ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (519-520) / 2025

Monika Ładoń,

MATKI W STANIE OSKARŻENIA (BEGONA GÓMEZ URZAIZ: 'WYRODNE. OPOWIEŚĆ O MACIERZYŃSTWIE I POCZUCIU WINY'; MARTA WRONISZEWSKA: 'MATKA BEZ WYBORU. O KOBIETACH, KTÓRE OPUŚCIŁY SWOJE DZIECI')

A A A
Książki traktujące o figurze matki, dekonstruujące jej symboliczne i rzeczywiste znaczenia oraz skomplikowaną sieć relacji, jakie wytwarza i w jakie wchodzi (na czele z relacją matka–córka), zajmują pokaźną część współczesnego piśmiennictwa. Do tej półki dołączyły właśnie dwie bliźniacze w zakresie poruszanego tematu książki: „Wyrodne”, autorstwa hiszpańskiej dziennikarki i akademiczki, Begoñy Gómez Urzaiz, oraz „Matka bez wyboru” pióra polskiej dziennikarki i reportażystki, Marty Wroniszewskiej. To publikacje napisane przez właściwie rówieśniczki (odpowiednio rocznik 1977 i 1980), akcentujące związki z myślą feministyczną. Zwracam uwagę na te przypadkowe wszak powinowactwa, bo wydaje mi się ciekawe, że podobne usytuowanie autorek zaowocowało książkami odmiennymi, choć w rozpoznaniu sytuacji tzw. wyrodnych matek w pewnych punktach oczywiście zbieżnymi i wzajemnie się uzupełniającymi.

Podstawowe pytanie, które stoi za omawianymi książkami, brzmi jak w otwarciu „Wyrodnych”: „Co z niej za matka, skoro porzuca własne dziecko?” (Gómez Urzaiz, s. 7). Narzucające się społecznie odpowiedzi są w tym wypadku jednoznaczne – zła, wyrodna, najgorsza – i wynikają z przekonania, że jeśli zostało się matką, to nie można tego przecież cofnąć, prawda? Trzeba odgrywać rolę, niezależnie od tego, czy sądzimy, że jest ona społeczno-kulturowym konstruktem, czy wynika z istnienia rzekomo naturalnego instynktu macierzyńskiego. Dziennikarki spróbowały zatem zakwestionować tę prostą odpowiedź i przede wszystkim naruszyć oceniającą moc tkwiącą w przywołanych przymiotnikach. Symptomatyczne, że obie musiały najpierw zdać sobie sprawę z tego, w jakim stopniu same uwewnętrzniają stereotypowe spojrzenie na matki porzucające dzieci. Gómez Urzaiz tak pisała o wadze przywołanego wyżej pytania: „To pytanie powracało do mnie wiele razy, mogłabym przysiąc, że wbrew mojej woli, jakby opętała mnie moralistka, mimo że się z nią nie utożsamiam, w każdym razie pewien typ moralistki, której napomnienia nie dają mi spokoju” (Gómez Urzaiz, s. 7). Tak stało się po obejrzeniu przez nią filmu „Carol” z Cate Blanchett w roli tytułowej. Opowieść, osnuta na podstawie książki Patricii Highsmith, o matce-lesbijce doprowadzona jest – zgodnie z opinią samej pisarki – do happy endu: matka opuszcza córkę, bo tylko w ten sposób może żyć w zgodzie ze sobą.

