URZĄDZENIE KLINIKI (PAVOL RANKOV: 'KLINIKA')
A
A
A
Istnieją pewne prawdy tak proste, że rzadko kiedy poddawane są w wątpliwość czy analizie. Jedną z nich jest fakt, że każdy zostaje kimś pod wpływem czegoś. W szkole – uczniem (bądź nauczycielem), w teatrze – widzem (bądź aktorem), a przy lekturze – czytelnikiem (bądź autorem). Pozostaje zależny od przedmiotu, w sieci połączeń. Podlega ciągłemu upodmiotowieniu, pewnemu porządkowaniu z wielu stron naraz. To zjawisko szczególnie nasila się w dobie późnego kapitalizmu, pełnego rzeczy.
Giorgio Agamben, w oparciu o filozofię Foucaulta, opracował swoją własną interpretację kategorii urządzenia. Zaproponował wyróżnienie dwóch obszernych zbiorów – substancji (istot żywych, które są niczym nieobciążone czy nieobwarowane) oraz urządzeń (które nieustannie utrzymują pod swoim wpływem jednostki z pierwszej grupy). Urządzenia chwytają i kontrolują podległe im podmioty, oddziałują na ich zachowanie, myślenie, opinie i inne poprzez cięcie. Tym samym tworzą trzeci zbiór, dość niejednorodny (ze względu na ingerowanie wielu urządzeń w te same osoby) – podmiotów. Relacja miedzy podmiotem a jego urządzeniem jest nierówna, bywa przemocowa.
Urządzenie można odnaleźć w różnych instytucjach (szkole, więzieniu czy fabryce), przedmiotach (komputerze, telefonie czy papierosach), myśli (religii, kapitalizmie czy systemie prawnym), literaturze, piśmie, filozofii, rolnictwie, języku, właściwie w czymkolwiek. Istnienie urządzeń jednak ściśle połączone jest z procesem „uczłowieczania”, konstytuowaniem człowieka człowiekiem. Cięcie oddziela go od niego samego, od surowego stanu natury, zwierzęcych zachowań. Urządzenia zapełnia powstałą pustkę. „Oznacza to, że strategia, jaką powinniśmy przyjąć wobec naszej relacji, ciało w ciało, z urządzeniami, nie może być prosta. Stawką gry jest bowiem przywrócenie zwykłemu użyciu [uso comune] tego, co zostało schwytane i oddzielone przez urządzenia” (Agamben 2025). Przeciwdziałać działaniu urządzenia może tylko profanacja, która zrealizuje się poprzez dokonanie kontracięcia – przywrócenie podmiotowi oddzielonego. Foucault twierdził, że urządzenie wynika ze skrzyżowania relacji wiedzy z władzą, zawsze pełni pewną funkcję strategiczną, definiuje uniwersalia i postrzegać je można jako sieć.
„Klinika” Pavola Rankova to bogate złoże urządzeń wpływających na jeden i ten sam podmiot – głównego bohatera, którego imienia de facto nigdy nie poznajemy. Jedynie z jego jednej myśli, jednego zdania („Ja jestem poważniejszym przypadkiem, melancholicus paulus wydaje mi się zbyt mało okazałe” [s. 175]) spekulować można, że ma on tak samo na imię jak autor książki – Pavol. Zabieg ten otwiera nam możliwość rozpatrzenia alternatywnej interpretacji utworu, którą opiszę jednak nieco później. Poza tą jednostkową sugestią klinika osadzona zostaje w pewnych uniwersaliach. Postacie pojawiające się w niej, jawiące się jako istotne dla protagonisty, nie podają swoich nazwisk ani imion. Nazywane są one przez narratora swoimi funkcjami. I tak na kartach powieści występują: pan profesor (najważniejsza osoba w klinice z perspektywy pacjenta-protagonisty), palacz, recepcjonistka, pacjentka, asystent profesora, dziadek, ojciec, siostra, matka, żona, dwie córki oraz syn. Personaliami opatrzone zostały postacie niezwiązane bezpośrednio z obecnym stanem i sytuacją pacjenta – inni lekarze pracujący w tej samej klinice co profesor (np. Andrey Subarski, doktor Sabadková) czy przypadkowo napotkani znajomi z dawnych lat lub pojawiający się we wspomnieniach (Frico, Igor, Mir). Sama przestrzeń kliniki wydaje się przytłaczać swoją jednorodnością – korytarze wyglądają tak samo, nawet gabinety lekarskie leżące na różnych piętrach są identyczne. Trudno jest tam się odnaleźć – interesujące głównego bohatera tabliczki informacyjne nie mają oznaczeń, a pracownicy dysponują sprzecznymi informacjami o miejscu i czasie pracy lekarzy.
