TROSKLIWA EGOISTKA (PETRA SOUKUPOVA: 'ZAWSZE JEST KTOŚ')
A
A
A
W centrum kolejnej powieści czeskiej pisarki Petry Soukupovej tkwi – jak zwykle – przeciętna rodzina. Główną bohaterką jest Veronika Fridrichová, dyrektorka jednej z praskich bibliotek. Ma oddanego męża Michala, stara się utrzymać dobre relacje z nastoletnimi dziećmi: córką Máją (zdrobnienie od imienia Magdaléna) i synem zwanym Miśkiem. Dużo gorsze stosunki łączą ją z rodzicami: Mirkiem i Jitką. Mieszkają na wsi odległej od stolicy, więc Vera odwiedza ich rzadko i raczej z obowiązku niż z realnej potrzeby; mówi: „od dawna się nie staram, wpadamy raz na dwa miesiące z kurtuazyjną wizytą, rodzice są tak naprawdę dla mnie obcymi ludźmi – no tak, tyle że podczas naszej kurtuazyjnej wizyty nikt nie wykazuje się ani odrobiną kurtuazji, a nawet obcy sobie ludzie nie muszą się zaraz okłamywać, obwiniać, potrafią siąść razem przy stole, zjeść, niezobowiązująco pogadać o pracy, dzieciach, zdrowiu, rozpakować prezenty i w spokoju pooglądać film, który leci w każde święta. Dla nas to niewykonalne”. Nie są to miłe spotkania – rodzice jawią się jako ludzie roszczeniowi, apodyktyczni, pełni pretensji, zawsze gotowi krytykować córkę bądź wnuki, za nic mający cudze granice. Zatem nic dziwnego, że Vera, Michal i dzieci wzbraniają się przed kolejnymi „obowiązkowymi” (i właściwie narzuconymi) odwiedzinami na wsi – tym razem z okazji imienin Mirka. Vera nie bez poczucia winy opiera się manipulacjom matki i stawia na swoim, zapowiadając przyjazd w następnym tygodniu. Jednak ta rodzina już nie spotka się w komplecie – Jitka nagle umrze.
Vera, przynajmniej na pozór, nie przejmuje się szczególnie odejściem matki, która nawet nie próbowała stworzyć z nią prawdziwej bliskości („nie była dla mnie żadną mamusią, była matką, mamą, ale nie mamusią, ostatnie kilka lat upłynęło nam na sprzeczkach, o ile w ogóle rozmawiałyśmy, więc co się właściwie zmieni w moim życiu?”). A jednak teraz to ona, zawsze obowiązkowa, musi krążyć między Pragą a odległymi Sovoluskami, załatwić sprawy związane z pogrzebem, zaopiekować się domem i trzema zaniedbanymi psami matki, a przede wszystkim ojcem, u którego bolesna utrata najbliższej osoby ujawniła symptomy charakterystyczne dla początkowej fazy alzheimera.
Choć śmierć Jitki uderza w funkcjonowanie całej rodziny, w nieco mniejszym stopniu dotyka dzieci zajęte własnym dorastaniem. Autorka „Pod śniegiem” snuje dwa dodatkowe wątki o nieco mniejszym ładunku dramatyzmu, lecz podobnie autentyczne. Niespełna piętnastoletnią Máję czekają niełatwe egzaminy do liceum, lecz nauka nie stoi wysoko na liście jej priorytetów. Dziewczyna nie jest pewna swojej drogi, dopiero szuka pomysłu na siebie. Bardziej docenia przyjaciółki niż rodzinę. Pozostaje zagubiona i pełna kompleksów. W dodatku przeżywa pierwsze poważniejsze zauroczenie, co potęguje huśtawkę nastrojów. Z kolei Misiek doświadcza zawirowań na gruncie towarzyskim – w łaski jego szkolnej paczki próbuje się wkupić Jára, chłopak serdeczny, ale niepopularny wśród rówieśników, bo zbyt od nich odstający. Świadomie daje się wykorzystywać rzekomym kolegom, puszcza docinki mimo uszu, byle zapewnić sobie (mocno wątpliwą) przynależność do grupy. Szczególnie zależy mu na przyjaźni z Miśkiem. Niestety, ten nie odwzajemnia sympatii kolegi, ale jest przeciwny dokuczaniu mu, jednak brakuje mu pewności siebie czy siły przebicia, aby ukrócić okrutne zaczepki i stanąć po stronie pokrzywdzonego (to by się wiązało z klasowym ostracyzmem).