Właśnie to „szczęśliwe zakończenie” uwiera pisarkę i włącza osądzające spojrzenie: „Niepokoi mnie to i odrzuca; nie pasuje również do feminizmu czwartej fali, który praktykuję i który każdego dnia głoszę w swoich tekstach, tweetach i rozmowach” (Gómez Urzaiz, s. 11). Swoiste kolekcjonowanie postaci matek odchodzących od swych dzieci, jakiemu przez lata oddawała się dziennikarka, zaowocowało jednak książką, która odsłania zdecydowanie bardziej przenikliwe spojrzenie na bohaterki – takie, które wychodząc z uświadomienia sobie własnej perspektywy i ograniczeń, potrafi się z nich wydobyć i odrzucić przymus negatywnej oceny. Do podobnego bagażu wątpliwości przyznaje się także Marta Wroniszewska: „(…) dotarło do mnie, że wbrew temu, co o sobie sądzę, na jakiejś płaszczyźnie powielam niesprawiedliwe i antykobiece stereotypy myślowe. Zorientowałam się, że choć mam się za feministkę, chodziłam z parasolkami na czarne marsze, kilkanaście lat pracowałam w »Wysokich Obcasach«, gazecie prokobiecej i najbliższej mojemu sercu, noszę w duchu ziarno patriarchalnej oceny” (Wroniszewska, s. 9). Polska dziennikarka, podobnie jak Gómez Urzaiz, uciekając przed oceną swoich bohaterek, próbuje pokazać je w całokształcie warunków – rodzinnych, społecznych, ekonomicznych itp. – jakie wpływały na ich wybory. I chociaż trudno odmówić takiemu spojrzeniu sensu, to właśnie dominująca w „Matkach bez wyboru” perspektywa powoduje, że indywidualne decyzje kobiet nieco umykają uwadze. Inaczej mówiąc – Wroniszewską zdecydowanie bardziej interesują poszczególne przypadki jako części polskiej rzeczywistości, mniej jako wyraz arbitralnych zamiarów kobiet i ich realizacja. Jak sama zresztą przyznaje: „Nie spotkałam żadnej kobiety, która zostawiła dzieci i rodzinę z powodu subiektywnego kaprysu. Z tyłu, w mroku, za każdym razem kryło się obiektywne wielopoziomowe zło, podskórne tragedie, na które kobieta nie zawsze miała wpływ” (Wroniszewska, s. 11).

Z podobieństwa postawy autorek, odczuwających potrzebę przekroczenia moralizatorskiego spojrzenia na bohaterki, wynika zatem wyraźna różnica. Gómez Urzai w istocie nawiązała bliską, pozbawioną oceny relację z kobiecymi postaciami swojej książki, pozwalając, by wybrzmiały ich egoistyczne racje stojące za pragnieniem, by pozbyć się „biologicznej klątwy bycia widzianymi jako kobiety, a co za tym idzie, matki” (Gómez Urzaiz, s. 226). Pisarka postrzega to jako całkowicie zrozumiałą chęć posiadania dzieci „bez przemieniania się w matki” (tamże), a jeśli już – to na własnych zasadach i wbrew pozornie niepodważalnemu sądowi „dla dzieci wszystko” (tamże, s. 270–271). Książki Gómez Urzaiz i Wroniszewskiej czytane w dwugłosie odsłaniają zatem unik, jakiego dokonuje polska dziennikarka. Rzecz nie w tym, że przedstawiane przez nią obrazy nie są prawdziwe. Są i stoją za nimi nie tylko konkretne biografie, ale i szereg innych, które możemy dopisać jako obserwatorzy i obserwatorki polskiego społeczeństwa, oraz twarde statystyki i badania, na które autorka często się powołuje. Wroniszewska dobiera jednak historie na tyle świadomie, by napisać inną książkę niż Gómez Urzaiz – w polskiej odsłonie jest to reportaż, który staje się „książką o rodzinie, która z różnych powodów źle funkcjonuje” (Wroniszewska, s. 11), w hiszpańskiej – to książka o własnych wyborach kobiet.



Przyjrzyjmy się zatem najpierw polskim determinantom rodzinnej sieci, której centralną postacią jest matka. Ta okoliczność funduje zresztą podstawowe wykoślawienie systemu, prowadzące w następstwie do tak radykalnie negatywnych ocen ciążących na odchodzących matkach. Wroniszewska w wielu miejscach swej narracji zwraca uwagę na wciąż nierównomierne obciążenie rodziców i traktowanie ojców jako „pomocników” matek. Sytuacja oczywiście ulega stopniowej ewolucji, w czym pomagają z jednej strony zmiany prawne (np. w postaci wprowadzenia części urlopu zarezerwowanej tylko dla ojców), z drugiej społeczna modyfikacja i akceptacja coraz bardziej partnerskiego modelu podziału obowiązków opiekuńczo-domowych. Nie da się jednak zaprzeczyć ciążeniu patriarchalnej tradycji i znaczenia mitu Matki Polki. Opowieści zebrane przez Wroniszewską krążą zasadniczo wokół tych dwóch filarów polskiej rodziny i wszelkie wybory bohaterek wynikają z wyczerpania się, wręcz patologicznej, formy, jaką przyjmują.

