'ZAMYKAM LĘKI W ZESZYTACH' (MIRA SUCHOWIEJKO: 'TEŻ SIĘ O CIEBIE BOJĘ')
A
A
A
„Też się o ciebie boję” jest i zarazem nie jest po prostu kolejną książką o diagnozie i walce z rakiem. Z jednej strony spełnia wszelkie kryteria specyficznego gatunku opowieści o chorobie nowotworowej, czyli kancerografii: to pierwszoosobowa opowieść pacjentki onkologicznej, relacjonującej zmagania z granicznym doświadczeniem i codziennością od stanu przed diagnozą przez kolejne etapy leczenia i operacji do fazy – w tym konkretnym wypadku – wyzdrowienia. Zarazem w kancerografiach chodzi o coś więcej niż tylko tematyzowanie choroby; raczej o prowadzenie narracji przez niedomagające, kruche ciało, które staje się osobliwym czynnikiem służącym do konstruowania autobiograficznego tekstu (zob. Okupnik 2018: 215–219).
Książka Suchowiejko, spełniając wymogi stawiane przed tego rodzaju opowieściami, sugestywnie dowodzi ich potencjału, którego nie może osłabić strumień podobnych publikacji. O dwóch (Adrianny Alksnin i Jagny Kaczanowskiej) pisałam na tych łamach w 2023 roku, wspominając przy okazji o trzeciej, autorstwa Bartosza Suwińskiego, zawierającej sugestywne otwarcie: „Wszystkie tytuły świata są już zajęte. Każda historia została już opowiedziana. Powtarzam swoje, kolejny raz. Nikt nie zrobi tego za mnie. Nie wiem, czy ktoś słucha” (Suwiński 2022: 7). Rakowe historie domagają się artykulacji w planie życiowym, uruchamiają niejako pokłady narratologiczne, które – być może – pozostałyby w uśpieniu, gdyby nie doświadczenie graniczne autorek i autorów. W tym sensie – i tu właśnie ujawnić może owa druga strona opowieści rakowych – przestaje mieć znaczenie powtarzalność schematu fabularnego, tych samych, dyżurnych wręcz, konwencji do podjęcia, wspólnych tropów medycznych i kulturowych – to wszystko musi zostać wykorzystane, ale przepisane na własnych prawach, w niepowtarzalnych sekwencjach słów, zdań i znaczeń pochodzących ze wspólnych słowników: polszczyzny i polszczyzny onkologicznej. I to właśnie autorska sygnatura sprawia, że znana opowieść brzmi inaczej: prawdą jednorazowego przeżycia i utrwalenia w zapisie na własnych zasadach. Nie wszystkim twórczyniom i twórcom się to jednak udaje; czasem kancerografie ograniczają się tylko do wypełnienia genologicznych zobowiązań. Suchowiejko udało się osiągnąć coś więcej.
Siłą rzeczy czytam zatem książkę Suchowiejko jako dopełniającą i modyfikującą obraz tego, co powstało przed nią, a także wyznaczającą aktualność onkonarracji. Można bowiem – patrząc na wspomniane książki jak na zbiór – obserwować przesuwanie się akcentów i wydobywanie z marginesów schowanych dotychczas wątków, co wydaje mi się w lekturze „Też się o ciebie boję” najciekawsze. Można by, a może nawet trzeba, zacząć banalnie – od przyznania oczywistości, od zgody na podobieństwo. Rak więc to przede wszystkim inni (ciocie, babcie, osoby przynależne do starszej niż nasza generacji); potem przychodzi badanie, narasta niepokój i desperacko szuka się kontaktów przyspieszających konsultacje lekarskie, by to wszystko skumulowało się w pęknięciu biografii: „czasoprzestrzeń się załamuje, a ja staję nad otchłanią. Za mną – dotychczasowe życie, przede mną – mrok” (s. 9).
