ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (519-520) / 2025

Katarzyna Szkaradnik,

TEKSTY POPRAWIAĆ - ZUCHWAŁE RZEMIOSŁO (ŁUKASZ MACKIEWICZ: 'ZAWÓD: REDAKTOR. DLA TYCH, KTÓRZY PRZEBIERAJĄ W SŁOWACH')

A A A
Parafraza tytułu zbioru poezji oświeceniowej, z którym stykają się osoby studiujące polonistykę, mianowicie „Świat poprawiać – zuchwałe rzemiosło”, nie przyszłaby mi do głowy w kontekście publikacji poświęconej fachowi redaktora, gdyby nie blurb w pomysłowy sposób umieszczony na jej przedniej okładce. Węzłowy fragment brzmi: „Każdy, kto decyduje się na pracę w tym zawodzie, przyznaje więc de facto, że wie lepiej niż autor, jak powinno brzmieć każde zdanie jego książki. Nie przebierając w słowach: to podejście dość mocno zuchwałe!”. Trudno zaprzeczyć, wszak sama złożyłam kursywą łacińskie wyrażenie zapisane w oryginale krojem prostym (mamy tu przykładową sytuację, w której próżno liczyć na ścisłe rozstrzygnięcie, a wybór zależy głównie od wyczucia).

W swoim poradniku Łukasz Mackiewicz, prowadzący od 2010 roku firmę eKorekta24, odsłania kulisy pracy redaktorskiej przed potencjalnymi jej adeptkami i – znacznie rzadziej – adeptami. Zauważa, że owa zuchwałość osób, które startują z przeświadczeniem, iż skoro zawsze lubiły czytać i wychwytują literówki, to poprawianie tekstów pójdzie im jak z płatka, zazwyczaj szybko przeradza się w pokorę. A z drugiej strony jest rzecznikiem docenienia omawianej profesji przez ludzi spoza branży, na ogół nieorientujących się, ile czasu i jak nieoczekiwanych zabiegów wymaga redakcja, która tylko sporadycznie ogranicza się do wskazywania „ortów” i brakujących lub nadmiarowych przecinków. „[N]atomiast gdy komuś się opowiada, co redaktor musi zrobić, o czym zadecydować (…), jak wiele rzeczy musi wiedzieć i sprawdzić, a zwłaszcza gdy opowie się detektywistyczne przygody z szukaniem cytatów jak igły w stogu siana, wtedy odzew jest pełen szacunku” (s. 33). Pamiętam, że przed laty w trakcie zajmowania się pewną powieścią ustalałam postać wołacza wyrazu „sk***syn” („-u” czy „-ie”) oraz zgłębiałam treść strony internetowej „Nauka walki nożem dla początkujących”. W przypadku tekstów naukowych materia, którą trzeba weryfikować, zdaje się jeszcze rozleglejsza.

Pozwalam sobie na osobiste wtręty, bo sam autor w dużej mierze opiera się na własnym doświadczeniu – spełnia w ten sposób zapowiedź z wcześniejszej książki, „497 błędów”: „Chciałbym podzielić się (…) wszystkim, co przeżyłem (…) przez blisko 10 lat prowadzenia firmy. (…) niebawem, zapewne już w innej formie, opowiem o tym więcej” (Mackiewicz 2018: 457). Niemniej świadom, że przedstawiłby jednostronną perspektywę, a przecież choćby modele pracy są różne (freelancerska, na etacie, jako podstawowe lub dodatkowe źródło dochodów), w grudniu 2024 roku skierował do środowiska redaktorskiego ankietę, którą wypełniły 254 osoby. Odwołuje się do ich odpowiedzi zarówno w celu dokonania pewnych szacunków statystycznych, jak i po to, by opatrzyć analizowane zagadnienia autentycznymi komentarzami koleżanek i kolegów po fachu; jeden z nich przytoczyłam w poprzednim akapicie. (W wyodrębnionych ramkach Mackiewicz udziela głosu także redaktorce owej książki, a ponadto… żonie). Wierzę, że cytowane opinie można uznać za względnie reprezentatywne, dlatego czytałam je z zaciekawieniem i chociażby dlatego uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję nawet wówczas, gdy ma się już dłuższy staż pracy w zawodzie. Jak podkreśla autor, lepiej odnajdują się w nim introwertycy; gdy ktoś nie wykonuje zadań stacjonarnie w wydawnictwie, raczej nieczęsto pozostaje w regularnym kontakcie i dyskutuje z innymi przedstawiciel(k)ami swojej specjalizacji. (W grupach korektorskich, np. na Facebooku, głównie padają pytania i prośby o pomoc, rzadko roztrząsa się imponderabilia, aczkolwiek jak bumerang wraca sprawa stawek. Do wyjątków zaliczają się Klub „Po drugiej stronie książki”, który przez rok prowadziła Ewa Popielarz, oraz spotkania z cyklu „Redaktorzy przy kawie” organizowane przez Monikę Tańską z Akademii Redaktora). Dzięki wademekum Mackiewicza można się więc przekonać, czy inni zmagają się z podobnymi problemami, i zyskać szersze spojrzenie na własną profesję.

