ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (519-520) / 2025

Karolina Górny,

POŚRÓD CHYŁYCH PÓL CZEKA NADZIEJA (MAŁGORZATA LEBDA: 'DUNAJ. CHYŁE POLA')

A A A
W swoim najnowszym zbiorze wierszy, zatytułowanym „Dunaj. Chyłe pola” (Warstwy 2025) Małgorzata Lebda ponownie przekłada intymność trudnych doświadczeń życiowych na literacki język emocji, wznoszących się od ciemnych głębin morza po jasne szczyty gór. Poetka w poprzednich książkach zdążyła przyzwyczaić odbiorców do swojej niezwykłej wrażliwości – zarówno na gruncie wierszowanych ekspresji, jak i udanej próby prozy poetyckiej w „Łakomych” (Znak 2023). Teraz ponownie udowadnia, że ukształtowała własny sposób wyrazu i konsekwentnie się go trzyma, prowadząc czytelników w rytmie nurtu rzeki – pozwala w niej odpocząć i znaleźć ukojenie tylko po to, aby zaraz przypomnieć o porywistym i nieokiełznanym charakterze żywiołu. W ten sposób w tomiku życie przeplata się ze śmiercią, rozpacz z nadzieją, degradacja ze wzrostem, zastój z ruchem. Podmiotka świadoma dualistycznego charakteru świata wcale nie zamierza walczyć z tymi opozycjami. Wręcz przeciwnie: chce „mieć w sobie sprzeczne: opór i dryf. Pracować/ z tym” (s. 41), o czym pisze w wierszu przedrukowanym także na tylnej okładce. Ta emfaza pozwala sądzić, że fragment ten – w kontekście poetyki Lebdy – zyskuje charakter manifestu, a zawarta w nim chęć pracy z „różnym”, mówiąc językiem autorki, odzwierciedlona zostaje w nietrywialnej drodze, jaką musi pokonać podmiotka – od diagnozy choroby ukochanego Dunaja – psa, przez śmierć brata Janka, po diagnozę nowotworową „tego, w którym ma kochanie” (s. 15). Podejmowanie wysiłku, aby stawić czoła nawarstwiającym się traumom, to bitwa wyczerpująca i – jak się zdaje – niemożliwa do wygrania. Jednak autorka nie pozostawia swojej bohaterki lirycznej (którą możemy utożsamić z samą autorką) bezradnej. W wierszach odnaleźć można sposób, który pomaga jej skonfrontować się z utratą i zaakceptować umieranie, a przynajmniej odwrócić na moment uwagę – to dosłowne i metaforyczne rekompensowanie światu śmierci – życiem; pustki – pełnią; oporu – dryftem. To pilnowanie wzrostu kijanek (zob. s. 10), opukiwanie kapeluszy grzybów, „żeby zostawić ziemi zarodniki. Przysparzać życia,/ chociaż tak” (s. 20), sadzenie jabłonek (zob. s. 52) czy zabieranie chryzantem ze śmietnika przy cmentarzu po to, „żeby przyszłej jesieni zakwitły na nowo” (s. 27). Z determinacji towarzyszącej bohaterce, przepełnionej smutkiem po stracie, rodzi się fizyczna praca, którą wykonuje nie po to, aby usunąć jedną z antynomii, ale w celu jej oswojenia – śmierć nosi w swoim ciele i umyśle, jednak stwarza życie poza nimi.

Tym, co dostarcza argumentów za wyjątkowością i urokliwością życia w konfrontacji z ostateczną instancją, pozostaje, nieodłączna w twórczości Lebdy, witalistycznie postrzegana przyroda. Jej niezmienna obecność zaznaczona zostaje na trzech płaszczyznach książki: w warstwie graficznej, a więc w kolorze okładki – ciemnozielona z wrzosowo-lawendowym liternictwem, w warstwie dedykacji, która brzmi: „Światłu”, oraz w warstwie opowieści, w której staje się pełnoprawnym bohaterem. Dzikie (jako przymiotnik, nie rzeczownik często w wierszach Lebdy oznaczający zwierzę) zostaje wpuszczone do środka i zadomawia się tam („Wpuszczam dzikie w nasze./ Chodź, no chodź – mówię mu” – s. 11), bo tylko dzięki niemu można „wejść w dawne, w minione tego,/ co tu” (s. 14). Jednak człowiek nie dąży do osiągnięcia przewagi nad dzikim, chce jedynie, aby stało się ono nieodłącznym elementem jego egzystencji. Co jeszcze istotniejsze – właśnie w nim szuka pomocy: „Wkładam pokrzywę do ust, przykładam do nadgarstka / do szyi. Uzdrawiaj, co jest do uzdrowienia – mówię do niej” (s. 18).