W pierwszej części reportażu – zatytułowanej „Odeszły” – poznajemy historie Jolanty, Marty, Alicji, Kamili i Krystyny; w drugiej – „Pozostałe. Pozostali” – Karoliny i Agnieszki, Norberta, Aliny, Martyny, Marcina i Stefanii. Gdyby wyprowadzić z tych opowieści jakieś stałe, to byłyby to dwa uzupełniające się ciągi. Pierwszy nosiłby znaki tego, co patologiczne: dorastania w domu pełnym zasad i przemocy ze strony rodziców (najczęściej ojca), zaburzonych relacji w późniejszym życiu i powtarzania modelu opartego na przemocy; związku z agresywnym mężem oraz klinczu w kontaktach z dziećmi, narażonymi na manipulacje; wreszcie nałogu alkoholowego, bezdomności, wczesnej ciąży i utraty praw rodzicielskich. Jako osobny jawi się ostatni opisany w pierwszej części reportażu przypadek, dotyczący wychowywania dziecka/dorosłego w spektrum autyzmu i konieczności, stojącej zresztą przed większością rodziców osób z niepełnosprawnością, przedłużenia opieki w sytuacji, gdy rodzic (zwykle właśnie matka) nie będzie jej już w stanie zapewnić. Drugą linię wiązać by można z doświadczeniem szokowego wręcz uwięzienia w macierzyństwie: od depresji poporodowej, przez nieustępujące poczucie żalu za utraconym życiem i szansami na rozwój, zmęczenie, frustrację przechodzącą w obojętność, a nawet w agresję, po bolesne przekonanie się na własnej skórze o szkodliwości dogmatu o naturalnym instynkcie macierzyńskim.

Wpisane w powyższe okoliczności decyzje o odejściu są przede wszystkim ucieczką przed przemocą. W konsekwencji – poza pożądaną trwałą separacją od oprawcy – prowadzą do utraty (lub znacznego utrudnienia) kontaktów z pozostawionymi dziećmi. Wyzwalają zatem poczucie winy i narażają na społeczny ostracyzm, ponieważ otoczenie, zwykle nie znając niuansów sytuacji, łatwo feruje wyroki. Doprowadzone do skrajnej sytuacji bohaterki reportażu, choć świadome niezrozumienia, nie cofają się przed podjęciem tak trudnej życiowej decyzji. Wroniszewskiej udaje się zajrzeć niejako do środka tych dylematów – do wnętrza rodzin w stanie rozkładu i do wnętrza kobiet, które niejednokrotnie z pomocą terapeutów walczą o pozbycie się ciężaru winy. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z każdą kolejną historią reporterka gubi swoje bohaterki. Przesunięcie ciążenia na okoliczności podjęcia decyzji o porzuceniu własnych rodzin spowodowało, że poza wspomnianą ulgą uwolnienia się od przemocy Wroniszewska nie może pokazać żadnych innych zysków nowej sytuacji. Dobre zakończenia – jeśli się pojawiają – są przewrotne, bo związane z powrotem do tych, których się porzuciło, jakby płynął z tego niewyrażony wprost wniosek o konieczności zweryfikowania swej wcześniejszej decyzji. Wroniszewskiej bardziej zależy na wypełnieniu, także na gruncie narracyjnym, pustki po matce. Pełna zgoda, że jej odejście oznacza traumę porzuconych, tylko czy o nich miała być ta książka? Tymczasem w drugiej części reportażu głos przejmują np. opuszczone córki, próbujące się uwolnić od uczuciowego bagażu związanego z wyrodną matką, porzucony emocjonalnie syn czy dzieci, które na wniosek matki trafiły do domu dziecka – coraz bardziej drastyczne przykłady powodują, że nie sposób pojąć kobiecych wyborów, właściwie zupełnego braku miłości i więzi. Komentująca taką postawę cytowana przez Wroniszewską badaczka, Urszula Sajewicz-Radtke, zaznacza: „Zachowanie tej matki jest poza naszym schematem poznawczym, trudno je usprawiedliwić” (Wroniszewska, s. 186).

Rzecz jednak nie tyle w usprawiedliwieniu, ile w próbie zrozumienia, która w reportażu staje się coraz bardziej efemeryczna. Za emblematyczną można w tym kontekście uznać ostatnią opowieść – Stefanii, babci opiekującej się wnuczkiem z ciężką niepełnosprawnością. Zanim Wroniszewska przedstawi skomplikowane tło przekazania opieki nad dzieckiem, zacytuje bohaterkę, ustawiającą właściwie cały przekaz: „Wszystko pani opowiem, ale jeśli napisze pani choć jedno złe słowo o Juleczce [matce chłopca – M.Ł.], niczego się pani ode mnie nie dowie” (Wroniszewska, s. 212). Juleczka – choć najważniejsza w tej historii – pozostaje bohaterką drugiego planu, nie dochodzi do głos. Z punktu widzenia celów, jakie stawia sobie w moim przekonaniu reportaż Wroniszewskiej, nie musi. Najważniejsze bowiem kryje się w tym, by po odejściu matki znalazł się przynajmniej jeden dorosły (niekoniecznie połączony z dzieckiem więzami krwi), który zapewni potrzebny kontakt emocjonalny. Przywoływana wyżej badaczka wspiera taki punkt widzenia: „Według mnie nasz zestaw genetyczny nie jest kluczowy. Chodzi o to, żeby mieć więzi i sieć wsparcia. To mogą być przyjaciele, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele. To może być też wystarczająco dobry ojciec, dający emocjonalne wsparcie, nawet jeśli nie mieszka ze swoimi dziećmi”; „Posiadanie rodzica biologicznego nie jest niezbędne. Ważna jest grupa wsparcia” (Wroniszewska, s. 187, 202).