Do zapoznania się z poradnikiem zachęca również szata graficzna – w tego rodzaju publikacjach element wcale nie marginalny. Treść jest przejrzysta (wyszczególnione przykłady i odpowiedzi ankietowanych, porządkujące śródtytuły), ilustrowana m.in. screenami z Worda i… ze skrzynki e-mailowej eKorekty24 (tylko zdjęcie tabletu graficznego i trzy obrazki służące pokazaniu dosłownego rozumienia frazeologizmów przez AI są ewidentnie zbędne). W dodatku książka została efektownie wydana (niewątpliwie to wpłynęło na jej wysoką cenę): zaopatrzona w usztywnianą okładkę, niełatwą do zniszczenia, i zakładkę w formie tasiemki. Co oczywiście znacznie ważniejsze, została też efektownie napisana: Mackiewicz operuje potoczystym językiem, humorem i plastycznymi porównaniami oraz chwytem rodem z seriali polegającym na kończeniu rozdziału np. pytaniem retorycznym, które nawiązuje do początku następnego, a w rezultacie skłania do dalszej lektury.

Nie mamy tu do czynienia ani z suchym wykładem, ani z typowym poradnikowym wodolejstwem; choć autor dotyka materii o wiele płynniejszej niż poprawna polszczyzna, wydaje się, że przejawia równie solidne podejście jak w „497 błędach”, gdzie w przypisie nadmienił: „Ostatnie, czego bym chciał, to stać się powodem frustracji z powodu źle zainwestowanych pieniędzy” (Mackiewicz 2018: 458). Czytelnik z zacięciem korektorskim powinien w przytoczonym zdaniu dostrzec niezamierzoną repetycję wyrazu; w „Zawodzie…” zostajemy uprzedzeni: „Powtórzenia to moja pięta achillesowa” (s. 412), ale nie rzucają się one w oczy, czemu zapewne pomogła zapobiec redaktorka. À propos, za duży walor uważam szczerość autora, niewahającego się zdradzić, że w poprzedniej książce popełnił lapsus w pytaniach, na które odpowiada biernik, ani przyznać do nieporozumień w korespondencji z klientami. Owszem, z większości screenów e-maili od nich, egzemplifikujących konkretne zagadnienia, wynika zadowolenie z usług eKorekty24, zresztą autoreklamy w takiej publikacji nie sposób uniknąć. Nie jesteśmy jednak świadkami gloryfikowania własnej firmy – Mackiewicz nie tuszuje fałszywych kroków na swojej ścieżce zawodowej ani nie ukazuje ich jako koniecznych potknięć w drodze na „szczyt kariery”. Dlatego w jego słowach nie wyczuwam fałszu czy postawy besserwissera, lecz traktuję je jako refleksje doświadczonego kolegi z branży, który odkrywa przede mną jej mniej znane aspekty lub potwierdza moje obserwacje poczynione przez lata pracy nad tekstami.