Groza choroby, lęk przed nieznanym, pytania graniczne, wreszcie – nieznośny patos języka. Suchowiejko szybko jednak po wielokroć przerabia w głowie własne pożegnania i pogrzeby, by uzmysłowić sobie, że „[ż]adna karetka nie zawozi mnie do żadnego hospicjum” (s. 11), trzeba więc po pierwsze przejść przez leczenie, przechorować, po drugie zdobyć o własnym raku wiedzę. Ta część książki staje się raportem ze spotkań z lekarzami, z usłyszanych od nich niezrozumiałych komunikatów i wizyt w onkoprzestrzeniach, które zagarniają chore ciała jak „stado zombi” (s. 12), pozbawiając je podmiotowości. Narratorka doświadcza zatem nierealności wydarzeń dotyczących przecież jej zdrowia, poddaje się ich rytmowi, sunie, czeka i uczy się, że stawką jest, rzecz jasna, życie, ale w krótszej jednostce czasu – sprawczość, odzyskanie kontroli i poczucie, że jej osobisty dramat ma sens. Znamienne, że taki test ma miejsce na fotelu fryzjerskim: „Postanawiam ściąć włosy (…). Fryzjerka, do której idę, ostatnio układała mi włosy do ślubu. (…) Kiedy jej mówię, że na krótko, i wyjaśniam dlaczego, mimo starań zaczyna płakać. Ja nie płaczę. Patrzę na jej wzruszenie i czuję, że jestem ważna, że mój dramat coś oznacza, że jest i go sobie nie wymyśliłam” (s. 16). Znamienne, bo będą i inne fragmenty książki pokazujące troskę siostrzeńską.
Dramat choroby oznaczać może jednakże kicz. Suchowiejko zaznacza swą samoświadomość, obsadzając się w klasycznych konwencjach. W tandetnym filmie będzie sentymentalnie, ale z pożądanym happy endem: „I ja, chora na raka, łysa, ładna w swojej chorobie, dobra, sprawiedliwa, młoda, lubiana i może trochę umierająca, ale dzielnie znosząca swój los. Kochająca matka, zakochana żona, troskliwa córka, równa kumpela. Nic, tylko postawić mi pomnik” (s. 21) – kpi ze swej pierwszoplanowej roli. Ten scenariusz, mimo że marny, gwarantuje przetrwanie; kino ambitniejsze (może jak ostatni Pedro Almodóvar?) skończy się – przeczuwa narratorka – szybko i tragicznie. Jest i inna typowa reakcja – śmiech. „Może jednak sitcom” (s. 23) – zastanawia się narratorka, żartując z mężem ze swego położenia. Rzecz w tym, by dokonać wyboru tonów i lawirować między nimi, bo samodzielne obsadzenie się w odpowiednim scenariuszu rakowym pozwala czuć się sobą i chorować na własnych prawach. Nie ma przecież niczego oryginalnego w stwierdzeniu, że chociaż nowa tożsamość pacjentki uwiera i niedostatecznie przylega do osobowości, to przecież odczucie radykalnej zmiany staje się wyraźne już na początku choroby: „Jestem już innym człowiekiem” (s. 17) – napisze narratorka 5 dni po diagnozie.
W szukaniu strategii „usystematyzowania swojego strachu” (s. 31) można polegać na filmowych konwencjach, można też szukać oparcia w liczbach. Pod tym względem „Też się o ciebie boję” jest książką wyjątkową, rozpiętą między precyzją matematycznych wskazań a niedającymi się przecież przewidzieć (nie tylko w chorobie) kolejami losu. Leczenie nowotworowe ma zatem swój rytm (wizyt u lekarzy, badań, wlewów itp.) i dalszy horyzont: „Dwa (2) lata. Na samym początku po diagnozie pewien onkolog powiedział, że tyle łącznie potrwa leczenie. To jest najodleglejszy termin w mojej głowie, inne plany skupiają się na najbliższych tygodniach. Dwa lata – tyle pożyję na pewno, przecież nie będą leczyć trupa. Pokrzepiające” (s. 32).
Brzmi makabrycznie? Tak, ale i prześmiewczo, jak zaklinanie losu, odczynianie uroków. W końcu w książce są też wpisy oznaczone jako „1712 dni (4 lata i 8 miesięcy) po diagnozie” czy „2219 dni po diagnozie”. Widać wyraźnie, że diagnoza staje się punktem zwrotnym, który dzieli doświadczenie życiowe na „przed” i „po”. Jednocześnie w książce na ten rytm nakłada się jeszcze porządek 38 zatytułowanych fragmentów – a może jedynie pozorny porządek, bo przecież narracja wcale nie jest linearna, a chaotyczna, zapętla się, by narratorka mogła nie tylko snuć opowieść o teraźniejszości, ale i sięgać do przeszłości. Ten ostatni gest z pewnością określa oryginalność narracji Suchowiejko, ponieważ przeszłość oznacza igranie nie tylko z czasem, ale i z przestrzenią geograficzno-kulturową. Autorka, zanurzając się w historii rodzinnej, opowiada o swych bułgarskich korzeniach. Fragmenty wspomnień można traktować jak dopełnienia obecnej medycznej ścieżki, jak uzupełnienie o to, co niekonwencjonalne. Recepty z przeszłości są wszak takie: na nawracające zapalenie ślinianki – okład z utartych z pestkami oliwek; rozbite i podrzucone na podwórko skorupki jajek – to rzucony urok. Na pytanie, gdzie się leczyć, odpowiadają pacjentce tyleż lekarze, co rodzinny wróż; krótka linia życia na dłoni nagle zaczyna pasować do „katalogu złowrogich wróżb i zwiastunów nieszczęścia” (s. 42). Między wróżbitą a psychoanalityczką (nazywaną też księgową) toczy się coś w rodzaju walki o ciało i duszę chorującej i mimo powiewu irracjonalności bohaterka nie rezygnuje z leczenia konwencjonalnego. Zdaje się, że obecność tych wątków sprowadza się do pokazania wagi duchowego potencjału choroby, szukania jej sensu w różnie rozumianej duchowości, niekoniecznie o charakterze religijnym.