Klinika traktowana jako urządzenie oddziałuje też na samych jej pracowników. Posiadają oni identyfikatory, których używają w przemieszczaniu się z miejsca w miejsce. Każdy pracownik ma komputerowo przypisane gabinety, w których pracuje; poza wędrówką do stołówki czy toalety obligatoryjnie zakazane jest swobodne przemieszczanie się po budynku. Restrykcje te zostały wprowadzone przez chwilowe rozluźnienie się działania organu władzy przez awarię prądu. Wtedy też wśród pracowników doszło do seksualnej orgii. Po wielu zażaleniach pacjentów część osób zwolniono, innym obcięto pensje, niektórych pobito. W ramach zemsty pracownicy szykują się do strajku w celu rozluźnienia ucisku ze strony władzy, administracji szpitalnej.
Intencją głównego bohatera natomiast jest zostać przyjętym na wizytę u sławnego i zapracowanego (oraz najlepszego w kraju) profesora – lekarza psychiatrii. Z powodu długich kolejek oraz przepełnionej infolinii szpitala decyduje się spróbować „wcisnąć” w kolejkę. Przez kolejny tydzień co rano dzień w dzień przychodzi do kliniki, będąc przekonanym o tym, że profesor tym razem go przyjmie i pomoże rozwiązać wszystkie jego problemy psychologiczne. Wiecznie jednak, z absurdalnych przyczyn, coś przeszkadza mu w dotarciu do specjalisty – czy to nagły wyjazd profesora do innego, prestiżowego wiedeńskiego szpitala (żeby było ciekawiej, wyrusza helikopterem z dachu kliniki…), czy to pomylenie godzin przyjęć, czy strajk personelu kliniki, czy jogging profesora. Chociaż wydawać by się mogło, ze profesor pozostaje niedostępny i niezainteresowany swoją pracą w słowackiej przychodni, jest wręcz przeciwnie – to tytan nadgorliwości. Kiedy tylko dowiaduje się o pacjencie-protagoniście przez pośredników (innych pracowników tej instytucji), uznaje go za ciekawy przypadek i postanawia mu pomóc. Mimo zgody na leczenie i szczerej chęci współpracy, panowie i tak mają trudności w ustaleniu terminu i spotkaniu się na terapii. Zupełnie jakby los chciał inaczej. Dostrzec w tym można paralelę do twórczości Franza Kafki (mowa o sytuacji kafkowskiej), fabuły „Zamku” czy „Procesu”. W mechanizmie tym również wyraźnie uwydatnia się działanie urządzenia w postaci służby zdrowia, a nawet samej osobowości (spontaniczności i niecierpliwości) profesora, które to skutecznie zapobiegają rozpoczęciu fachowej terapii. Niektórzy pracownicy placówki wprost przyznają, że profesor jest lekkim wariatem. Wobec tego urządzenia pacjent pozostaje bezbronny. Raz nawet podejmuje się dokonania profanacji, próbując dostać się oknem do zamkniętej na weekend kliniki. Wpuszczają go wtedy dwie pacjentki przebywające na oddziale, a on, nie bacząc na nie i ich zaloty, pędzi do jednego z gabinetów profesora (bo miał ich aż trzy – na piętrze drugim i trzecim… albo czwartym i jeden tajny, na piętrze piątym; protagonista wielokrotnie miał wątpliwości związane z dokładną lokalizacją gabinetów profesora, zwłaszcza że recepcjonistka rzekomo wręczała klucze profesorowi uznaniowo. Profesor przyjmował pacjentów naraz w dwóch gabinetach, wspomagając się asystentami), lecz go tam nie zastaje. Kontracięcie nie skończyło się sukcesem, pacjent dalej cierpiał z powodu braku fachowej pomocy.
