TEGO CHCIELI FANI ('PREDATOR: POGROMCA ZABÓJCÓW')
A
A
A
„Predator” nigdy nie był specjalnie udaną franczyzą. Po pierwszym filmie, naprawdę świetnym i już dzisiaj kultowym, każda próba kontynuowania historii rasy Yautja na ekranie kończyła się fiaskiem. Zdawało się już, że rewitalizacja marki jest zwyczajnie czymś niemożliwym do osiągnięcia, aż do momentu, gdy pojawił się reżyser Dan Trachtenberg. W 2022 roku na platformie streamingowej Hulu, a w naszym kraju na Disney+, ukazał się film „Prey”, który zdecydował się przenieść pomysł „Predatora” do realiów historycznych, a konkretniej XVIII-wiecznej Ameryki, bohaterką filmu zaś uczynić członkinię ludu Komanczów.
I okazało się to zagraniem wyjątkowo udanym, które na nowo rozpaliło wyobraźnię fanów cyklu. W dyskusjach internetowych zaczęły się pojawiać nowe pomysły na filmy w tej samej formule, ale osadzone w innych czasach i miejscach. Pierwszy raz od dawna wydawało się, że „Predatora” może czekać jeszcze świetlana przyszłość.
Minęły trzy lata od premiery „Prey”, a w tym roku debiutuje nie jedna, a dwie następne odsłony cyklu. I to właśnie pierwsza z nich okazała się odpowiedzią twórców na pomysły, które zrodziły się przez ten czas w głowach widowni. „Predator: Pogromca zabójców” to właściwie antologia trzech animowanych opowieści, w których łowcy rasy Yautja zmagają się z ludźmi w różnych momentach historii, z czwartą częścią będącą klamrą fabularną, domykającą całość widowiska.
Film posiada trójkę głównych bohaterów: wojowniczkę z epoki wikingów, japońskiego skrytobójcę z początku okresu Edo oraz pilota amerykańskiego myśliwca z czasów II wojny światowej. Każdej z postaci z osobna poświęcono około 20 minut czasu ekranowego, podczas których snuta jest opowieść o ich spotkaniu z tytułowym Predatorem.
Z uwagi na ograniczony metraż, wszyscy protagoniści to właściwie archetypy, nieposiadające głębi ani niezmieniające się diametralnie w trakcie trwania fabuły. Historie, w których uczestniczą, też nie są w żadnym razie odkrywcze, zamiast tego powielając klasyczne schematy, przełamane dopiero obecnością krwiożerczego kosmity.
Skoro zatem fabularnie film nie robi nic innowacyjnego i nie zapewnia nic więcej ponad ideę, od której wyszedł, to czy jest powód, aby obejrzeć nowego „Predatora”? Zdecydowanie tak! Przede wszystkim pochwalić należy warstwę wizualną, inspirowaną najciekawszymi estetycznie animowanymi produkcjami ostatnich lat, między innymi „Spider-Man: Poprzez multiwersum”, drugą częścią „Kota w butach” czy serialem „Arcane”. Podobnie jak w tamtych dziełach, mamy tu do czynienia z animacją łączącą elementy trójwymiarowe z dwuwymiarowymi, naśladującą ręczne malarstwo, a także posiadającą zmniejszoną liczbą klatek na sekundę, przez co ruch w filmie nie jest do końca płynny.
Również na pochwałę zasługują sceny akcji, które prócz tego, że dynamiczne i widowiskowe, są też niezwykle krwawe i brutalne. Estetyzowana przemoc wiedzie prym w tej produkcji, co nie powinno dziwić nikogo, kto miał wcześniej do czynienia z którąkolwiek częścią „Predatora”. Z uwagi jednak na formę, twórcy tym razem dostali sposobność do wykreowania naprawdę kreatywnych, zapadających w pamięć scen, jak atak Ursy, bohaterki wyposażonej w dwie nadłamane tarcze, na dom jej zagorzałego wroga. W scenie tej przeciwnicy są nabijani na wspomniane tarcze na rozmaite sposoby.
Kolejne dzieło Trachtenberga odkrywa też przed nami nowe informacje na temat kultury rasy Yautja, zwłaszcza w zakończeniu, które odsłania nieco rąbka tajemnicy na temat tego, co może czekać nas w kolejnych produkcjach z tej serii. Prócz tego film odnosi się także do przeszłości, wracając do znanych już motywów, z których najbardziej charakterystycznym jest pewna broń, którą fani z całą pewnością rozpoznają, gdy tylko pojawi się na ekranie.
Warto wspomnieć o projektach samych łowców Yautja, które tym razem okazują się wyjątkowo zróżnicowane. Każdy Predator, z którym przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom, jest całkowicie unikalny i dopasowany do swojego adwersarza, zarówno pod względem ekwipunku, postury ciała, jak i cech charakterystycznych.