Choroba każe ponadto przymierzać różne określenia do siebie: pacjentka, chemiczka (przyjmująca chemię), syrena (kobieta po amputacji organów), wreszcie mutantka (nie z racji wyglądu, ale pechowej mutacji w cechach dziedzicznych). Z tym ostatnim opisem narratorka wadzi się w szczególny sposób, widząc w nim „otagowanie” medyczne, etykietkę, która zmusza do zrewidowania przeszłości i podjęcia decyzji o przyszłości. Sięganie do historii rodzinnych ma zatem jeszcze jeden wymiar, bo mutacja jest właśnie dziedzictwem po przodkach, niechcianym spadkiem, który wraz z genami prawdopodobnie bohaterka przekazała też własnej córce. Genetyczne badanie nie kwestionuje jednak pytania, czy to przypadkiem nie „boski plan”, nawet jeśli zawyrokował o tym „omylny bóg na kacu” (s. 58).
Sekwencje pytań pojawiające się w różnych partiach książki (np. dlaczego ja? czy to ja wyhodowałam swojego raka? czy to pech?) przeplatają się – dość nieoczekiwanie – ze zdaniami, w których bohaterka odczuwa coś w rodzaju rozczarowania przechodzeniem przez leczenie. Wynika to oczywiście z kulturowych i społecznych stereotypów, nakazujących spodziewać się najgorszego, tymczasem Suchowiejko notuje po chemioterapii: „Tyle gadania, strachu, rozkminek. Ostatecznie po prostu przez parę godzin siedzę w fotelu. Efekt uboczny – gorszy kac bez melanżu” (s. 36) albo: „Już. Koniec. Tyle gadania, a tak naprawdę pół roku regularnego odwiedzania szpitala, i już. Sześć godzin czekania, trzy godziny wlewu i tyle” (s. 63). Oczywiście, powtarzanie „już” i „tyle” nie likwiduje różnego rodzaju lęków (np. przed śmiercią), nie usuwa żałoby po utracie piersi, wreszcie – nie zmniejsza uczucia pustki po zakończeniu leczenia. Suchowiejko czujnie zauważa kolejny graniczny punkt, kiedy nieprzydatna okazuje się metafora walki z chorobą. Zdrowienie jest niewiele łatwiejsze od chorowania, właściwie pod pewnymi względami jest trudniejsze, bo nie wymaga intensywnych działań, planu, polega na szczególnego rodzaju odpoczynku. Oznacza też powrót do życia, ale ono dzieje się trochę w cieniu wyrzutów sumienia, bo „[p]rzeżyć jest bezczelnie” (s. 110).
Czy pisać o raku jest równie bezczelnie? Narratorka to dziennikarka i świadomie konstruuje opowieść o własnym doświadczeniu. Mimo że czuje opór wobec określenia „onkocelebrytka”, to nie chce zrezygnować z myślenia i pisania o chorobie. Rak nie jest jednak w jej wersji celebrycki, autorka zmierza raczej do udomowienia choroby, oswojenia, wpisania w codzienność i skutecznego zneutralizowania strachu. Nowotwór staje się ponadto wystarczającą rękojmią, by się nie tłumaczyć z mówienia i pisania o nim. Można go znarratywizować na wiele sposobów dla siebie i innych, zamienić w bajkę, by nie zapomnieć (zob. s. 142), ale by także przyznać, że wciąż nie zna się odpowiedzi na pytania zadawane na początku opowieści. W tym sensie kancerografie są butne, bo się nie wyczerpują, a domagają nieustannego pisania. I to właśnie one – w przeciwieństwie do opowieści o rzekomych miniprzełomach w leczeniu – nie są „bezbrzeżnie czcze” (s. 138).