Nie zmienia to faktu, że docelowymi odbiorcami poradnika są osoby u progu przygody z tytułową profesją albo wręcz dopiero rozpatrujące taką ewentualność. Podzielono go na pięć części: „Zawód redaktora – w teorii”, „Zawód redaktora – w świetle prawa”, „Jak szukać zleceń?”, „Twoje pierwsze zapytanie”, „Twoje pierwsze zlecenie”, obejmujących dwadzieścia rozdziałów. Na początek autor tłumaczy, na czym polega redakcja, a na czym korekta (różnicy między nimi nie rozumie niemal żaden klient). Jeśli miałabym z czymś polemizować, to z tezą, że nawet 98–99% pomyłek można wyeliminować podczas redakcji, którą definiuje się jako pierwsze czytanie (korektę – jako drugie, po składzie, przeważnie w pliku PDF). Niewykluczone, że mój przypadek jest odosobniony, ale nie wyobrażam sobie oddania tekstu do składu bez dwukrotnej lektury i w trakcie tej powtórnej z pewnością usuwam zdecydowanie więcej niż 1% usterek… Z inicjalnej części książki dowiadujemy się również, jakiego rodzaju materiały trafiają do redakcji, czym powinien się cechować redaktor, w jaki sposób można nim zostać, a także z których wydawnictw i stron internetowych (np. poradni językowych) korzystać, by stale się dokształcać. Skądinąd słowniki czy językoznawcy nie rozstrzygną za nas wszystkich dylematów towarzyszących choćby niuansom stylistycznym, a i w kwestiach na pozór bardziej jednoznacznych niekiedy brak konsensu: „Wiele ocen dotyczących poprawności językowej, nawet tych zawartych w publikacjach normatywnych o zasięgu ogólnopolskim, odznacza się względnością: gdyby formułował je inny językoznawca, różniłyby się one (…) wydźwiękiem” (Karpowicz 2020: 11).

Wśród źródeł wiedzy autor wymienia też branżowe grupy dyskusyjne na Facebooku oraz najwartościowsze kursy i szkolenia (w przypisach podaje adresy stron WWW). Sądzę, że do najpopularniejszych mitów związanych z byciem redaktorem należy konieczność ukończenia studiów polonistycznych, tymczasem absolwentki i absolwenci owego kierunku stanowią ok. 50% wypełniających ankietę Mackiewicza. I odwrotnie: magister filologii polskiej nie ma automatycznie kwalifikacji do profesjonalnego zajmowania się tekstem. Jak twierdzi zwycięzca Ogólnopolskiego Dyktanda w Katowicach z 1990 roku: „Ortografią czy interpunkcją na przykład nikt na uniwersytecie nie zaprząta sobie głowy, a szkoda, bo to ważny i trudny dział nauki o języku (…). Jeśli więc nie jest się entuzjastą piękna i kultury języka polskiego, także w przyszłej pracy jako nauczyciel albo redaktor nie będzie się umiało przekazać wiedzy uczniom, studentom, adeptom dziennikarstwa czy edytorstwa” (Malinowski 2007: 14). Początkową partię książki zamyka case study z życia autora, który dzieli się swoją historią: od licealnych marzeń (bynajmniej nie o zostaniu redaktorem) przez studia – jednak polonistyczne – po założenie firmy.

Drugą część poradnika, poświęconą aspektom prawnym tej pracy, zamierzałam przeczytać pobieżniej, gdyż wizja wnikania w zawiłości, które bezpośrednio mnie nie dotyczą, nie wyglądała kusząco, lecz przełamałam się i nie żałuję. Mackiewicz skrupulatnie pisze o typach umów oraz wiążących się z nimi uprawnieniach i obowiązkach, o zaletach i wadach działalności nierejestrowanej i jednoosobowej działalności gospodarczej – wraz ze wskazówkami, jakich formalności należy dopełnić – o różnych rodzajach opodatkowania, konsekwencjach VAT-u, składkach ZUS itp. Co istotne, nie są to ogólniki ze ściągi dla studentów administracji, ale wiadomości dostosowane do potrzeb redaktorów, a zarazem przejrzyście wyłuszczone (np. tabelaryczne porównanie umów) i uzupełnione przykładowymi obliczeniami na podstawie aktualnych kwot. Być może osoby przekonane, że łatwiej poradzą sobie z karkołomnymi tekstami niż z prowadzeniem księgowości, poczują się nieco śmielej.