Veronika – której Soukupová poświęca najwięcej miejsca w powieści – jest zdecydowanie najciekawszą bohaterką. Matka tyleż notorycznie, co i bezzasadnie, zarzucała jej myślenie tylko o sobie i w rezultacie Vera jako dorosła osoba stawia siebie na ostatnim miejscu – jakby ciągle potrzebowała udowodniać otoczeniu, że nie jest egoistką. Unika konfliktów, więc często tłumi własne emocje, dopiero później pozwalając sobie wydobyć je poprzez łzy. Zdarza się, że nie mówi tego, co naprawdę zamierzała powiedzieć, aby nikogo nie urazić. Pozostaje ustępliwa. Chce być oddaną żoną, empatyczną, troskliwą matką (co skutecznie utrudniają coraz bardziej ostentacyjnie odsuwające się od niej dzieci), a wreszcie dobrą córką. Zawsze może liczyć na wsparcie Michala (wyjątkowa to postać męża w twórczości czeskiej pisarki – człowiek poukładany, lojalny, pełen empatii. Inne bohaterki Soukupovej raczej nie miały szczęścia do mężczyzn). Mimo wszystko po śmierci Jitki z większością problemów próbuje sobie poradzić samodzielnie – być może traktuje to jako rodzaj pokuty: wszak zawiodła matkę po raz ostatni i nie wynagrodzi jej już tego rozczarowania. Dzieje się rzecz osobliwa – Vera wyraźnie słyszy głos zmarłej matki w głowie i toczą ze sobą kolejne rozmowy natychmiast przechodzące w kłótnie. Czy to rzeczywiście Jitka dostaje prawo głosu – w świecie powieściowym – czy to raczej głos nadgorliwego sumienia czy też wewnętrznej krytykantki przyjmującej postać matki? Powracają jak refren dawne wyrzuty („Już taka jesteś, wiecznie niezadowolona, szukasz dziury w całym, użalasz się nad sobą i postrzegasz wszystko przez pryzmat własnej krzywdy. (…) Jesteś egoistką i tyle. Czasami trzeba zrobić coś dla innych”). Vera znów zostaje postawiona w stan oskarżenia i próbuje się bronić, przekonać matkę, że sprawdziła się w swoich rolach społecznych („Nie rozumiesz, że moje dzieci są przynajmniej szczęśliwe? […] Bo ja naprawdę troszczę się o swoje dzieci, rozmawiamy ze sobą, mam z nimi sto razy lepszą relację niż wy ze mną i z Lídą”).
Kolejne kryzysy szybko zaczynają przerastać Veronikę, więc szuka ratunku w alkoholu, sięga po dawno zarzucone papierosy. To łamanie zasad, skierowanie na samą siebie, można traktować nie tylko jako ucieczkę, ale także nieuświadomioną formę buntu wobec filozofii życiowej, w myśl której (zgodnie z tytułem książki) zawsze jest ktoś: ważniejszy, wymagający większej pomocy, ktoś, komu należy ustąpić. Czy w końcu Vera będzie umiała postawić siebie na pierwszym miejscu? Czy zrozumie, czego sama chce, a czego nie?
W „Zawsze jest ktoś” bardzo silnie wybrzmiewa regularnie powracające w twórczości czeskiej pisarki przekonanie o wielkiej roli domu rodzinnego w kształtowaniu się jednostki. Veronica i jej faworyzowana siostra Lída nie miały dobrych wzorców. Może nie brakowało im dóbr materialnych (rodzice wzbogacili się, zakładając firmę handlującą farbami i lakierami), ale nie było serdecznych więzi. Vera wyrastała jako ta gorsza córka: bez sportowych ambicji starszej siostry („Sportowe beztalencie, nie tylko sportowe zresztą, bo nic szczególnie mi nie wychodzi”), bez pomysłu na siebie. Co więcej, matka nieświadomie wywoływała w niej poczucie winy – m.in. za zniszczoną drugim porodem figurę, ciężkie życie z dwójką dzieci. Vera ucieczkę znalazła w książkach, a później wyjechała do stolicy i trzymała się z dala od domu rodzinnego. Jej siostra, zarzuciwszy lekkoatletykę, stała się podobnym rozczarowaniem dla rodziców i uciekła jeszcze dalej, bo do Anglii. Dziś Vera pragnie dać synowi i córce to, czego jej samej poskąpiono w dzieciństwie.