LITERATURA:
Okupnik M.: „W niewoli ciała. Doświadczenie utraty zdrowia i jego reprezentacje”. Kraków 2018.
Suwiński B.: „Terpentyna”. Wrocław 2022.
Książka Suchowiejko, spełniając wymogi stawiane przed tego rodzaju opowieściami, sugestywnie dowodzi ich potencjału, którego nie może osłabić strumień podobnych publikacji. O dwóch (Adrianny Alksnin i Jagny Kaczanowskiej) pisałam na tych łamach w 2023 roku, wspominając przy okazji o trzeciej, autorstwa Bartosza Suwińskiego, zawierającej sugestywne otwarcie: „Wszystkie tytuły świata są już zajęte. Każda historia została już opowiedziana. Powtarzam swoje, kolejny raz. Nikt nie zrobi tego za mnie. Nie wiem, czy ktoś słucha” (Suwiński 2022: 7). Rakowe historie domagają się artykulacji w planie życiowym, uruchamiają niejako pokłady narratologiczne, które – być może – pozostałyby w uśpieniu, gdyby nie doświadczenie graniczne autorek i autorów. W tym sensie – i tu właśnie ujawnić może owa druga strona opowieści rakowych – przestaje mieć znaczenie powtarzalność schematu fabularnego, tych samych, dyżurnych wręcz, konwencji do podjęcia, wspólnych tropów medycznych i kulturowych – to wszystko musi zostać wykorzystane, ale przepisane na własnych prawach, w niepowtarzalnych sekwencjach słów, zdań i znaczeń pochodzących ze wspólnych słowników: polszczyzny i polszczyzny onkologicznej. I to właśnie autorska sygnatura sprawia, że znana opowieść brzmi inaczej: prawdą jednorazowego przeżycia i utrwalenia w zapisie na własnych zasadach. Nie wszystkim twórczyniom i twórcom się to jednak udaje; czasem kancerografie ograniczają się tylko do wypełnienia genologicznych zobowiązań. Suchowiejko udało się osiągnąć coś więcej.
Siłą rzeczy czytam zatem książkę Suchowiejko jako dopełniającą i modyfikującą obraz tego, co powstało przed nią, a także wyznaczającą aktualność onkonarracji. Można bowiem – patrząc na wspomniane książki jak na zbiór – obserwować przesuwanie się akcentów i wydobywanie z marginesów schowanych dotychczas wątków, co wydaje mi się w lekturze „Też się o ciebie boję” najciekawsze. Można by, a może nawet trzeba, zacząć banalnie – od przyznania oczywistości, od zgody na podobieństwo. Rak więc to przede wszystkim inni (ciocie, babcie, osoby przynależne do starszej niż nasza generacji); potem przychodzi badanie, narasta niepokój i desperacko szuka się kontaktów przyspieszających konsultacje lekarskie, by to wszystko skumulowało się w pęknięciu biografii: „czasoprzestrzeń się załamuje, a ja staję nad otchłanią. Za mną – dotychczasowe życie, przede mną – mrok” (s. 9).
Groza choroby, lęk przed nieznanym, pytania graniczne, wreszcie – nieznośny patos języka. Suchowiejko szybko jednak po wielokroć przerabia w głowie własne pożegnania i pogrzeby, by uzmysłowić sobie, że „[ż]adna karetka nie zawozi mnie do żadnego hospicjum” (s. 11), trzeba więc po pierwsze przejść przez leczenie, przechorować, po drugie zdobyć o własnym raku wiedzę. Ta część książki staje się raportem ze spotkań z lekarzami, z usłyszanych od nich niezrozumiałych komunikatów i wizyt w onkoprzestrzeniach, które zagarniają chore ciała jak „stado zombi” (s. 12), pozbawiając je podmiotowości. Narratorka doświadcza zatem nierealności wydarzeń dotyczących przecież jej zdrowia, poddaje się ich rytmowi, sunie, czeka i uczy się, że stawką jest, rzecz jasna, życie, ale w krótszej jednostce czasu – sprawczość, odzyskanie kontroli i poczucie, że jej osobisty dramat ma sens. Znamienne, że taki test ma miejsce na fotelu fryzjerskim: „Postanawiam ściąć włosy (…). Fryzjerka, do której idę, ostatnio układała mi włosy do ślubu. (…) Kiedy jej mówię, że na krótko, i wyjaśniam dlaczego, mimo starań zaczyna płakać. Ja nie płaczę. Patrzę na jej wzruszenie i czuję, że jestem ważna, że mój dramat coś oznacza, że jest i go sobie nie wymyśliłam” (s. 16). Znamienne, bo będą i inne fragmenty książki pokazujące troskę siostrzeńską.