W trzeciej części skupiamy się na procesie, który spędza sen z powiek nie tylko początkującym redaktorom, czyli na zdobywaniu zleceń. W facebookowej grupie Akademia Redaktora (2025) pojawiło się pytanie o wrażenia z lektury omawianej tu pozycji, a jedyna odpowiedź, jaka dotąd padła, brzmi: „Ja mam, czytam na wyrywki. Na razie odczucia mam mieszane: z jednej strony anachroniczne porady dot. szukania pracy i zleceń, z drugiej strony świetne przykłady z życia zawodowego autora i ciekawe wypowiedzi »praktykujących« redaktorów”. Trudno mi się z nią zgodzić, bo o ile wypatrywanie ofert w serwisach typu Pracuj.pl albo próby nawiązania umowy z firmą korektorską rzeczywiście wydają się niezbyt efektywne w dobie Instagrama i TikToka, o tyle moim zdaniem Mackiewicz podsuwa i opisuje dość dużo „nowoczesnych” alternatyw: rozmaite sposoby pozyskiwania klientów w internecie, tworzenie własnej marki w mediach społecznościowych, współprace partnerskie itp.

Logiczną kontynuacją wywodu jest część „Twoje pierwsze zapytanie”, z której można się dowiedzieć o specyfice kooperacji z wydawcami i obsłudze innych zleceniodawców, w tym self-publisherów, o niezbędnych ustaleniach (m.in. zakresu usługi i sposobu płatności), o możliwych wycenach (wraz z wyliczeniami) i ich kryteriach (przykładowe tytuły dygresji z ramek: „Wynagrodzenie, które nie starczyło na chleb”, „Jak udzielić rabatu, by obie strony były zadowolone?”), o zwiększaniu swoich szans na rynku, a nawet o odrzucaniu propozycji niedoszłych klientów.

Ostatnia część ma charakter najbardziej praktyczno-techniczny, dotyczy bowiem pracy nad zleceniem. Zostały tutaj umieszczone podstawowe informacje na temat opcji i narzędzi Worda przydatnych redaktorowi, nanoszenia korekty w plikach PDF i potencjalnych kłopotów z nim związanych czy różnorodnych spraw organizacyjnych, o których trzeba pamiętać przy obsłudze każdego klienta i poprawianiu tekstu. Zwieńczeniem całości jest rozdział zawierający 50 krótkich fragmentów do zredagowania oraz warianty skorygowane przez autora i opatrzone uzasadnieniem. Sądzę jednak, że clou znajdziemy na samym końcu, czyli po… 430 stronach poradnika.

We wstępie Mackiewicz deklaruje: „Zależało mi na tym, by przedstawić nasz zawód takim, jaki jest naprawdę. Bez owijania w bawełnę. Bez mydlenia oczu zarobkami w pięciocyfrowych kwotach. Ale i bez popadania w drugą skrajność, czyli w nieracjonalny fatalizm – że nie jest to zawód nikomu potrzebny, (…) a w ogóle to sztuczna inteligencja i tak zabierze nam pracę. Wszystkie te perspektywy staram się w książce skonfrontować ze sobą i spojrzeć na naszą branżę na chłodno” (s. 15). Istotnie, ujmuje prezentowane kwestie z różnych punktów widzenia, uwzględnia wielorakość zadań i sytuacji, z jakimi mierzą się redaktorki i korektorki. Tylko ostatniego założenia nie zrealizował, bo emocje niekiedy dochodzą do głosu, a kulminują właśnie w zakończeniu. W znacznym stopniu zresztą wiążą się one ze wzmiankowanym zagadnieniem honorariów bądź pensji, eufemistycznie mówiąc: mało satysfakcjonujących.