Podzielając ten pogląd, upominam się wciąż o racje i kondycje matek. Wroniszewska dba o zrekonstruowaną rodzinę, która musi się odbudować w innej konfiguracji, bez podstawy, jaką dotychczas stanowiła matka, ale jako autorka nie wykonuje kolejnego kroku – pozwalającego na powrót zapytać o osamotnioną bohaterkę. To, czego nie znajduję u polskiej dziennikarki, jest jednak obecne w narracji Begoñy Gómez Urzaiz, tropiącej złe matki w nieco innych rejonach, może mniej oczywistych. Hiszpańską pisarkę zdaje się bowiem mocniej interesować kontekst kulturowy, mniej tło społeczno-ekonomiczne. W miejsce warunków dookreślanych u Wroniszewskiej przez socjologię, psychologię i statystykę policyjną Gómez Urzaiz wprowadza literaturę, przede wszystkim pierwszoosobowe narracje pisane przez kobiety. Szuka bowiem lustra odbijającego decyzje podejmowane przez odchodzące matki, więc siłą rzeczy często przygląda się specyficznemu gatunkowi matki: matki-pisarki czy matki-artystki.

Jedną z nich jest choćby Muriel Spark, szkocka powieściopisarka zmarła w 2006 roku. Przybliżając ważne punkty jej biografii, Gómez Urzaiz używa – co ciekawe – określenia „życie pisarza”, ponieważ chce podkreślić, że Spark w gruncie rzeczy nie robiła niczego innego niż wielu mężczyzn – łącznie z tym, że „utrzymywała swoje potomstwo na odległość” (Gómez Urzaiz, s. 36). Autorkę „Wyrodnych” interesują sposoby wybierane przez złe matki do przedstawienia własnych decyzji. Często są to zdania zdawkowe, pozbawione emocji, chłodne, wyraźnie dotyczące indywidualnej kondycji, jak w przypadku Spark, notującej po latach w autobiografii: „Dla własnego zdrowia psychicznego postanowiłam wyjechać do Anglii sama” (Gómez Urzaiz, s. 28). Nie chodzi bynajmniej o bagatelizowanie bólu pozostawionych oraz utrzymującego się przez długie lata żalu; raczej o takie rozłożenie akcentów, by w pełni oświetlić matkę, która nie czuje się na miejscu w stworzonej przez siebie rodzinie i wybiera rozwijanie na przykład pisarskiej osobowości.

Gómez Urzaiz nie usprawiedliwia, ale jako matka i pisarka w pełni rozumie dylematy artystek. Odrzucając moralizatorski ton, stawia na empatyczne, chociaż niepozbawione krytycyzmu, trzeźwe spojrzenie i pyta: „Czy Spark byłaby w stanie pisać z taką lekkością i koncentracją, gdyby musiała przygotować dwa lub trzy posiłki dziennie dla małego dziecka? Kto wie, choć jest to mało prawdopodobne. (…) Nawet najbardziej pewna swojej misji pisarka będąca matką poczuje, że zdania po prostu nie układają się tak, jak powinny, po nocy spędzonej na zajmowaniu się dzieckiem z rotawirusem. Bezpieczniej byłoby uznać, że owszem, pewnie część książek by napisała, ale raczej nie wszystkie” (Gómez Urzaiz, s. 34–35). W podobnym duchu analizuje postawy Ingrid Bergman, Doris Lessing, Joni Mitchell czy Marii Montessori (tak, autorka jednej z najbardziej wpływowych metod wychowawczych oddała własnego syna na wychowanie). Dostrzega u nich miłość do dzieci i jednocześnie akty „indywidualnej emancypacji” (Gómez Urzaiz, s. 119); opisuje czyny określane przez same bohaterki jako „niewybaczalne” i odważne słowa jak te wypowiedziane w jednym z wywiadów przez Lessing: „(…) jestem z siebie bardzo dumna, że miałam odwagę tak postąpić. Zawsze powtarzałam, że gdybym nie porzuciła tamtego życia, (…) tobym zwariowała, została alkoholiczką. I cieszę się, że miałam na tyle zdrowego rozsądku, by to dostrzec” (Gómez Urzaiz, s. 120).