Dramat choroby oznaczać może jednakże kicz. Suchowiejko zaznacza swą samoświadomość, obsadzając się w klasycznych konwencjach. W tandetnym filmie będzie sentymentalnie, ale z pożądanym happy endem: „I ja, chora na raka, łysa, ładna w swojej chorobie, dobra, sprawiedliwa, młoda, lubiana i może trochę umierająca, ale dzielnie znosząca swój los. Kochająca matka, zakochana żona, troskliwa córka, równa kumpela. Nic, tylko postawić mi pomnik” (s. 21) – kpi ze swej pierwszoplanowej roli. Ten scenariusz, mimo że marny, gwarantuje przetrwanie; kino ambitniejsze (może jak ostatni Pedro Almodóvar?) skończy się – przeczuwa narratorka – szybko i tragicznie. Jest i inna typowa reakcja – śmiech. „Może jednak sitcom” (s. 23) – zastanawia się narratorka, żartując z mężem ze swego położenia. Rzecz w tym, by dokonać wyboru tonów i lawirować między nimi, bo samodzielne obsadzenie się w odpowiednim scenariuszu rakowym pozwala czuć się sobą i chorować na własnych prawach. Nie ma przecież niczego oryginalnego w stwierdzeniu, że chociaż nowa tożsamość pacjentki uwiera i niedostatecznie przylega do osobowości, to przecież odczucie radykalnej zmiany staje się wyraźne już na początku choroby: „Jestem już innym człowiekiem” (s. 17) – napisze narratorka 5 dni po diagnozie.
W szukaniu strategii „usystematyzowania swojego strachu” (s. 31) można polegać na filmowych konwencjach, można też szukać oparcia w liczbach. Pod tym względem „Też się o ciebie boję” jest książką wyjątkową, rozpiętą między precyzją matematycznych wskazań a niedającymi się przecież przewidzieć (nie tylko w chorobie) kolejami losu. Leczenie nowotworowe ma zatem swój rytm (wizyt u lekarzy, badań, wlewów itp.) i dalszy horyzont: „Dwa (2) lata. Na samym początku po diagnozie pewien onkolog powiedział, że tyle łącznie potrwa leczenie. To jest najodleglejszy termin w mojej głowie, inne plany skupiają się na najbliższych tygodniach. Dwa lata – tyle pożyję na pewno, przecież nie będą leczyć trupa. Pokrzepiające” (s. 32).
Brzmi makabrycznie? Tak, ale i prześmiewczo, jak zaklinanie losu, odczynianie uroków. W końcu w książce są też wpisy oznaczone jako „1712 dni (4 lata i 8 miesięcy) po diagnozie” czy „2219 dni po diagnozie”. Widać wyraźnie, że diagnoza staje się punktem zwrotnym, który dzieli doświadczenie życiowe na „przed” i „po”. Jednocześnie w książce na ten rytm nakłada się jeszcze porządek 38 zatytułowanych fragmentów – a może jedynie pozorny porządek, bo przecież narracja wcale nie jest linearna, a chaotyczna, zapętla się, by narratorka mogła nie tylko snuć opowieść o teraźniejszości, ale i sięgać do przeszłości. Ten ostatni gest z pewnością określa oryginalność narracji Suchowiejko, ponieważ przeszłość oznacza igranie nie tylko z czasem, ale i z przestrzenią geograficzno-kulturową. Autorka, zanurzając się w historii rodzinnej, opowiada o swych bułgarskich korzeniach. Fragmenty wspomnień można traktować jak dopełnienia obecnej medycznej ścieżki, jak uzupełnienie o to, co niekonwencjonalne. Recepty z przeszłości są wszak takie: na nawracające zapalenie ślinianki – okład z utartych z pestkami oliwek; rozbite i podrzucone na podwórko skorupki jajek – to rzucony urok. Na pytanie, gdzie się leczyć, odpowiadają pacjentce tyleż lekarze, co rodzinny wróż; krótka linia życia na dłoni nagle zaczyna pasować do „katalogu złowrogich wróżb i zwiastunów nieszczęścia” (s. 42). Między wróżbitą a psychoanalityczką (nazywaną też księgową) toczy się coś w rodzaju walki o ciało i duszę chorującej i mimo powiewu irracjonalności bohaterka nie rezygnuje z leczenia konwencjonalnego. Zdaje się, że obecność tych wątków sprowadza się do pokazania wagi duchowego potencjału choroby, szukania jej sensu w różnie rozumianej duchowości, niekoniecznie o charakterze religijnym.