Autor poradnika przytacza w tym kontekście liczne opinie uczestników ankiety, np.: „Jestem porażona, że ta praca jest tak słabo opłacana. Korekta to jeden z najważniejszych etapów pracy nad publikacją, wymagający ogromu specjalistycznej wiedzy” (s. 435). Można stwierdzić, iż nie od dziś z redakcją kojarzy się żałosne wynagrodzenie; w słowniku Doroszewskiego hasło „korektorstwo” ilustruje urywek artykułu o XVII-wiecznych pisarzach mieszczańskich: „Ekonomicznie był to żywioł słaby, (…) żyjący z pióra i licho płatnych zajęć umysłowych (bakałarstwo, profesura akademicka, korektorstwo w drukarniach itd.)” (Barycz 1954: 63). Żarty żartami, ale chodzi o realny problem bytowy: jak wykazała ankieta Mackiewicza, większości (!) pytanych trudno byłoby się utrzymać, gdyby nie wyższe zarobki partnera życiowego. Paradoksalnie najgorzej płacą ci, którzy powinni najlepiej rozumieć, ile kompetencji, zaangażowania i mrówczej pracy wkłada się w redagowanie, czyli wydawcy, o czym i z nieukrywanym żalem i irytacją pisze autor.

Idzie on jednak jeszcze dalej i bez ogródek przyznaje się do rozterek, a nawet wypalenia zawodowego, do czego ośmieliły go wypowiedzi w ankietach – o podobnych objawach, które również mnie są nieobce, wspomniało aż 35% badanych. Niedawno także Ewa Popielarz (2025), prowadząca kurs „Akademia korekty tekstu”, zwierzyła się w swoim podcaście z uczęszczania na terapię. Odcinek zatytułowała „Masz firmę? To się leczy!” – przypuszczalnie dlatego, że jej problemy siłą rzeczy zahaczają o pracę, zajmującą mnóstwo miejsca w jej życiu. Stan, o którym opowiada Mackiewicz, można by w coachingowym slangu skwitować mianem zachwiania work-life balance, ale czy etykietka w czymkolwiek pomaga? Pozostaje też pytanie, czy wypalenie zawodowe jest po prostu znakiem naszych czasów, czy jednak redaktorzy należą do grup bardziej na nie narażonych. I co się do niego przyczynia? Poświęcanie zleceniom nadmiernej ilości czasu może wynikać w rozmaitych proporcjach z obaw przed niedopięciem budżetu, z ambicji i braku asertywności, a szczególnie u osób neuroróżnorodnych (tu uśmiecham się porozumiewawczo do Popielarz) ulubiona praca bywa niekiedy tzw. special interest i zarazem ucieczką przed czymś, z czym nie potrafią sobie poradzić. Przykład twórczyni „Akademii korekty tekstu”, jednej z najlepiej rozpoznawalnych osób w branży, zarabiającej także na materiałach szkoleniowych, dowodzi, że problemu nie da się zredukować do mizernych dochodów. Półżartem pozwolę sobie dorzucić tutaj trop nieledwie psychoanalityczny: a nuż z redaktor(k)ami jest podobnie jak z kryty(cz)kami literackimi, o których mawia się, że często są niespełnionymi literat(k)ami? Już w „497 błędach” autor wyznawał: „W istocie książka, którą trzymasz w ręku, miała być… powieścią. (…) Zauroczony pisarstwem Jacka Londona, (…) [w]ymyśliłem sobie, że do matury napiszę swoją wielką powieść i będę żył z pisarstwa” (Mackiewicz 2018: 457).