Bardziej bezpośrednim przykładem urządzenia oddzielającym pacjenta od profesora są telefon oraz język. Podczas pierwszego „spotkania” z profesorem pacjent rozmawia przez telefon, ale nie z nim, a z jego niemieckojęzyczną asystentką z Wiednia, która nie zna słowackiego. Profesor zadaje pytania, a asystentka powtarza je do słuchawki w zniekształcony sposób. Pacjenta bardzo stresuje ta sytuacja, czuje się oszukany tym zastępnikiem terapii. Innym „bezpośrednim” urządzeniem było nagranie przez profesora pytań przeznaczonych dla pacjenta. Niestety asystent przez swoje roztargnienie, odtwarzając plik, usunął jego połowę, czym dokonał kolejnego cięcia oddzielającego pacjenta od otrzymania pomocy…
Substytutem prawdziwej terapii okazują się rozmowy z osobami składającymi się na naturalny ekosystem tegoż miejsca. Z reguły zachowują one życzliwość wobec protagonisty-pacjenta i chcą mu pomóc, sugerując pewne potencjalne zagadnienia, które mogłyby zainteresować profesora na pierwszym spotkaniu. Oferują mu „rozgrzewkę” z opowiedzeniem tego, co potencjalnie mógłby przekazać lekarzowi lub obiecują polecić go fachowcowi jako intrygujący przypadek do zdiagnozowania. Każdy z napotykanych „przewodników” ma zindywidualizowaną opinię, która stoi w sprzeczności z radami innych osób przebywających w klinice. Palacz sądzi, iż profesora szczególnie interesuje rodzinna anamneza, traumatyczne wydarzenia pojawiające się w historii rodziny, najstarsze wspomnienia, które później rzutują na stan psychiczny potomków. Nielubiana przez nikogo recepcjonistka uważa palacza za przemądrzałego gadułę i hultaja, któremu nie można wierzyć – doradza skupienie się na dzieciństwie pacjenta oraz relacjach panujących wśród członków rodziny. Pacjentka będąca w konflikcie z panią sprzątającą upatruje szanse na przyjęcie do gabinetu w wadze problemu – próba samobójcza tylko ją zwiększa. Asysent na bazie swojego doświadczenia stwierdza, że uwagę profesora najsilniej przykuwają relacje pacjenta z członkami jego rodziny, ale tak naprawdę interesuje go wszystko. Pielęgniarka, nazywająca asystenta desperatem, doradza mówić wszystko, co wpadnie do głowy, najlepiej o dzieciństwie.
Pacjent pod wpływem opinii każdej z napotkanych osób zmienia nieco swoje zachowanie, ale nawet i myślenie. Staje się swego rodzaju kameleonem kopiującym czyjeś zdanie, by tylko zdobyć aprobatę czy uniknąć konfliktu. Być może czasowo staje się podmiotem ich słów-urządzeń. Tylko czasowo, bo sam potrafi dokonać profanacji, konfrontując ich opinie z opiniami innych czy swoimi własnymi. Nie dzieje się to jednak od razu, żeby to zrobić, musi zostać sam ze swoimi myślami bądź znaleźć się pod wpływem cięcia, które podważa wcześniej zasłyszane fakty. Tych cięć jawi się naprawdę sporo – zwłaszcza że załoga szpitalna jest ze sobą skłócona. Dużo na siebie narzekają, plotkują i poświadczają o niekompetencji.
Przez rozmowy prowadzone w klinice pacjent rozpoczyna podróż w głąb siebie mającą na celu ustalenie źródła problemów – odnalezienie wewnętrznego urządzenia, które odebrało mu stabilność psychiczną i emocjonalną. Ustalenie pochodzenia urządzenia pomogłoby wyrwać się spod jego władzy i odzyskać kontrolę nad swoimi myślami, czynami czy emocjami. Żona bohatera podkreślała, że brakuje mu samoregulacji emocjonalnej. W ciągu samodiagnozy (oraz na podstawie diagnoz nieuprawnionych osób) podejrzewał, że przez zbyt barwne opowieści o swoim dziadku napadają go fałszywe wspomnienia, a przez wieczne kłótnie między rodzicami nie potrafi tworzyć zdrowych relacji. Przez myśl przeszło mu nawet, że przez niezdrową fascynację kobietami w wieku nastoletnim został erotomanem (mimo że przed spotkaniem z jedną pacjentką nawet o tym nie pomyślał).