Muzycznie „Pogromca zabójców” wypada poprawnie, ale choć ścieżka dźwiękowa dobrze buduje nastrój i atmosferę poszczególnych scen, nie jest tak charakterystyczna i nie zapada w pamięć, jak muzyka z „Prey”. Po czasie nie umiem sobie przypomnieć, niestety, żadnego utworu z najnowszej odsłony ani nie czuję chęci, by wrócić i posłuchać jeszcze raz którejś z kompozycji wykorzystanych w animacji.
Film widziałem zarówno z oryginalnym dubbingiem, jak i w polskiej wersji językowej. Angielscy aktorzy wypadają dobrze, poszczególne postaci odegrano tak, by mówiły z akcentem z kraju, z którego pochodzą, część wypowiedzi zdecydowano się też nagrać w językach natywnych dla bohaterów. Trudno szczególnie tu kogoś wyróżnić na plus czy na minus, dlatego że żadna postać nie posiada tak naprawdę zbyt wielu dialogów ani wyjątkowo wymagającej roli.
W przypadku polskiej obsady uważam, że ta wypada nieco słabiej. Po części pewnie dlatego, że w rodzimym dubbingu zanikają akcenty, ale także dlatego, że niektóre sceny zdają mi się emocjonalnie płytsze czy też nietożsame z ich oryginalnym wydźwiękiem. Największy problem miałem z tonacją Sławomira Grzymkowskiego, wcielającego się w ojca głównego bohatera trzeciego epizodu filmu podczas jego ostatniej rozmowy z synem.
Pomimo więc tego, że nowy „Predator” to film schematyczny i dość ubogi fabularnie, niesprawiedliwym byłoby nazywanie go złym. To kompetentna produkcja, w pełni świadoma, do czego aspiruje i co stara się osiągnąć. Przeciętny, niedzielny widz nie znajdzie tutaj dla siebie zbyt wiele, prócz naprawdę pięknej animacji i satysfakcjonującej kinowej akcji, ale długoletni miłośnicy serii z pewnością docenią odsłonę za ponowne rozbudowanie kultury rasy Yautja, być może bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, czy unikalne projekty poszczególnych łowców. Dostrzegą też liczne nawiązania do poprzednich części serii oraz dostaną możliwość doświadczenia pojedynków Predatora z wikingiem i samurajem, których to niecierpliwie wyczekiwali od lat. Myślę, że to kolejny kamień milowy w historii serii i dowód na to, że marka nareszcie znalazła pomysł na siebie. Prawdziwym jednak testem dla cyklu będzie nadchodzący „Predator: Strefa zagrożenia”, który w przeciwieństwie do „Prey” i „Pogromcy zabójców”, ma zadebiutować na wielkim ekranie kin.
I okazało się to zagraniem wyjątkowo udanym, które na nowo rozpaliło wyobraźnię fanów cyklu. W dyskusjach internetowych zaczęły się pojawiać nowe pomysły na filmy w tej samej formule, ale osadzone w innych czasach i miejscach. Pierwszy raz od dawna wydawało się, że „Predatora” może czekać jeszcze świetlana przyszłość.
Minęły trzy lata od premiery „Prey”, a w tym roku debiutuje nie jedna, a dwie następne odsłony cyklu. I to właśnie pierwsza z nich okazała się odpowiedzią twórców na pomysły, które zrodziły się przez ten czas w głowach widowni. „Predator: Pogromca zabójców” to właściwie antologia trzech animowanych opowieści, w których łowcy rasy Yautja zmagają się z ludźmi w różnych momentach historii, z czwartą częścią będącą klamrą fabularną, domykającą całość widowiska.
Film posiada trójkę głównych bohaterów: wojowniczkę z epoki wikingów, japońskiego skrytobójcę z początku okresu Edo oraz pilota amerykańskiego myśliwca z czasów II wojny światowej. Każdej z postaci z osobna poświęcono około 20 minut czasu ekranowego, podczas których snuta jest opowieść o ich spotkaniu z tytułowym Predatorem.
Z uwagi na ograniczony metraż, wszyscy protagoniści to właściwie archetypy, nieposiadające głębi ani niezmieniające się diametralnie w trakcie trwania fabuły. Historie, w których uczestniczą, też nie są w żadnym razie odkrywcze, zamiast tego powielając klasyczne schematy, przełamane dopiero obecnością krwiożerczego kosmity.
Skoro zatem fabularnie film nie robi nic innowacyjnego i nie zapewnia nic więcej ponad ideę, od której wyszedł, to czy jest powód, aby obejrzeć nowego „Predatora”? Zdecydowanie tak! Przede wszystkim pochwalić należy warstwę wizualną, inspirowaną najciekawszymi estetycznie animowanymi produkcjami ostatnich lat, między innymi „Spider-Man: Poprzez multiwersum”, drugą częścią „Kota w butach” czy serialem „Arcane”. Podobnie jak w tamtych dziełach, mamy tu do czynienia z animacją łączącą elementy trójwymiarowe z dwuwymiarowymi, naśladującą ręczne malarstwo, a także posiadającą zmniejszoną liczbą klatek na sekundę, przez co ruch w filmie nie jest do końca płynny.