Szczerość Mackiewicza skłania i mnie do wyznań. Bodaj pierwsza książka, gdzie na stronie redakcyjnej figuruje moje nazwisko, ujrzała światło dzienne ponad dwie dekady temu. Był nią trzystustronicowy lokalny rocznik, w którym moją rolę określono tyleż enigmatycznie, co pretensjonalnie jako adiustację (choć to pojęcie odnosi się raczej do opracowania technicznego i DTP). Trwale (?) związałam się z zawodem redaktorki przed ośmioma laty i odtąd niejednokrotnie doświadczałam sytuacji, gdy „jakość publikacji pozostawia wiele do życzenia, a z każdą kolejną stroną rwiemy sobie włosy z głowy. Rankiem na samą myśl, że trzeba siąść do komputera i wrócić do feralnej lektury, może się zrobić słabo” (s. 31). Kiedyś miałam na warsztacie np. skądinąd frapującą powieść napisaną w stylu, którego reprezentatywną próbką jest następujące zdanie (wersja pierwotna): „Domy, wyglądające na budynki przeznaczone do wyburzenia, w których, dzięki zamieszkującym je chińskim rodzinom prowadzącym swoje, chylące się ku upadkowi małe interesy, tliło się jeszcze jakieś życie, zmieniły swoje fasady i powróciły z zaświatów”. Ile czasu potrzeba, by dziesiątki podobnych zdań przestały przypominać humor z zeszytów szkolnych? Jak to się ma do minimalnej stawki godzinowej?

Wśród tekstów naukowych, którymi zajmuję się obecnie, spotykam zarówno opracowania oryginalne, niekiedy wybitne, jak i takie, których poziomu (nie tylko językowego) wolę nie komentować. Jednak satysfakcja z ich ulepszania, a jeszcze większa – z podziękowań otrzymywanych od autorów i autorek, łagodzi frustrację i przywraca wiarę, że funkcja akuszerki tekstu jest piękna i zaszczytna, choć rzadko kogo obchodzi, kto ją pełni (jak wiadomo, czytelnicy generalnie przypominają sobie o istnieniu redaktorek i korektorek wtedy, gdy widzą w książce horrendalnie dużo błędów). Najwyraźniej sporo osób postrzega ową funkcję w ten sposób, skoro zainteresowanie kursami nie maleje, a w grupach branżowych stale ktoś pyta, od czego rozpocząć i jak szukać zleceń, lub poleca swoje usługi, lojalnie uprzedzając, że stawia pierwsze kroki w zawodzie. Mackiewicz, pomimo minorowego tonu zakończenia, nie odwodzi chętnych od zajęcia się tą profesją – w przeciwnym razie wydanie poradnika byłoby przewrotnym paradoksem. Jak zresztą twierdził w „497 błędach”: „[D]obrych redaktorów i korektorów nigdy dość” (Mackiewicz 2018: 20, przypis). I jakkolwiek po lekturze fragmentów poświęconych bolączkom omawianego fachu osoby, które pragną spróbować w nim swych sił, mogą być zdeprymowane, te z pewnym doświadczeniem zaś – przygnębione, autor wlewa w nas otuchę: „[Z]awód redaktora, choć wymagający, daje poczucie spełnienia. A przede wszystkim – jest potrzebny innym. Dopóki ludzie będą tworzyć, dopóty potrzebni będą ci, którzy pomogą im robić to lepiej” (s. 440).

LITERATURA:

Akademia Redaktora [grupa prywatna na Facebooku, post jednej z członkiń]. 25.07.2025. https://www.facebook.com/groups/akademiaredaktora/posts/770600055313704/.

Barycz H.: „Dzieło literackie Jana Brożka”. „Pamiętnik Literacki” 1954, z. 1.

Karpowicz T.: „Polszczyzna wzorcowa w praktyce zawodowej redaktorów”. Warszawa 2020.

Mackiewicz Ł.: „497 błędów. Jak nie zbłądzić w zawiłościach polszczyzny”. Elbląg 2018.

Malinowski M.: „Co z tą polszczyzną?”. Kraków 2007.

Popielarz E.: „PDSK#054: Masz firmę? To się leczy! (podcast)”. EwaPopielarz.pl. 6.06.2025. https://ewapopielarz.pl/pdsk054-masz-firme-to-sie-leczy-podcast/.
Łukasz Mackiewicz: „Zawód: redaktor. Dla tych, którzy przebierają w słowach”. Elbląg 2025.