Intencją Hiszpanki jest pokazanie złożonych sytuacji, których nie można sprowadzić ani do prostej zamiany dziecka na karierę, ani do autoafirmatywnego gestu przynoszącego byłej matce pełnię szczęścia. Zbiera zatem opowieści z życia i fikcji literackiej, by przedstawić spektrum reakcji na „niewybaczalne”: od jawnej wrogości do rozumienia ciemnej strony macierzyństwa. Sięga po tak różne przykłady jak „Dom lalki” Ibsena, „Anna Karenina” Tołstoja czy „Córka” Ferrante, które dowodzą, jak stopniowo zmienia się spojrzenie (a może próbuje zmienić je właśnie literatura?) na matki: staje się mniej karcące, bo „[b]łoto, w którym się taplają, jest dużo bliższe życiu” (Gómez Urzaiz, s. 59). Oswajanie wyrodnych matek miało swoje miejsce również w kinematografii; w świetnym rozdziale poświęconym rolom Meryl Streep, która nadspodziewanie często odgrywała matki porzucające dzieci (z kultową rolą Joanny ze „Sprawy Kramerów”), Gómez Urzaiz dowodzi, że udawało się uzyskać efekt przychylności dla bohaterki opuszczającej rodzinę.

Wydaje się jednak, że sztuka może być w tym wypadku w istocie w awangardzie w stosunku do życia. Hiszpanka dokonuje przeglądu rodzin wokół siebie i choć widzi ich różnorodność (pełne, patchworkowe, niepełne, adopcyjne itd.), to zarazem przyznaje, że nie są to losy przepisane z Ibsena i Tołstoja: „Nie znam osobiście żadnej matki, która dobrowolnie zostawiłaby własne dzieci, by dowiedzieć się, kim jest, jak Nora, albo dlatego że nie ma dla nich miejsca w jej życiu z nowym partnerem, jak Anna. A gdyby tak było, to myślę, że skandal wokół takiej sytuacji nie różniłby się zbytnio od tego, który towarzyszył Annie i Norze w ich literackich światach” (Gómez Urzaiz, s. 177). Reakcją na ów skandal są „Wyrodne” jako dowód zrozumienia i nawiązania bliskich relacji z bohaterkami, które „[c]hciały uciec (…) od tej biologicznej klątwy bycia widzianymi jako kobiety, a co za tym idzie, matki. (…) Przypuszczam, że wiele z nich próbowało osiągnąć niemożliwe: chciały mieć dzieci bez przemieniania się w matki. Nie przychodzi mi do głowy bardziej zrozumiałe pragnienie” (Gómez Urzaiz, s. 265–266).

Postawa Gómez Urzaiz jest ostatnim – ale z pewnością nie najmniej ważnym z mojego punktu widzenia – elementem „Wyrodnych”, o jakim wspomnę. Znacznie bardziej przekonuje mnie bowiem eseistyczny styl Hiszpanki i częste nawiązania do własnej pozycji: kobiety piszącej i matki dwóch synów niż reportażowa oszczędność środków w narracji Wroniszewskiej. Nie chcę banalizować dylematów bohaterek omówionych tu książek, ale właśnie perspektywa Gómez Urzaiz zastanawiającej się, czy pisząc tę książkę, sama nie stała się po trosze wyrodną matką, będzie, jak sądzę, szczególnie bliska wszystkim czytelniczkom, które siedząc nad własnymi laptopami, słyszały natrętne i naturalne w tej sytuacji pytania-wyrzuty własnych dzieci w rodzaju „znowu pracujesz?”. Matki wiedzą, jak niezwykle kruchy potrafi być stan równowagi między miłością własną, rolą społeczną i miłością do własnych dzieci. Wroniszewska i Gómez Urzaiz opowiedziały na różne sposoby o losach tych, które ów balans utraciły – czy to na skutek opresyjnych warunków życiowych, czy w ramach aktu woli.
Begoña Gómez Urzaiz: „Wyrodne. Opowieść o macierzyństwie i poczuciu winy”. Przeł. Maja Gańczarczyk. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2025.
 
Marta Wroniszewska: „Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.