteśmy my. Zjednoczeni. Spojeni. Zrośnięci. On sękiem mym, ja sękiem twym. Stoimy, nie upadniemy.
Liścieje, me złociste, oranżowo piegowate listowie, wytracam je. Cykl się wieńczy. Krąg domyka. On brązowieje z kręgu na krąg. Nie zlewa się już z niebem. Upodabnia się do mnie, a ja do niego. Nie ma go, nie ma mnie, jesteśmy my. Ołów wnika we mnie. Choruje. Stoimy. Nastaje biel. Korona rozczochrana, rosą skąpana, przez chłód się utwardza. Błyszczy w gwieździe. Żywica płynie. O krąg starsi jesteśmy.
Niepozorny nacisk, zimno stali, nieustanny ból. Krąg, krąg, krąg i kora pękła. Żywicobieg mój rozcięty, żywica rozlewa się po mych młodszych kręgach, spływa po korze. Stal tkwi w ciele mym. Sękiem staje się. Przepływ żywicy zanika. Tkanka ma obumiera, czernieje. Krąg. Wrzyna się mocniej. Tracę żywicę. Kora ma wrzodowieje, pokrywają ją grudy żywicowych strupów. Sęki. Krąg. Żywicobieg łączy się w kłączowej plątaninie. Stal zrosła się z ciałem, żyły me otaczają ją. Splątani jesteśmy. On sękiem mym, ja sękiem twym. Krąg. Nie ma go nie ma mnie, jesteśmy my.
Szczęka od chłodu i mrozu. Zgrzyta okropnie. Drzazga naszą tkankę. Żywicobieg pęka. Wyżywiczam się. On sękiem mym, ja sękiem twym. Stoimy, nie upadniemy. Horyzont.
Cztery kręgi. Stalowe drzewo towarzyszy mi. Rani mnie. Korona jego niespowita listowiem, rozpościera się nad światem. Cień i promienie gwiazdy. Rosnę prosto. Korzenie chciałyby pamiętać horyzont. Nie widzę. Ujrzę. Krąg. Blizny pozostały na korze. Przybyły kolejne. Poznałem smak ołowiu. Stalowe drzewo toczy choroba, pokrywają je brązowe plamy Żywica płynie. Krąg.
Kora ma, odpada płatami, a korona skarlała, gałęzie wyliściałe sterczą. Tułów nasz sękowaty pokrywa rdza. Żywica wypływa ze zasklepionych dawno ran. Nie goję się. Szkarłat chorej stali zrośniętej z tkanką mieni się bursztynową barwą. Podziurawiona nasza stal, stępiała, zmatowiała. Nie rani i nie tnie. Wrzyna się. Krąg.
Rosną wokół. Rosnę i ja. Korona ma wspina się z kręgu na kręg. On przewyższa mnie. Gałęzie me przenikają go. Krąg formuje się powoli, kora wytrwalsza staje się, zchropowieje. Naturalne. Żyły niewidoczne przebiegają, pomiędzy tkanką, pomiędzy nićmi drwa, pomiędzy kręgami. Żywicobieg pulsuje. Kołysze się z podmuchami wiatru. Uderzam o stalowe drzewo. Struga żywicy. Nie łamie się. Żywica wsiąka w grunt. Pamięć i marzenie. Rosnę.
Zrosiliśmy się. Bez woli. W bólu, w łamaniu, w drzazganiu. Żywica toczyła się z mych ran. Żywicobieg ucichł. Martwy młodo tkwiłem w próchnie. Nie ma mnie, jesteśmy my. Żywicobieg zrósł się tak, jam my się zrośliśmy. Odmieniony. Kręty. Kłączowy. Drgający. Żywica płynie na wskroś stali. Zatacza kręgi, przenika sęki. Stoimy prosto. Brunatna masa wycieka ze szczelin kory. Ropieje tkanka, ale pnę się w stronę gwiazdy. Krąg, za kręgiem. W korzeniach mych nieliczne wspomnienia, wymieszane, butwieją. Z martwym się zrosłem, w martwocie trwam, żywica z rdzą toczy się przez me żyły. Żyje.
Słońce. Ciało nasze szczęka i drzazga. Żywica upływa. Rdza upływa. Krąg. Korony nasze zrównują się. Dostrzegam ich. Nie walczą. Nie muszą. W rzędzie rosną. Razem. Siostry podtrzymują braci, a bracia siostry. Są jak my. Wspierani. Zrośnięci. Pną się razem. Nie muszą. Nie m…
Nie ma go nie ma mnie, jesteśmy my. On sękiem mym, ja sękiem twym. Trwamy. Żywica wycieka. Żywicobieg splątany. Horyzont. Rdzawy świt.
Zdjęcie wykonała Barbara Kubska.
