ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (515) / 2025

Krzysztof Katkowski,

KLASYCYZM NA KOŃCU SZKLANKI (MACIEJ PAPIERSKI: 'HALKIONIA')

A A A
Nikt nigdy nie lubi klasycyzmu. Taki już chyba jego los – zawsze jest nielubiany. Klasycyzm to ospałość, skostnienie, totalny bezsens. Film i kultura popularna tylko to potwierdzają: klasyczny znaczy konserwatywny. Taką perspektywę sugerują ostatnie filmy o artystach, jak „Cézanne i ja” w reżyserii Danièle Thompsona czy „Geniusz" Michaela Grandage’a. Klasycyzm to obsesja i upie*dliwe zamknięcie się na to, co nowe. Logika jest prosta: klasycysta to typowy konserwatysta – a na to w sztuce nie można sobie pozwolić.

O ile w życiu społecznym prawicowość może jeszcze funkcjonować, o tyle w sztuce wydaje się niemal niedopuszczalna. Nawet prawicowi autorzy w Polsce unikali klasycyzmu. Przykłady z ostatnich lat – choćby ci najwybitniejsi, jak Jarosław Marek Rymkiewicz czy Wojciech Wencel – to kontrrewolucjoniści, którzy być może obsesyjnie sięgają do historii (widzianej na własny sposób), ale nigdy nie zastygają w miejscu. Zastyganie zostawili Polkowskiemu i Sochoniowi, którzy jakoś już w tym trwaniu utknęli, i może właśnie dlatego niewielu dziś ich czyta.

Dlatego, kiedy Maciej Papierski wydaje „Halkionię” (nakładem PIW-u, pod redakcją rąk i oczu Anny Piwkowskiej), jest to wręcz bezczelne posunięcie. Spójrzmy na przykład na ten fragmencik: „późne światło na jego miękkim brzuchu,/jakby jeszcze zgadzał się, żeby go ocalić,/dla miłości stawał się czymś innym”. To fragment papierskiego wiersza „Metamorfozy” – nawiązującego do Owidiusza, lekko erotyzującego. I tak dalej, i tak dalej.

„Halkionia” to tom, który można określić jako zbiór takich właśnie powidoków. Wyraźnie widać tu wpływy tradycji antycznych; stąd te nawiązania. Wiersze, jak sądzę, płyną po tafli wody – zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Pojawiają się traumy, zespoły stresu pourazowego, chwilowa euforia i spokój. Jednak nigdy nie ma pełnej, neurotycznej stabilności.

Widać tu wpływ klasycyzujących poetów wydawanych do tej pory w piwowskiej „Serii Mozaikowej” – nie ma tu nowojorskiego sznytu Tadeusza Dąbrowskiego, są za to Anna Piwkowska czy Ariel Rosé. Podmiot Papierskiego unosi się na fali zdarzeń, doświadcza ich. Jest egocentryczny, ale zarazem wydrążony – w samym centrum ciała zdaje się go po prostu nie być.

Podmiot w tych wierszach właściwie nie istnieje. Podmiot Papierskiego jest, z zasady, rozmyty i rozlazły. Nie oznacza to jednak, że jest to wada — po prostu taka jest jego natura. W wierszu tytułowym, „przy domu, który ktoś kocha”, „pasek płaszcza” zsuwa się „[w trawę/w cętki światła]”. Dalej pojawia się fragment: „pomiędzy nami dudni wściekle świat, / przerywa ciągłość spojrzenia -”. Jest dom, jest ogród — jakaś wizja dzieciństwa, ale widziana jakby z perspektywy siedzenia w tramwaju albo przez pryzmat gabinetu terapeutycznego.

Kluczem do interpretacji może być sam tytuł. Nawet ChatGPT nie potrafi jednoznacznie wyjaśnić znaczenia „Halkionii”, sugerując, że może to być literacki lub poetycki neologizm użyty w jakimś utworze, książce lub jako nazwa artystyczna. Sam wydawca wspomina zaś, że tytuł nawiązuje do „Dni Alkione”, okresu, kiedy bogowie uciszali wzburzone fale, aby młode zimorodki mogły bezpiecznie wykluć się wśród skał (odniesienie do mitu o Alkionie i Keyksie).

„Halkionia” wydaje się jednak przede wszystkim zapożyczeniem z angielskiego słowa „halcyon” (zimorodek) albo staropolskiego „alcjon”, którym określano te ptaki. Litera „H” to zapożyczenie z języka angielskiego — w języku starogreckim słowo αλκυονος, oznaczające mitycznego ptaka, zaczyna się od dźwięcznego α, a nie od polskiego „h” (czyli ἁ). To zatem błąd powstały gdzieś na styku antyku i nowożytności — αλκυονος przekształciło się w ἁλκυων, a następnie wpłynęło zarówno na angielski, jak i na łacinę.

Dawny, staropolski „alcjon” — zimorodek — najpewniej pomieszał się z innymi słowami: ἁλς (morze) oraz καλος (piękny). Ze źle dobranych słów był powstał więc mit, z αλκυονος powstał ἁλκυων.

Tak właśnie można podsumować tomik Papierskiego. To klasycyzm, ale nie sztywny ani martwy — przypomina bardziej styl Jaime Gil de Biedmy niż chłodną precyzję brytyjskiego zgreda, W. H. Audena. Podmiot Papierskiego, kiedy pisze, to drży. To klasycyzm na końcu szklanki: nigdy całkowicie nie zanurza się w herbacie, zawsze bierze tylko delikatne łyczki.

W tym sensie dopiero powstaje tytułowy zimorodek. To nie mityczny ptak, ale raczej piękno (rozumiane klasycznie — Piękno, przez duże „P”, tak jak platończycy i badacze z KUL-u tego świata by tego chcieli), które splata się z morzem. Podmiot Papierskiego nie pochłania jednak tego piękna w całości, lecz chwyta jedynie subtelny łyczek. Morze „Halkionii” to nie ocean, ale herbata w eleganckiej filiżance.

Nie jest to, przy tym, podmiot neurotyczny - jest to podmiot niepewny, ale nigdy nie zamknięty w klatce obsesji. Papierski podmiot to raczej podmiot lękowy. Doświadcza świata, ale do niego nie wychodzi. Kluczem jest delikatność.

Angielskie halcyon kojarzy się głównie z idiomem - halcyon days - oznaczającym dni pełne spokoju. Spokój, rozumiany jako zasada-maksyma absolutne to oczywiście oszustwo - obietnica poranka, który nigdy nie nadejdzie. Zbiór wierszy Papierskiego jest więc taki, jak na memie po waszej lewej, a po mojej prawej.
Maciej Papierski: „Halkionia”. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2025.