Historia tej rodziny nie jest jednak tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Podobnie emocje, jakie wzbudzają w bohaterach najbliżsi, stają się coraz mniej oczywiste. Veronika zauważa, że właściwie nie zna własnych rodziców, skoro ograniczyła kontakty z nimi do kilkugodzinnych wizyt kilka razy do roku. Może sobie wmawiać, że to dla niej obcy ludzie, niemal jej obojętni, a jednak czuje zazdrość względem psów, które matka obdarzyła nieobwarowaną zastrzeżeniami miłością („nudziła się na emeryturze i postanowiła zostać psią mamą. Moje córeczki kochane, mówiła […] Do mnie nigdy nie zwracała się tak czule jak do tych głupich sierściuchów”). Ma też coraz więcej współczucia dla ojca. Mirek – dawniej przemocowy i wzbudzający strach – w swoim wdowim osamotnieniu i chorobie robi się coraz bardziej bezradny, a w końcu musi się przemóc i prosić o obecność kogoś, kogo przecież kocha, choć nie potrafi tej miłości wyrazić wprost. Z kolei Jitka kieruje się uprzedzeniami, krytykując córkę, ale niekiedy trudno jej nie przyznać racji, gdy ocenia swoje wnuki i ich możliwości. To ona po części też wyjaśnia ów „zimny chów”, jakiego doświadczyły córki („wydaje ci się, że wszyscy muszą sobie w kółko wyznawać miłość. A za naszych czasów tak się nie robiło. Co nie znaczy, że miłość nie istniała. […] Myślisz, że troszczylibyśmy się o ciebie i Lidę, gdybyśmy was nie kochali?”). Również manipulacyjne próby przekupstwa (wybudowanie basenu, ofiarowanie drogiego samochodu) da się wyjaśnić tęsknotą i samotnością starzejących się ludzi. Sceny, w których bohaterowie zbliżają się do siebie na przekór wyrządzonym sobie nawzajem mniejszym i większym krzywdom, są przejmujące, lecz pozbawione taniej ckliwości, bo zazwyczaj kontrapunktowane kolejną sprzeczką czy zawodem. Nie ma tu ani postaci kryształowych, ani karykaturalnie przesiąkniętych złem. To po prostu nierzadko błądzący, ułomni ludzie – i bardzo w tej swojej ułomności zwyczajni.
Petra Soukupová uchodzi za czeską specjalistkę od wiwisekcji rodziny i jest to jak najbardziej zasłużony tytuł. Obraca się wokół podobnych spraw czy motywów (przykładowo: konflikty na linii rodzic-dziecko, rywalizacja między rodzeństwem, przymusowa przeprowadzka, nawiązywanie więzi ze starszą generacją rodziny), lecz za każdym razem ma do ukazania coś nowego. „Zawsze jest ktoś” nie odstaje poziomem od swoich poprzedniczek. Fabuła jest raczej wątła, pozbawiona wymyślnych zwrotów akcji czy jednoznacznego zakończenia (co prawda Veronika w finale powieści podejmuje pewną decyzję, ale – rozchwiana, podatna na sugestie, dbająca o dobro jednych kosztem drugich – równie dobrze mogłaby ją zmienić). Liczą się przede wszystkim bohaterowie ze swoimi małymi i wielkimi dramatami rozgrywającymi się w najpospolitszej codzienności. Pod piórem Soukupovej pozostają na wskroś autentyczni. Możliwe, że uda nam się w nich zobaczyć samych siebie – odbitych w tym klarownym lustrze znakomitej literatury.
„artPAPIER” objął książkę patronatem medialnym.
Vera, przynajmniej na pozór, nie przejmuje się szczególnie odejściem matki, która nawet nie próbowała stworzyć z nią prawdziwej bliskości („nie była dla mnie żadną mamusią, była matką, mamą, ale nie mamusią, ostatnie kilka lat upłynęło nam na sprzeczkach, o ile w ogóle rozmawiałyśmy, więc co się właściwie zmieni w moim życiu?”). A jednak teraz to ona, zawsze obowiązkowa, musi krążyć między Pragą a odległymi Sovoluskami, załatwić sprawy związane z pogrzebem, zaopiekować się domem i trzema zaniedbanymi psami matki, a przede wszystkim ojcem, u którego bolesna utrata najbliższej osoby ujawniła symptomy charakterystyczne dla początkowej fazy alzheimera.