Mą żywicę toczy rdza. Płynie przez nasz żywicobieg, charata go, szarpie, drzazga żyły. Przenika ona kręgi, plami listowie, kora chropowieje. Nie ma mnie, jesteśmy my. Korzenie nasze wątłe, zbutwiały, a z nimi wspomnienia. Me ciało nie jest moje, jest nasze. Nasze. Nie ma go, jesteśmy my. Zjednoczeni. Spojeni. Zrośnięci. On sękiem mym, ja sękiem twym. Stoimy, nie upadniemy.
Liścieje, me złociste, oranżowo piegowate listowie, wytracam je. Cykl się wieńczy. Krąg domyka. On brązowieje z kręgu na krąg. Nie zlewa się już z niebem. Upodabnia się do mnie, a ja do niego. Nie ma go, nie ma mnie, jesteśmy my. Ołów wnika we mnie. Choruje. Stoimy. Nastaje biel. Korona rozczochrana, rosą skąpana, przez chłód się utwardza. Błyszczy w gwieździe. Żywica płynie. O krąg starsi jesteśmy.
Niepozorny nacisk, zimno stali, nieustanny ból. Krąg, krąg, krąg i kora pękła. Żywicobieg mój rozcięty, żywica rozlewa się po mych młodszych kręgach, spływa po korze. Stal tkwi w ciele mym. Sękiem staje się. Przepływ żywicy zanika. Tkanka ma obumiera, czernieje. Krąg. Wrzyna się mocniej. Tracę żywicę. Kora ma wrzodowieje, pokrywają ją grudy żywicowych strupów. Sęki. Krąg. Żywicobieg łączy się w kłączowej plątaninie. Stal zrosła się z ciałem, żyły me otaczają ją. Splątani jesteśmy. On sękiem mym, ja sękiem twym. Krąg. Nie ma go nie ma mnie, jesteśmy my.
Szczęka od chłodu i mrozu. Zgrzyta okropnie. Drzazga naszą tkankę. Żywicobieg pęka. Wyżywiczam się. On sękiem mym, ja sękiem twym. Stoimy, nie upadniemy. Horyzont.
Cztery kręgi. Stalowe drzewo towarzyszy mi. Rani mnie. Korona jego niespowita listowiem, rozpościera się nad światem. Cień i promienie gwiazdy. Rosnę prosto. Korzenie chciałyby pamiętać horyzont. Nie widzę. Ujrzę. Krąg. Blizny pozostały na korze. Przybyły kolejne. Poznałem smak ołowiu. Stalowe drzewo toczy choroba, pokrywają je brązowe plamy Żywica płynie. Krąg.
Kora ma, odpada płatami, a korona skarlała, gałęzie wyliściałe sterczą. Tułów nasz sękowaty pokrywa rdza. Żywica wypływa ze zasklepionych dawno ran. Nie goję się. Szkarłat chorej stali zrośniętej z tkanką mieni się bursztynową barwą. Podziurawiona nasza stal, stępiała, zmatowiała. Nie rani i nie tnie. Wrzyna się. Krąg.
Rosną wokół. Rosnę i ja. Korona ma wspina się z kręgu na kręg. On przewyższa mnie. Gałęzie me przenikają go. Krąg formuje się powoli, kora wytrwalsza staje się, zchropowieje. Naturalne. Żyły niewidoczne przebiegają, pomiędzy tkanką, pomiędzy nićmi drwa, pomiędzy kręgami. Żywicobieg pulsuje. Kołysze się z podmuchami wiatru. Uderzam o stalowe drzewo. Struga żywicy. Nie łamie się. Żywica wsiąka w grunt. Pamięć i marzenie. Rosnę.
Zrosiliśmy się. Bez woli. W bólu, w łamaniu, w drzazganiu. Żywica toczyła się z mych ran. Żywicobieg ucichł. Martwy młodo tkwiłem w próchnie. Nie ma mnie, jesteśmy my. Żywicobieg zrósł się tak, jam my się zrośliśmy. Odmieniony. Kręty. Kłączowy. Drgający. Żywica płynie na wskroś stali. Zatacza kręgi, przenika sęki. Stoimy prosto. Brunatna masa wycieka ze szczelin kory. Ropieje tkanka, ale pnę się w stronę gwiazdy. Krąg, za kręgiem. W korzeniach mych nieliczne wspomnienia, wymieszane, butwieją. Z martwym się zrosłem, w martwocie trwam, żywica z rdzą toczy się przez me żyły. Żyje.
Słońce. Ciało nasze szczęka i drzazga. Żywica upływa. Rdza upływa. Krąg. Korony nasze zrównują się. Dostrzegam ich. Nie walczą. Nie muszą. W rzędzie rosną. Razem. Siostry podtrzymują braci, a bracia siostry. Są jak my. Wspierani. Zrośnięci. Pną się razem. Nie muszą. Nie m…
Nie ma go nie ma mnie, jesteśmy my. On sękiem mym, ja sękiem twym. Trwamy. Żywica wycieka. Żywicobieg splątany. Horyzont. Rdzawy świt.
Zdjęcie wykonała Barbara Kubska.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