Niestety pokuszę się o zdradzenie zakończenia powieści, lecz jest to konieczne – zmienia ono spojrzenie na całość książki. W ostatnim rozdziale pacjent wreszcie dociera do gabinetu profesora, w którym przebywa sam specjalista. Wychodzi on na chwilę, przepraszając protagonistę, bo musi odwiedzić swojego asystenta przebywającego na oddziale, który podczas strajków zemdlał z odwodnienia… Mimowolnie pacjent zaczyna się stresować, że dziś znów nie dojdzie do wizyty, a jeśli tak, to on sam źle się wyrazi i dostanie nieodpowiednią diagnozę. „Jest to wybitny specjalista, będzie zatem postępować fachowo, moje wnętrze podda się przygotowanej z zimną krwią ekspertyzie, której wynikiem będzie syntetyczne podsumowanie w celu stworzenia obiektywnego obrazu o podmiocie. Podmiot stanie się obiektem profesora” (s. 187). Zostanie poddany działaniu kolejnego urządzenia, które oddzieli od niego chorobę spowodowaną oddziaływaniem innych urządzeń.
Pacjent dochodzi jednak do wniosku, że ze wszystkich ludzi na świecie profesor rozumie tylko samego siebie. Protagonistę natomiast nie zrozumie nikt – nawet on sam tego nie potrafi. Zagubił siebie, zbytnio próbując wtopić się w tłum, zbyt często poddając się kolejnym urządzeniom. Wychodzi z gabinetu i, pod wpływem chwili, wiedząc, że w środku nikogo nie ma, puka do drzwi. Odpowiada mu głos zapraszający do gabinetu. Dopiero tu, na ostatniej karcie powieści, dowiadujemy się, że wszystko wcześniej opisane było zwykłą fantasmagorią, a pacjent dopiero teraz odważył się przyjść do kliniki. Wszystkie wcześniejsze rozmowy, próby odkrycia źródła problemów, urządzenia go powstrzymujące… wszystkie działy się w jego umyśle.
Zanim jednak czytelnik uzmysłowi sobie fantasmagoryczność powieści, na jaw wychodzi urządzenie wpływające na stan psychiczny bohatera – śmierć jego syna zobrazowana sceną z krematorium. Pracowniczka placówki stwierdza wtedy, że zmarły na skutek choroby chłopiec jest piękny, co mocno zapada w pamięci głównego bohatera. Śmierć bliskiej osoby, która w dodatku została pochwalona przez kogoś obcego, potęguje jego poczucie utraty.
Samego syna nie należy interpretować jednak tylko i wyłącznie pod jednym kątem. Może on też być swoistym alter ego protagonisty bądź metaforą tęsknoty za zrozumieniem. Postać syna pojawia się tylko w pozytywnych kontekstach. Bohater czuł z nim wieź, wyglądało na to, ze rozumieli się bez słów. „[D]ziecko chcę wychować tak, by przeżyło lepszą wersję mojego życia” (s. 83). W pewnym sensie mógł się z nim utożsamiać, skoro miał żyć jego życiem, ale lepszym (stąd propozycja interpretowania chłopca jako alter ego protagonisty). Syn we wspomnieniach zawsze jest wpatrzony w ojca, wysłuchuje go, przytakuje, dostrzega i docenia takim, jaki jest. Dostarcza mu to, czego nie dostaje od innych (od reszty rodziny), czego mu brakuje. Być może jest on symbolem niespełnionego marzenia posiadania syna, gdyż nigdy nie pojawia się we wspomnieniach rodzinnych. Reszta jego najbliższej rodziny (żona i córki) są oschłe, nie dostrzegają jego potrzeb i pragnień. Ciągle stawiają dodatkowe wymagania i na niego narzekają, aż w końcu decyduje się udać na terapię.
„Klinika” to przykład powieści, w których urządzenia działają na wielu płaszczyznach jednocześnie. Uciemiężone przez nie podmioty cierpią, lecz próbują walczyć. Jak zakończyła się walka pacjenta z kliniką, ze wspomnieniami, utratą? Nie wiadomo. Książkę wieńczy urwane zdanie: „Gdyby profesor mnie całkowicie lub chociaż częściowo zmienił, nie byłbym już”. Samotny? Zidiociały? Zepsuty? Egoistyczny? Czytelnik sam musi sobie dopowiedzieć i czegokolwiek by nie wymyślił – będzie pasować. W słowackim wydaniu ostatnia strona celowo jest wyrwana, co dobitnie wskazuje na siłę emocji władających protagonistą.