Również na pochwałę zasługują sceny akcji, które prócz tego, że dynamiczne i widowiskowe, są też niezwykle krwawe i brutalne. Estetyzowana przemoc wiedzie prym w tej produkcji, co nie powinno dziwić nikogo, kto miał wcześniej do czynienia z którąkolwiek częścią „Predatora”. Z uwagi jednak na formę, twórcy tym razem dostali sposobność do wykreowania naprawdę kreatywnych, zapadających w pamięć scen, jak atak Ursy, bohaterki wyposażonej w dwie nadłamane tarcze, na dom jej zagorzałego wroga. W scenie tej przeciwnicy są nabijani na wspomniane tarcze na rozmaite sposoby.
Kolejne dzieło Trachtenberga odkrywa też przed nami nowe informacje na temat kultury rasy Yautja, zwłaszcza w zakończeniu, które odsłania nieco rąbka tajemnicy na temat tego, co może czekać nas w kolejnych produkcjach z tej serii. Prócz tego film odnosi się także do przeszłości, wracając do znanych już motywów, z których najbardziej charakterystycznym jest pewna broń, którą fani z całą pewnością rozpoznają, gdy tylko pojawi się na ekranie.
Warto wspomnieć o projektach samych łowców Yautja, które tym razem okazują się wyjątkowo zróżnicowane. Każdy Predator, z którym przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom, jest całkowicie unikalny i dopasowany do swojego adwersarza, zarówno pod względem ekwipunku, postury ciała, jak i cech charakterystycznych.
Muzycznie „Pogromca zabójców” wypada poprawnie, ale choć ścieżka dźwiękowa dobrze buduje nastrój i atmosferę poszczególnych scen, nie jest tak charakterystyczna i nie zapada w pamięć, jak muzyka z „Prey”. Po czasie nie umiem sobie przypomnieć, niestety, żadnego utworu z najnowszej odsłony ani nie czuję chęci, by wrócić i posłuchać jeszcze raz którejś z kompozycji wykorzystanych w animacji.
Film widziałem zarówno z oryginalnym dubbingiem, jak i w polskiej wersji językowej. Angielscy aktorzy wypadają dobrze, poszczególne postaci odegrano tak, by mówiły z akcentem z kraju, z którego pochodzą, część wypowiedzi zdecydowano się też nagrać w językach natywnych dla bohaterów. Trudno szczególnie tu kogoś wyróżnić na plus czy na minus, dlatego że żadna postać nie posiada tak naprawdę zbyt wielu dialogów ani wyjątkowo wymagającej roli.
W przypadku polskiej obsady uważam, że ta wypada nieco słabiej. Po części pewnie dlatego, że w rodzimym dubbingu zanikają akcenty, ale także dlatego, że niektóre sceny zdają mi się emocjonalnie płytsze czy też nietożsame z ich oryginalnym wydźwiękiem. Największy problem miałem z tonacją Sławomira Grzymkowskiego, wcielającego się w ojca głównego bohatera trzeciego epizodu filmu podczas jego ostatniej rozmowy z synem.
Pomimo więc tego, że nowy „Predator” to film schematyczny i dość ubogi fabularnie, niesprawiedliwym byłoby nazywanie go złym. To kompetentna produkcja, w pełni świadoma, do czego aspiruje i co stara się osiągnąć. Przeciętny, niedzielny widz nie znajdzie tutaj dla siebie zbyt wiele, prócz naprawdę pięknej animacji i satysfakcjonującej kinowej akcji, ale długoletni miłośnicy serii z pewnością docenią odsłonę za ponowne rozbudowanie kultury rasy Yautja, być może bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, czy unikalne projekty poszczególnych łowców. Dostrzegą też liczne nawiązania do poprzednich części serii oraz dostaną możliwość doświadczenia pojedynków Predatora z wikingiem i samurajem, których to niecierpliwie wyczekiwali od lat. Myślę, że to kolejny kamień milowy w historii serii i dowód na to, że marka nareszcie znalazła pomysł na siebie. Prawdziwym jednak testem dla cyklu będzie nadchodzący „Predator: Strefa zagrożenia”, który w przeciwieństwie do „Prey” i „Pogromcy zabójców”, ma zadebiutować na wielkim ekranie kin.
„Predator: Pogromca zabójców” („Predator: Killer of Killers”). Reżyseria: Dan Trachtenberg, Joshua Wassung. Scenariusz: Micho Robert Rutare. Obsada: Lindsay LaVanchy, Louis Ozawa, Rick Gonzalez, Michael Biehn. Gatunek: science-fiction, akcja, animacja. Produkcja: Stany Zjednoczone 2025, 85 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |













ISSN 2658-1086