Bohaterka liryczna staje na granicy ludzkiego i nie-ludzkiego, starając się nie zakłócić swoim wtargnięciem harmonijnego współtrwania tego drugiego. Przyjmuje rolę bacznego obserwatora, a zapisując swoje impresje, w wierszach gospodaruje dla przyrody autonomiczną przestrzeń, tym samym zwracając uwagę czytelnika na fakt, jak wiele wspólnego ma człowiek z innymi ziemskimi istotami:

1.

Ziemia pije. Stary jesion pije.

Mchy piją. Pokrzywy piją. Dziewięćsił pije. (s. 7)

7.

Żabie pieśni oplatają wschodnie wzgórze Grani.

myszołów uderza w ziemię, wzlatuje i niesie

żywe nad pasmem Jaworzyny Krynickiej,

ku Zadnim Górom. (s. 13)

15.

Serce Dunaja jest wielkie, ogromne, nie mieści się

w klatce piersiowej, uciska płuca. Na rentgenie

przypomina dzieło sztuki. Jest nim.

EKG pokazuje powolne skurcze narządu.

Serce Dunaja staje, serce Dunaja rusza,

serce, serce.

Echo w nim. (s. 21)

Nie sposób mówić o „Dunaju. Chyłych polach”, nie uwzględniającej sprawczej mocy natury, która ożywia to, co umarłe. Choć w perspektywie „Spraw ziemi” (WBPiCAK 2020) tego rodzaju strategie poetyckie mogą wydawać się wtórnym powrotem do wcześniejszych intuicji, to w nowym tomie pozwalają Lebdzie uciec z szufladki, w którą krytyka próbowała wrzucić jej pisanie na bazie uproszczonej lektury „Łakomych”. W tych właśnie wierszach poetka udowadnia, że jest pisarką poszukującą sposobów tekstualnego przepracowania traum, nie zaś pisarką traumy.

Przytoczoną już dedykację można rozumieć na kilka sposobów. Przede wszystkim jako wyraz tęsknoty za tym, co jasne, optymistyczne, nie ogarnięte smutkiem i troską, wieczne, niematerialne. Z tego wyłania się druga istota dedykacji – światłu, a więc jakimś wymiarom boskości, chwale, objawieniu, do którego poetka zdaje się mieć pretensje o brak opieki nad jej bliskim: „A ty, jasności, dlaczego nigdy nie stałaś obok niego?” (s. 49).

Nie bez powodu język, którym Lebda opowiada o stracie i spotkaniu ze śmiercią, tak często przypomina litanię, biblijną epifanię (konkretnie księgę Apokalipsy) czy wyimki z liturgii wielkopiątkowej. Sam Dunaj zostaje spersonifikowany jako Chrystus i wzorem Mesjasza upada podczas swojej drogi krzyżowej: „Dunaj upada po raz pierwszy. Trzęsie się ziemia” (s. 8), „Dunaj upada po raz drugi” (s. 12), i tak jeszcze kilkukrotnie, aż do wiersz oznaczonego nr 50, w którym „Dunaj upada po raz ostatni”. Wcześniej jednak ludzie śpiewają mu „Lulajże, lulaj” (s. 53), niczym Maria swojemu synowi w jednej z polskich kolęd. Psa i jego ciało atakują czterej jeźdźcy apokalipsy, a kiedy umiera, podmiotka niejako wznosi do niego litanijną modlitwę: „Lulajże, Dunaju, biały karle, lilio, zwycięzco złości świata,/ wzorze z Sevres, odnajdujący rzeczy zgubione, najmilszy,/ wierny, mądry, pogromco tych, co na kładach i tych/co z kijami w dłoniach” (s. 58). Brakuje tylko prośby o wstawiennictwo – „módl się za nami”, aby odbiorca miał pewność, że Dunaj, podążając w stronę światła, zyskał miano świętego. Nie jest to jednak świętość w katolickim rozumieniu. Sakralizacja zwierzęcia martwego przejawia się przede wszystkim na płaszczyźnie emocjonalnego przywiązania człowieka do psa, które czyni z tego drugiego istotę o cechach świętego – zawsze obecną, oddaną, bezinteresowną i służącą pomocą. Dzięki temu autorka pozwala czytelnikowi empatyzować zarówno z cierpiącym Dunajem, jak i sobą samą, dla której był on ważnym członkiem rodziny. Z goła inaczej mówi się w „Dunaju. Chyłych polach” o śmierci człowieka – brata Janka. Nie uświadczymy w tych fragmentach podobnej kanonizacji i uwznioślenia – leży w „ciemnej trumnie, ciemnym grobie, zimnym grobie, zimnej trumnie” (s. 40), a jego odejściu towarzyszy wspominanie śmierci innych bliskich – ojca czy siostry. Niejednokrotnie zaobserwować można, że konstytutywnym elementem procesu żałoby jest natrętne zapętlanie powidoków tamtych strat, z czym podmiotka bezskutecznie próbuje się uporać:

34.

makaron gotuję w wodzie z kurkumą,

kroję na kawałeczki limonkę i podaję, karmię bliskich,

żeby zapomnieć o tym, że mój brat leży w ciemnej trumnie (s. 40)

40.