LITERATURA:
Agamben G.: "Czym jest urządzenie?". Przeł. Jakub Majmurek. W: Anarcho-Biblioteka, s. 12, https://pl.anarchistlibraries.net/library/giorgio-agamben-czym-jest-urzadzenie.a4.pdf [data dostępu: 18.01.2025].
Giorgio Agamben, w oparciu o filozofię Foucaulta, opracował swoją własną interpretację kategorii urządzenia. Zaproponował wyróżnienie dwóch obszernych zbiorów – substancji (istot żywych, które są niczym nieobciążone czy nieobwarowane) oraz urządzeń (które nieustannie utrzymują pod swoim wpływem jednostki z pierwszej grupy). Urządzenia chwytają i kontrolują podległe im podmioty, oddziałują na ich zachowanie, myślenie, opinie i inne poprzez cięcie. Tym samym tworzą trzeci zbiór, dość niejednorodny (ze względu na ingerowanie wielu urządzeń w te same osoby) – podmiotów. Relacja miedzy podmiotem a jego urządzeniem jest nierówna, bywa przemocowa.
Urządzenie można odnaleźć w różnych instytucjach (szkole, więzieniu czy fabryce), przedmiotach (komputerze, telefonie czy papierosach), myśli (religii, kapitalizmie czy systemie prawnym), literaturze, piśmie, filozofii, rolnictwie, języku, właściwie w czymkolwiek. Istnienie urządzeń jednak ściśle połączone jest z procesem „uczłowieczania”, konstytuowaniem człowieka człowiekiem. Cięcie oddziela go od niego samego, od surowego stanu natury, zwierzęcych zachowań. Urządzenia zapełnia powstałą pustkę. „Oznacza to, że strategia, jaką powinniśmy przyjąć wobec naszej relacji, ciało w ciało, z urządzeniami, nie może być prosta. Stawką gry jest bowiem przywrócenie zwykłemu użyciu [uso comune] tego, co zostało schwytane i oddzielone przez urządzenia” (Agamben 2025). Przeciwdziałać działaniu urządzenia może tylko profanacja, która zrealizuje się poprzez dokonanie kontracięcia – przywrócenie podmiotowi oddzielonego. Foucault twierdził, że urządzenie wynika ze skrzyżowania relacji wiedzy z władzą, zawsze pełni pewną funkcję strategiczną, definiuje uniwersalia i postrzegać je można jako sieć.
„Klinika” Pavola Rankova to bogate złoże urządzeń wpływających na jeden i ten sam podmiot – głównego bohatera, którego imienia de facto nigdy nie poznajemy. Jedynie z jego jednej myśli, jednego zdania („Ja jestem poważniejszym przypadkiem, melancholicus paulus wydaje mi się zbyt mało okazałe” [s. 175]) spekulować można, że ma on tak samo na imię jak autor książki – Pavol. Zabieg ten otwiera nam możliwość rozpatrzenia alternatywnej interpretacji utworu, którą opiszę jednak nieco później. Poza tą jednostkową sugestią klinika osadzona zostaje w pewnych uniwersaliach. Postacie pojawiające się w niej, jawiące się jako istotne dla protagonisty, nie podają swoich nazwisk ani imion. Nazywane są one przez narratora swoimi funkcjami. I tak na kartach powieści występują: pan profesor (najważniejsza osoba w klinice z perspektywy pacjenta-protagonisty), palacz, recepcjonistka, pacjentka, asystent profesora, dziadek, ojciec, siostra, matka, żona, dwie córki oraz syn. Personaliami opatrzone zostały postacie niezwiązane bezpośrednio z obecnym stanem i sytuacją pacjenta – inni lekarze pracujący w tej samej klinice co profesor (np. Andrey Subarski, doktor Sabadková) czy przypadkowo napotkani znajomi z dawnych lat lub pojawiający się we wspomnieniach (Frico, Igor, Mir). Sama przestrzeń kliniki wydaje się przytłaczać swoją jednorodnością – korytarze wyglądają tak samo, nawet gabinety lekarskie leżące na różnych piętrach są identyczne. Trudno jest tam się odnaleźć – interesujące głównego bohatera tabliczki informacyjne nie mają oznaczeń, a pracownicy dysponują sprzecznymi informacjami o miejscu i czasie pracy lekarzy.