Choć śmierć Jitki uderza w funkcjonowanie całej rodziny, w nieco mniejszym stopniu dotyka dzieci zajęte własnym dorastaniem. Autorka „Pod śniegiem” snuje dwa dodatkowe wątki o nieco mniejszym ładunku dramatyzmu, lecz podobnie autentyczne. Niespełna piętnastoletnią Máję czekają niełatwe egzaminy do liceum, lecz nauka nie stoi wysoko na liście jej priorytetów. Dziewczyna nie jest pewna swojej drogi, dopiero szuka pomysłu na siebie. Bardziej docenia przyjaciółki niż rodzinę. Pozostaje zagubiona i pełna kompleksów. W dodatku przeżywa pierwsze poważniejsze zauroczenie, co potęguje huśtawkę nastrojów. Z kolei Misiek doświadcza zawirowań na gruncie towarzyskim – w łaski jego szkolnej paczki próbuje się wkupić Jára, chłopak serdeczny, ale niepopularny wśród rówieśników, bo zbyt od nich odstający. Świadomie daje się wykorzystywać rzekomym kolegom, puszcza docinki mimo uszu, byle zapewnić sobie (mocno wątpliwą) przynależność do grupy. Szczególnie zależy mu na przyjaźni z Miśkiem. Niestety, ten nie odwzajemnia sympatii kolegi, ale jest przeciwny dokuczaniu mu, jednak brakuje mu pewności siebie czy siły przebicia, aby ukrócić okrutne zaczepki i stanąć po stronie pokrzywdzonego (to by się wiązało z klasowym ostracyzmem).
Veronika – której Soukupová poświęca najwięcej miejsca w powieści – jest zdecydowanie najciekawszą bohaterką. Matka tyleż notorycznie, co i bezzasadnie, zarzucała jej myślenie tylko o sobie i w rezultacie Vera jako dorosła osoba stawia siebie na ostatnim miejscu – jakby ciągle potrzebowała udowodniać otoczeniu, że nie jest egoistką. Unika konfliktów, więc często tłumi własne emocje, dopiero później pozwalając sobie wydobyć je poprzez łzy. Zdarza się, że nie mówi tego, co naprawdę zamierzała powiedzieć, aby nikogo nie urazić. Pozostaje ustępliwa. Chce być oddaną żoną, empatyczną, troskliwą matką (co skutecznie utrudniają coraz bardziej ostentacyjnie odsuwające się od niej dzieci), a wreszcie dobrą córką. Zawsze może liczyć na wsparcie Michala (wyjątkowa to postać męża w twórczości czeskiej pisarki – człowiek poukładany, lojalny, pełen empatii. Inne bohaterki Soukupovej raczej nie miały szczęścia do mężczyzn). Mimo wszystko po śmierci Jitki z większością problemów próbuje sobie poradzić samodzielnie – być może traktuje to jako rodzaj pokuty: wszak zawiodła matkę po raz ostatni i nie wynagrodzi jej już tego rozczarowania. Dzieje się rzecz osobliwa – Vera wyraźnie słyszy głos zmarłej matki w głowie i toczą ze sobą kolejne rozmowy natychmiast przechodzące w kłótnie. Czy to rzeczywiście Jitka dostaje prawo głosu – w świecie powieściowym – czy to raczej głos nadgorliwego sumienia czy też wewnętrznej krytykantki przyjmującej postać matki? Powracają jak refren dawne wyrzuty („Już taka jesteś, wiecznie niezadowolona, szukasz dziury w całym, użalasz się nad sobą i postrzegasz wszystko przez pryzmat własnej krzywdy. (…) Jesteś egoistką i tyle. Czasami trzeba zrobić coś dla innych”). Vera znów zostaje postawiona w stan oskarżenia i próbuje się bronić, przekonać matkę, że sprawdziła się w swoich rolach społecznych („Nie rozumiesz, że moje dzieci są przynajmniej szczęśliwe? […] Bo ja naprawdę troszczę się o swoje dzieci, rozmawiamy ze sobą, mam z nimi sto razy lepszą relację niż wy ze mną i z Lídą”).
Kolejne kryzysy szybko zaczynają przerastać Veronikę, więc szuka ratunku w alkoholu, sięga po dawno zarzucone papierosy. To łamanie zasad, skierowanie na samą siebie, można traktować nie tylko jako ucieczkę, ale także nieuświadomioną formę buntu wobec filozofii życiowej, w myśl której (zgodnie z tytułem książki) zawsze jest ktoś: ważniejszy, wymagający większej pomocy, ktoś, komu należy ustąpić. Czy w końcu Vera będzie umiała postawić siebie na pierwszym miejscu? Czy zrozumie, czego sama chce, a czego nie?