Żeby tylko zająć czymś głowę i nie myśleć o tym,

że nasz brat Janek leży w grobie. (s. 46)

Tym, co poetka może zachować, zarówno po Janku, jak i po Dunaju, pozostaje wiersz jako swoisty nośnik pamięci. Wiersz, do którego – w ramach tej antropomorficznej kreacji tego, co tekstualne – Lebda porównuje obu umarłych:

36.

Widzisz – mówię do Dunaja – wszystko tu jest twoje,

pozostanie twoje, chociaż o nic z tego nie prosiłeś.

Jesteś jak wiersz - jeśli wiesz, o co mi

chodzi – wydarzaniem, które nie ma

końca. (s. 42)

48.

Gdyby nasz starszy i jedyny brat był wierszem,

mógłby zamieszkać poza trumną – mówię.

Więc chodź tu, ze wszystkimi swoimi imionami:

Bioły, Janie, Bielszy, Janku, Emilu, Janeczku,

Jasieńku.

O, tu. (s. 54)

Nawracające sprzężenie życia i śmierci konotuje jeszcze inne rozumienie dedykacji – „światłu”, czyli nadziei. Nadziei, która ma kolor zielony i zawiera się w pięknie imagistycznie odtwarzanych krajobrazu. Ponownie natura przychodzi człowiekowi na ratunek, rozumie jego ból, zarazem daje mu powody, by celebrować życie:

56

„I jest tu pustka w tobie, krajobrazie matko,

ale i piękno: koźlęta wychodzą na obrzeża brzezin,

dzikie nocą zostawia w śniegu ślady, wiatr gra na

liniach wysokiego napięcia, ponadstuletnia lipa

chyli się ku zachodowi, dziuplaki mają

w niej dom.

I jest tu pustka w tobie, krajobrazie matko,

ale i obfitość. Patrz, Żywe, które poszło

w śmierć, węszy przy wszystkich

miedzach naraz.” (s. 62)

Nie bez powodu autorka do podtytuły tomu przemyciła tytuł innego dzieła – obrazu filmowego „Chyłe pola” w reżyserii Władysława Ślecińskiego. Dokument opowiada o żmudnej i trudnej pracy górali uprawiających ziemie na tytułowych chyłych polach, zestawiając ją z weselem młodej pary, które w ramach tej narracji staje się przejawem wiary w nastanie lepszych czasów. W podobnym tonie Lebda ukazuje niedolę, z jaką przyszło zmierzyć się jej oraz bliskim poetki, przeplatając w tej historii obrazy przepełnione cierpliwym, melancholijnym, ale i optymistycznym oczekiwaniem na nowe. I choć wśród chyłych pól spaceruje się jak po cmentarzu (s. 63), to pośród nich czeka także nadzieja:

17.

Twoje ciało, krajobrazie matko, jest z piękna. Krajobrazie matko,

mam w tobie upodobanie i bliskie miejsca: paryje, potoki, szczyty

wzgórz, łąki z bluszczykiem kurdybankiem i te z żywokostem

i miętą. (s. 23)

Ten apostroficzny zwrot do ziemi, z której się pochodzi lub którą uznaje się za swoją małą ojczyznę, wprowadza do wierszy doświadczenie swojskości, które niweluje poczucie strachu i pozwala oswoić wszechobecną śmierć. A gdy czas człowieka na ziemi dobiegnie końca, pośród znanego i zaadaptowanego można położyć się do ostatniego snu:

17.

Kiedyś – i na zawsze – chciałabym krajobrazie matko, położyć

w tobie ciało, tam, blisko zachodniej granicy lasu, tam, gdzie masz

wgłębienie, dokładnie takie, jak pamiętam z talii matki,

z jej ciętego brzucha. To tam, gdzie nad ranem

przychodzą sarny, pić z ciebie. (s. 23)

Tak charakterystyczne dla poetyki Lebdy rzeczowniki odprzymiotnikowe nadają jej frazie jakieś nieopisywalnej eschatologii, budują niepodrabialną metafizykę, na wzór tej, która pozwalała w „Sprawach ziemi” oswajać to, co nieokiełznane we wnętrzach mateczników i snach rzeźnych krów. Bo przecież „Dunaj" jest powrotem do tamtej frazy, jednak już z innym bagażem doświadczeń, gdzie to, co nieujarzmione, poddaje się formie wiersza, stając się poskromionym.
Małgorzata Lebda: „Dunaj. Chyłe pola”. Wydawnictwo Warstwy. Wrocław 2025.