Klinika traktowana jako urządzenie oddziałuje też na samych jej pracowników. Posiadają oni identyfikatory, których używają w przemieszczaniu się z miejsca w miejsce. Każdy pracownik ma komputerowo przypisane gabinety, w których pracuje; poza wędrówką do stołówki czy toalety obligatoryjnie zakazane jest swobodne przemieszczanie się po budynku. Restrykcje te zostały wprowadzone przez chwilowe rozluźnienie się działania organu władzy przez awarię prądu. Wtedy też wśród pracowników doszło do seksualnej orgii. Po wielu zażaleniach pacjentów część osób zwolniono, innym obcięto pensje, niektórych pobito. W ramach zemsty pracownicy szykują się do strajku w celu rozluźnienia ucisku ze strony władzy, administracji szpitalnej.
Intencją głównego bohatera natomiast jest zostać przyjętym na wizytę u sławnego i zapracowanego (oraz najlepszego w kraju) profesora – lekarza psychiatrii. Z powodu długich kolejek oraz przepełnionej infolinii szpitala decyduje się spróbować „wcisnąć” w kolejkę. Przez kolejny tydzień co rano dzień w dzień przychodzi do kliniki, będąc przekonanym o tym, że profesor tym razem go przyjmie i pomoże rozwiązać wszystkie jego problemy psychologiczne. Wiecznie jednak, z absurdalnych przyczyn, coś przeszkadza mu w dotarciu do specjalisty – czy to nagły wyjazd profesora do innego, prestiżowego wiedeńskiego szpitala (żeby było ciekawiej, wyrusza helikopterem z dachu kliniki…), czy to pomylenie godzin przyjęć, czy strajk personelu kliniki, czy jogging profesora. Chociaż wydawać by się mogło, ze profesor pozostaje niedostępny i niezainteresowany swoją pracą w słowackiej przychodni, jest wręcz przeciwnie – to tytan nadgorliwości. Kiedy tylko dowiaduje się o pacjencie-protagoniście przez pośredników (innych pracowników tej instytucji), uznaje go za ciekawy przypadek i postanawia mu pomóc. Mimo zgody na leczenie i szczerej chęci współpracy, panowie i tak mają trudności w ustaleniu terminu i spotkaniu się na terapii. Zupełnie jakby los chciał inaczej. Dostrzec w tym można paralelę do twórczości Franza Kafki (mowa o sytuacji kafkowskiej), fabuły „Zamku” czy „Procesu”. W mechanizmie tym również wyraźnie uwydatnia się działanie urządzenia w postaci służby zdrowia, a nawet samej osobowości (spontaniczności i niecierpliwości) profesora, które to skutecznie zapobiegają rozpoczęciu fachowej terapii. Niektórzy pracownicy placówki wprost przyznają, że profesor jest lekkim wariatem. Wobec tego urządzenia pacjent pozostaje bezbronny. Raz nawet podejmuje się dokonania profanacji, próbując dostać się oknem do zamkniętej na weekend kliniki. Wpuszczają go wtedy dwie pacjentki przebywające na oddziale, a on, nie bacząc na nie i ich zaloty, pędzi do jednego z gabinetów profesora (bo miał ich aż trzy – na piętrze drugim i trzecim… albo czwartym i jeden tajny, na piętrze piątym; protagonista wielokrotnie miał wątpliwości związane z dokładną lokalizacją gabinetów profesora, zwłaszcza że recepcjonistka rzekomo wręczała klucze profesorowi uznaniowo. Profesor przyjmował pacjentów naraz w dwóch gabinetach, wspomagając się asystentami), lecz go tam nie zastaje. Kontracięcie nie skończyło się sukcesem, pacjent dalej cierpiał z powodu braku fachowej pomocy.
