ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (519-520) / 2025

Anna Strzałkowska (Szumiec),

TO NIE JEST DZIELNIA DLA SŁABYCH LUDZI (TOMASZ PIETRZAK: 'BERY Z DZIELNI')

A A A
Kilka tygodni temu, nakładem Wydawnictwa Znak, ukazała się książka poetycka Tomasza Pietrzaka zatytułowana „Bery z dzielni”. Zgodnie z zapowiedziami, miała być to opowieść o mrocznej stronie Śląska, o ulicach, na które nie zapuszcza się nikt obcy, o rejonach miast od dekad owianych tak zwaną złą sławą. W „Berach z dzielni” taką egzemplifikacją jest Hugo, dawna robotnicza kolonia zlokalizowana na terenie Siemianowic Śląskich, której budowa w latach 50. XIX wieku wiązała się z funkcjonowaniem Huty „Laura”, później przemianowanej na Hutę „Jedność”. Po propozycję Pietrzaka sięgnęłam z tym większym zainteresowaniem, że – podobnie jak autor – wychowałam się w Siemianowicach (choć moje dorastanie przypadło o dekadę później), a od Hugo mój dom dzielił niewiele ponad kilometr. Specyfika „śląskiego Bronxu” nie jest mi zatem obca, co więcej, w trakcie lektury tomu wielokrotnie złapałam się na mechanicznym potakiwaniu i solidaryzującym uśmiechaniu się pod nosem – mimo że, rzecz jasna, powodów do śmiechu w tomie Pietrzaka raczej nie znajdziemy.

Już sama okładka zbioru sugeruje, że nie będziemy mieć tu do czynienia z laurką dla Śląska. Czytelniczki i czytelnicy zderzają się bowiem z przejmującą czarno-biała fotografią Joanny Helander zatytułowaną „Chlywiki”, kierującą uwagę na problematykę regionu, która mało ma wspólnego ze stereotypowym, reklamowym obrazkiem wesołej omy machającej z okna do swoich wnuków zmierzających właśnie na pobliski odpust czy opy skupionego na wypatrywaniu nadlatujących z konkursowego wyścigu gołębi pocztowych. Bo podążanie ulicami opisywanymi przez Pietrzaka przypomina raczej wędrówkę przez kręgi piekielne, chociaż echa normalności usiłują się czasem cichutko przemknąć przez najczarniejsze zakamarki tak zwanych „dzielnic cudów”, na przykład poprzez wspomnienie symbolicznych przedmiotów kojarzonych z domem rodzinnym, takich jak doniczka z pelargoniami, podwójne okna, firany (choć dostępne jedynie dla wybranych – „Romom magistrat dawał piwnice/lub partery” [s. 28]) lub zaznaczenie więzi sąsiedzkich i koleżeńskich. Z całą pewnością nie sposób doświadczyć jednak niezwykłej, artystycznej wręcz atmosfery zabytkowych śląskich dzielnic.

Siemianowickie przestrzenie to scenografia rodem z horroru lub czarnej baśni, gdzie dochodzi do zbrodni, napaści, kradzieży, panuje przemoc i ubóstwo, a „lokalsi”, zadeklarowani katolicy, ani myślą przestrzegać dekalogu („Raz w roku mordowano tu kogoś/za klachy lub gola. / Raz na miesiąc tu kogoś dźgnięto / w wannie / lub tunelu” [s. 11]; „Cała Piastowska się ostrzyła i piła” [s. 22]; „Była wtedy sprawiedliwość, mówi / ojciec – milicja zawsze / była obywatelska, szybko potrafiła / wyjaśnić dźgnięcia / wzdłuż muru przy ścieżce zdrowia” [s. 74]). Tę charakterystyczną jednostronność zaznacza w recenzji tomu Anna Kałuża: „Oczywiście nie ma tu cienia nostalgii za latami 90. Brutalność obrazowania jest być może nadwyżką fikcyjnego archiwum, ale i tak zasadnicza strategia Pietrzaka sprowadza się do pokazania Śląska jako miejsca najgorszego, rysowanego grubą kreską hiperboli. Świniobicie, topienie kociąt, gwałty, rabunki – wszystko jak w filmach Smarzowskiego” (Kałuża: 2025).