W „Zawsze jest ktoś” bardzo silnie wybrzmiewa regularnie powracające w twórczości czeskiej pisarki przekonanie o wielkiej roli domu rodzinnego w kształtowaniu się jednostki. Veronica i jej faworyzowana siostra Lída nie miały dobrych wzorców. Może nie brakowało im dóbr materialnych (rodzice wzbogacili się, zakładając firmę handlującą farbami i lakierami), ale nie było serdecznych więzi. Vera wyrastała jako ta gorsza córka: bez sportowych ambicji starszej siostry („Sportowe beztalencie, nie tylko sportowe zresztą, bo nic szczególnie mi nie wychodzi”), bez pomysłu na siebie. Co więcej, matka nieświadomie wywoływała w niej poczucie winy – m.in. za zniszczoną drugim porodem figurę, ciężkie życie z dwójką dzieci. Vera ucieczkę znalazła w książkach, a później wyjechała do stolicy i trzymała się z dala od domu rodzinnego. Jej siostra, zarzuciwszy lekkoatletykę, stała się podobnym rozczarowaniem dla rodziców i uciekła jeszcze dalej, bo do Anglii. Dziś Vera pragnie dać synowi i córce to, czego jej samej poskąpiono w dzieciństwie.
Historia tej rodziny nie jest jednak tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Podobnie emocje, jakie wzbudzają w bohaterach najbliżsi, stają się coraz mniej oczywiste. Veronika zauważa, że właściwie nie zna własnych rodziców, skoro ograniczyła kontakty z nimi do kilkugodzinnych wizyt kilka razy do roku. Może sobie wmawiać, że to dla niej obcy ludzie, niemal jej obojętni, a jednak czuje zazdrość względem psów, które matka obdarzyła nieobwarowaną zastrzeżeniami miłością („nudziła się na emeryturze i postanowiła zostać psią mamą. Moje córeczki kochane, mówiła […] Do mnie nigdy nie zwracała się tak czule jak do tych głupich sierściuchów”). Ma też coraz więcej współczucia dla ojca. Mirek – dawniej przemocowy i wzbudzający strach – w swoim wdowim osamotnieniu i chorobie robi się coraz bardziej bezradny, a w końcu musi się przemóc i prosić o obecność kogoś, kogo przecież kocha, choć nie potrafi tej miłości wyrazić wprost. Z kolei Jitka kieruje się uprzedzeniami, krytykując córkę, ale niekiedy trudno jej nie przyznać racji, gdy ocenia swoje wnuki i ich możliwości. To ona po części też wyjaśnia ów „zimny chów”, jakiego doświadczyły córki („wydaje ci się, że wszyscy muszą sobie w kółko wyznawać miłość. A za naszych czasów tak się nie robiło. Co nie znaczy, że miłość nie istniała. […] Myślisz, że troszczylibyśmy się o ciebie i Lidę, gdybyśmy was nie kochali?”). Również manipulacyjne próby przekupstwa (wybudowanie basenu, ofiarowanie drogiego samochodu) da się wyjaśnić tęsknotą i samotnością starzejących się ludzi. Sceny, w których bohaterowie zbliżają się do siebie na przekór wyrządzonym sobie nawzajem mniejszym i większym krzywdom, są przejmujące, lecz pozbawione taniej ckliwości, bo zazwyczaj kontrapunktowane kolejną sprzeczką czy zawodem. Nie ma tu ani postaci kryształowych, ani karykaturalnie przesiąkniętych złem. To po prostu nierzadko błądzący, ułomni ludzie – i bardzo w tej swojej ułomności zwyczajni.
Petra Soukupová uchodzi za czeską specjalistkę od wiwisekcji rodziny i jest to jak najbardziej zasłużony tytuł. Obraca się wokół podobnych spraw czy motywów (przykładowo: konflikty na linii rodzic-dziecko, rywalizacja między rodzeństwem, przymusowa przeprowadzka, nawiązywanie więzi ze starszą generacją rodziny), lecz za każdym razem ma do ukazania coś nowego. „Zawsze jest ktoś” nie odstaje poziomem od swoich poprzedniczek. Fabuła jest raczej wątła, pozbawiona wymyślnych zwrotów akcji czy jednoznacznego zakończenia (co prawda Veronika w finale powieści podejmuje pewną decyzję, ale – rozchwiana, podatna na sugestie, dbająca o dobro jednych kosztem drugich – równie dobrze mogłaby ją zmienić). Liczą się przede wszystkim bohaterowie ze swoimi małymi i wielkimi dramatami rozgrywającymi się w najpospolitszej codzienności. Pod piórem Soukupovej pozostają na wskroś autentyczni. Możliwe, że uda nam się w nich zobaczyć samych siebie – odbitych w tym klarownym lustrze znakomitej literatury.
„artPAPIER” objął książkę patronatem medialnym.
Petra Soukupová: „Zawsze jest ktoś”. Tłum. Julia Różewicz. Wydawnictwo Afera. Wrocław 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