Bardziej bezpośrednim przykładem urządzenia oddzielającym pacjenta od profesora są telefon oraz język. Podczas pierwszego „spotkania” z profesorem pacjent rozmawia przez telefon, ale nie z nim, a z jego niemieckojęzyczną asystentką z Wiednia, która nie zna słowackiego. Profesor zadaje pytania, a asystentka powtarza je do słuchawki w zniekształcony sposób. Pacjenta bardzo stresuje ta sytuacja, czuje się oszukany tym zastępnikiem terapii. Innym „bezpośrednim” urządzeniem było nagranie przez profesora pytań przeznaczonych dla pacjenta. Niestety asystent przez swoje roztargnienie, odtwarzając plik, usunął jego połowę, czym dokonał kolejnego cięcia oddzielającego pacjenta od otrzymania pomocy…
Substytutem prawdziwej terapii okazują się rozmowy z osobami składającymi się na naturalny ekosystem tegoż miejsca. Z reguły zachowują one życzliwość wobec protagonisty-pacjenta i chcą mu pomóc, sugerując pewne potencjalne zagadnienia, które mogłyby zainteresować profesora na pierwszym spotkaniu. Oferują mu „rozgrzewkę” z opowiedzeniem tego, co potencjalnie mógłby przekazać lekarzowi lub obiecują polecić go fachowcowi jako intrygujący przypadek do zdiagnozowania. Każdy z napotykanych „przewodników” ma zindywidualizowaną opinię, która stoi w sprzeczności z radami innych osób przebywających w klinice. Palacz sądzi, iż profesora szczególnie interesuje rodzinna anamneza, traumatyczne wydarzenia pojawiające się w historii rodziny, najstarsze wspomnienia, które później rzutują na stan psychiczny potomków. Nielubiana przez nikogo recepcjonistka uważa palacza za przemądrzałego gadułę i hultaja, któremu nie można wierzyć – doradza skupienie się na dzieciństwie pacjenta oraz relacjach panujących wśród członków rodziny. Pacjentka będąca w konflikcie z panią sprzątającą upatruje szanse na przyjęcie do gabinetu w wadze problemu – próba samobójcza tylko ją zwiększa. Asysent na bazie swojego doświadczenia stwierdza, że uwagę profesora najsilniej przykuwają relacje pacjenta z członkami jego rodziny, ale tak naprawdę interesuje go wszystko. Pielęgniarka, nazywająca asystenta desperatem, doradza mówić wszystko, co wpadnie do głowy, najlepiej o dzieciństwie.
Pacjent pod wpływem opinii każdej z napotkanych osób zmienia nieco swoje zachowanie, ale nawet i myślenie. Staje się swego rodzaju kameleonem kopiującym czyjeś zdanie, by tylko zdobyć aprobatę czy uniknąć konfliktu. Być może czasowo staje się podmiotem ich słów-urządzeń. Tylko czasowo, bo sam potrafi dokonać profanacji, konfrontując ich opinie z opiniami innych czy swoimi własnymi. Nie dzieje się to jednak od razu, żeby to zrobić, musi zostać sam ze swoimi myślami bądź znaleźć się pod wpływem cięcia, które podważa wcześniej zasłyszane fakty. Tych cięć jawi się naprawdę sporo – zwłaszcza że załoga szpitalna jest ze sobą skłócona. Dużo na siebie narzekają, plotkują i poświadczają o niekompetencji.
Przez rozmowy prowadzone w klinice pacjent rozpoczyna podróż w głąb siebie mającą na celu ustalenie źródła problemów – odnalezienie wewnętrznego urządzenia, które odebrało mu stabilność psychiczną i emocjonalną. Ustalenie pochodzenia urządzenia pomogłoby wyrwać się spod jego władzy i odzyskać kontrolę nad swoimi myślami, czynami czy emocjami. Żona bohatera podkreślała, że brakuje mu samoregulacji emocjonalnej. W ciągu samodiagnozy (oraz na podstawie diagnoz nieuprawnionych osób) podejrzewał, że przez zbyt barwne opowieści o swoim dziadku napadają go fałszywe wspomnienia, a przez wieczne kłótnie między rodzicami nie potrafi tworzyć zdrowych relacji. Przez myśl przeszło mu nawet, że przez niezdrową fascynację kobietami w wieku nastoletnim został erotomanem (mimo że przed spotkaniem z jedną pacjentką nawet o tym nie pomyślał).
Niestety pokuszę się o zdradzenie zakończenia powieści, lecz jest to konieczne – zmienia ono spojrzenie na całość książki. W ostatnim rozdziale pacjent wreszcie dociera do gabinetu profesora, w którym przebywa sam specjalista. Wychodzi on na chwilę, przepraszając protagonistę, bo musi odwiedzić swojego asystenta przebywającego na oddziale, który podczas strajków zemdlał z odwodnienia… Mimowolnie pacjent zaczyna się stresować, że dziś znów nie dojdzie do wizyty, a jeśli tak, to on sam źle się wyrazi i dostanie nieodpowiednią diagnozę. „Jest to wybitny specjalista, będzie zatem postępować fachowo, moje wnętrze podda się przygotowanej z zimną krwią ekspertyzie, której wynikiem będzie syntetyczne podsumowanie w celu stworzenia obiektywnego obrazu o podmiocie. Podmiot stanie się obiektem profesora” (s. 187). Zostanie poddany działaniu kolejnego urządzenia, które oddzieli od niego chorobę spowodowaną oddziaływaniem innych urządzeń.