Choroba każe ponadto przymierzać różne określenia do siebie: pacjentka, chemiczka (przyjmująca chemię), syrena (kobieta po amputacji organów), wreszcie mutantka (nie z racji wyglądu, ale pechowej mutacji w cechach dziedzicznych). Z tym ostatnim opisem narratorka wadzi się w szczególny sposób, widząc w nim „otagowanie” medyczne, etykietkę, która zmusza do zrewidowania przeszłości i podjęcia decyzji o przyszłości. Sięganie do historii rodzinnych ma zatem jeszcze jeden wymiar, bo mutacja jest właśnie dziedzictwem po przodkach, niechcianym spadkiem, który wraz z genami prawdopodobnie bohaterka przekazała też własnej córce. Genetyczne badanie nie kwestionuje jednak pytania, czy to przypadkiem nie „boski plan”, nawet jeśli zawyrokował o tym „omylny bóg na kacu” (s. 58).
Sekwencje pytań pojawiające się w różnych partiach książki (np. dlaczego ja? czy to ja wyhodowałam swojego raka? czy to pech?) przeplatają się – dość nieoczekiwanie – ze zdaniami, w których bohaterka odczuwa coś w rodzaju rozczarowania przechodzeniem przez leczenie. Wynika to oczywiście z kulturowych i społecznych stereotypów, nakazujących spodziewać się najgorszego, tymczasem Suchowiejko notuje po chemioterapii: „Tyle gadania, strachu, rozkminek. Ostatecznie po prostu przez parę godzin siedzę w fotelu. Efekt uboczny – gorszy kac bez melanżu” (s. 36) albo: „Już. Koniec. Tyle gadania, a tak naprawdę pół roku regularnego odwiedzania szpitala, i już. Sześć godzin czekania, trzy godziny wlewu i tyle” (s. 63). Oczywiście, powtarzanie „już” i „tyle” nie likwiduje różnego rodzaju lęków (np. przed śmiercią), nie usuwa żałoby po utracie piersi, wreszcie – nie zmniejsza uczucia pustki po zakończeniu leczenia. Suchowiejko czujnie zauważa kolejny graniczny punkt, kiedy nieprzydatna okazuje się metafora walki z chorobą. Zdrowienie jest niewiele łatwiejsze od chorowania, właściwie pod pewnymi względami jest trudniejsze, bo nie wymaga intensywnych działań, planu, polega na szczególnego rodzaju odpoczynku. Oznacza też powrót do życia, ale ono dzieje się trochę w cieniu wyrzutów sumienia, bo „[p]rzeżyć jest bezczelnie” (s. 110).
Czy pisać o raku jest równie bezczelnie? Narratorka to dziennikarka i świadomie konstruuje opowieść o własnym doświadczeniu. Mimo że czuje opór wobec określenia „onkocelebrytka”, to nie chce zrezygnować z myślenia i pisania o chorobie. Rak nie jest jednak w jej wersji celebrycki, autorka zmierza raczej do udomowienia choroby, oswojenia, wpisania w codzienność i skutecznego zneutralizowania strachu. Nowotwór staje się ponadto wystarczającą rękojmią, by się nie tłumaczyć z mówienia i pisania o nim. Można go znarratywizować na wiele sposobów dla siebie i innych, zamienić w bajkę, by nie zapomnieć (zob. s. 142), ale by także przyznać, że wciąż nie zna się odpowiedzi na pytania zadawane na początku opowieści. W tym sensie kancerografie są butne, bo się nie wyczerpują, a domagają nieustannego pisania. I to właśnie one – w przeciwieństwie do opowieści o rzekomych miniprzełomach w leczeniu – nie są „bezbrzeżnie czcze” (s. 138).
LITERATURA:
Okupnik M.: „W niewoli ciała. Doświadczenie utraty zdrowia i jego reprezentacje”. Kraków 2018.
Suwiński B.: „Terpentyna”. Wrocław 2022.
Mira Suchowiejko: „Też się o ciebie boję”. Biuro Literackie. Kołobrzeg 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