Twórczość Pietrzaka charakteryzuje się ciekawym zabiegiem koncentrowania na symbolicznych przedmiotach. Bohaterami wielu utworów okazują się rzeczy codziennego użytku oraz rekwizyty, zarówno będące świadkami historii, jak i konstytuujące swoistą mitologię. Warto wspomnieć tu choćby cynkową wannę ze swastyką zakupioną od sąsiada przez matkę osoby mówiącej („Hajotki w niej mył, / żona mu się utopiła, druga dziecko / urodziła pośladkowo, / trzecia chowała się przed Polską” [s. 13]), zielony balonik niesiony przez Focziego, młodego Roma („[…] Z nieba /s padł rano – mówi – to jest mój brat, / bożątko Pali, / co go psy dingo zjadły, jak uciekał / przed pałami, a teraz / unosi się. […]” [s. 20]), zachodnią odzież („Bo bieda była wtedy w rozkwicie. / Ubierano mnie / w dziewczęcy sweterek z wiśniami / po Niemce, / Francuzce czy Holenderce” [s. 51]) czy nóż, będący własnością wspomnianego chłopca („Nóż wiedział / o tym, gdzie / zakopano inne noże, o braciach, / co uciekli do Rajchu, / […] . Przed snem Foczi dziennie modlił / się do noża, / jak modlili się jego bracia, a ten / spełniał trzy życzenia: / nie być dźgniętym, nie dźgnąć / nikogo, nie dźgnąć się”, [s. 32-33]). Zdarza się także, że owe niebezpieczne zaułki nawiedzą demoniczne istoty znane z regionalnych podań: bezkosty, zmory, czorty i heksy. Realizm magiczny zostaje dodatkowo wzmocniony odwołaniami religijnymi – poeta często nawiązuje do okresu świątecznego („Obiad jest ten sam co wczoraj i przedwczoraj, / i wcześniej, i sięga niedzieli, / a może Wielkiej Soboty, kiedy to najedliśmy / się dla Jezusa, / który po trzech dniach nam zmartwychwstał / i zjadł konia z kopytami” [s. 8]), w utworach pojawiają się też metafory odnoszące się bezpośrednio do postaci z tradycji chrześcijańskiej („Taka dzielnica cudów, że Jezus napruty / wraca od Grażyny / i każdy tu jest świętym pijusem” [s. 76]).

Płaszczyzn tworzących świat przedstawiony jest zresztą mnóstwo, co koreluje ze śląskim tyglem (jak pisze Pietrzak: „Na jednej ulicy obok siebie mieszkali Ślązacy, Polacy, folksdojcze, komuniści, »werbusy«, Romowie, świadkowie Jehowy, byli żołnierze Wehrmachtu i LWP, a nawet dzieci seryjnego mordercy. Nie brakowało też bezdomnych chacharów i łajz, a bieda i alkohol były codziennością” [s. 89]), ale też trudną historią (poeta niejednokrotnie przypomina choćby o Arbeitslager Laurahütte, siemianowickim podobozie KL Auschwitz-Birkenau, funkcjonującym od kwietnia 1944 roku do stycznia 1945 roku) i istniejącymi społecznymi podziałami („Pamiętam / lato, kiedy zabrakło muru / na kurestwa i zaczęli pisać na czołach i plecach. / Żydzi, Romowie, Polacy, jehowi, / Niemcy, GKS Katowice, Ruch Chorzów, psy – / wszyscy jebali się nazwajem […] [s. 73]; „Dzieci górnioli, małe kurwiszony, / nosiły się / pewexowo i targowo, my zawsze / po kimś” [s. 51]; „Jak miałem pod dziewięć lat, matka / zabroniła mi / bawić się z Romami. Ciemniałem jej / w oczach” [s. 55]). Atmosferę tę podsycają plastyczne opisy bazujące na doznaniach zmysłowych. Pietrzak umiejętnie gra kolorem i wrażeniami fonicznymi, a także wyobrażeniami dotykowymi („Czuć / było / zachodnie ciała i Persil, czuć było, / jak lepsze / pchły podgryzają” [s. 51]) i smakowymi („I wtedy zacząłem się bać biedy, jak przychodziła / i przynosiła chleb z maggi […]” [s. 68]), które stanowią najważniejszy chyba nośnik historii osobistej i zbiorowej.

„Bery z dzieli” z pewnością warto zatem przeczytać wnikliwie i z namysłem. To, wbrew pozorom, nie tylko regionalna opowieść o nie-cukierkowym Śląsku, ale także ponadczasowa historia traktująca o dorastaniu w świecie pęknięć i ułomności, o nadziei na życie poza tym przyjętym społecznie konstruktem („Mieliśmy wyjechać z tego miasta, / chociaż za tory. / Miała wyjść z nas dzielnia, gęsta / jak flegma” [s. 82]) i niezacieralnych śladach dziecięco-młodzieńczego doświadczenia („Do mnie Zachód sam przyszedł / na kolanach, / a dzielnia po lekach zostawiła. / Czasem tylko / pobrzękuje we mnie jej odprysk / jak złóg w nerce” [s. 82]).

LITERATURA:

Kałuża A.: „Nie na miejscu”. „Dwutygodnik” lipiec 2025, nr 417. https://www.dwutygodnik.com/artykul/12021-nie-na-miejscu.html.
Tomasz Pietrzak: „Bery z dzielni”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2025.