Pacjent dochodzi jednak do wniosku, że ze wszystkich ludzi na świecie profesor rozumie tylko samego siebie. Protagonistę natomiast nie zrozumie nikt – nawet on sam tego nie potrafi. Zagubił siebie, zbytnio próbując wtopić się w tłum, zbyt często poddając się kolejnym urządzeniom. Wychodzi z gabinetu i, pod wpływem chwili, wiedząc, że w środku nikogo nie ma, puka do drzwi. Odpowiada mu głos zapraszający do gabinetu. Dopiero tu, na ostatniej karcie powieści, dowiadujemy się, że wszystko wcześniej opisane było zwykłą fantasmagorią, a pacjent dopiero teraz odważył się przyjść do kliniki. Wszystkie wcześniejsze rozmowy, próby odkrycia źródła problemów, urządzenia go powstrzymujące… wszystkie działy się w jego umyśle.
Zanim jednak czytelnik uzmysłowi sobie fantasmagoryczność powieści, na jaw wychodzi urządzenie wpływające na stan psychiczny bohatera – śmierć jego syna zobrazowana sceną z krematorium. Pracowniczka placówki stwierdza wtedy, że zmarły na skutek choroby chłopiec jest piękny, co mocno zapada w pamięci głównego bohatera. Śmierć bliskiej osoby, która w dodatku została pochwalona przez kogoś obcego, potęguje jego poczucie utraty.
Samego syna nie należy interpretować jednak tylko i wyłącznie pod jednym kątem. Może on też być swoistym alter ego protagonisty bądź metaforą tęsknoty za zrozumieniem. Postać syna pojawia się tylko w pozytywnych kontekstach. Bohater czuł z nim wieź, wyglądało na to, ze rozumieli się bez słów. „[D]ziecko chcę wychować tak, by przeżyło lepszą wersję mojego życia” (s. 83). W pewnym sensie mógł się z nim utożsamiać, skoro miał żyć jego życiem, ale lepszym (stąd propozycja interpretowania chłopca jako alter ego protagonisty). Syn we wspomnieniach zawsze jest wpatrzony w ojca, wysłuchuje go, przytakuje, dostrzega i docenia takim, jaki jest. Dostarcza mu to, czego nie dostaje od innych (od reszty rodziny), czego mu brakuje. Być może jest on symbolem niespełnionego marzenia posiadania syna, gdyż nigdy nie pojawia się we wspomnieniach rodzinnych. Reszta jego najbliższej rodziny (żona i córki) są oschłe, nie dostrzegają jego potrzeb i pragnień. Ciągle stawiają dodatkowe wymagania i na niego narzekają, aż w końcu decyduje się udać na terapię.
„Klinika” to przykład powieści, w których urządzenia działają na wielu płaszczyznach jednocześnie. Uciemiężone przez nie podmioty cierpią, lecz próbują walczyć. Jak zakończyła się walka pacjenta z kliniką, ze wspomnieniami, utratą? Nie wiadomo. Książkę wieńczy urwane zdanie: „Gdyby profesor mnie całkowicie lub chociaż częściowo zmienił, nie byłbym już”. Samotny? Zidiociały? Zepsuty? Egoistyczny? Czytelnik sam musi sobie dopowiedzieć i czegokolwiek by nie wymyślił – będzie pasować. W słowackim wydaniu ostatnia strona celowo jest wyrwana, co dobitnie wskazuje na siłę emocji władających protagonistą.
LITERATURA:
Agamben G.: "Czym jest urządzenie?". Przeł. Jakub Majmurek. W: Anarcho-Biblioteka, s. 12, https://pl.anarchistlibraries.net/library/giorgio-agamben-czym-jest-urzadzenie.a4.pdf [data dostępu: 18.01.2025].
Pavol Rankov: „Klinika”. Przeł. Tomasz Grabiński. Wydawnictwo Książkowe Klimaty. Wrocław 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

